Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Szczęśliwe życie geniusza wiolonczeli

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne
Dorota Abramowicz

Szczęśliwe życie geniusza wiolonczeli

Dorota Abramowicz

Opowieść o Bogumile Sykorze, dziadku gdańskiego inżyniera, to gotowy scenariusz serialu z akcją toczącą się w pierwszej połowie XX wieku. Wielbiły go tłumy, grał na dworach, osiągając sławę na miarę dzisiejszych idoli muzyki popularnej.

Wsłuchuję się w historię opowiadaną w mieszkaniu na gdańskiej Zaspie. Wielki artysta, zwany geniuszem wiolonczeli, podejmowany przez cara Rosji i cesarza Japonii. Uwielbiany od Moskwy przez Tokio, Pekin, Nowy Jork po dawny Cejlon i stolice krajów Ameryki Południowej. Miłość dwóch silnych kobiet. Osiemnastowieczna wiolonczela, dzieło samego mistrza Gagliano, ratująca życie muzykowi. Rozdzielona rodzina, którą udaje się odnaleźć dopiero po pół wieku.

- Dużo tego - uśmiecha się Jerzy Sykora. Absolwent PG, przez lata pływający na tankowcach PŻM. Wnuk Bogumiła Sykory, genialnego wiolonczelisty pierwszej połowy XX wieku, człowieka, któremu sprzyjało szczęście.

O dziadku się nie mówiło

1968 r., Gdańsk. Maria, zwana Murką, młoda żona Jerzego, zostaje zaproszona przez teściową, też Marię, na szarlotkę. O rodzinie męża wie niewiele - teściowie przyjechali z Wilna, są absolwentami Uniwersytetu Stefana Batorego. Leon Sykora pracuje w Centralnym Inspektoracie Standaryzacji, Maria w Inspekcji Zbożowej.

- I tak, przy szarlotce, rozmowa zeszła na korzyści płynące ze znajomości języków obcych - wspomina pani Murka. - Teść nagle powiedział, że jego matka modliła się tylko po hiszpańsku. I że znała siedem języków. - Ojciec zresztą też - dodał.

- Kim byli? - pyta synowa.

- Muzykami.

Padają kolejne pytania, wreszcie na stole ląduje jedyne uratowane zdjęcie Bogumiła Sykory. - Wtedy postanowiłam zrobić wszystko, by poznać dzieje dziadka męża - mówi Murka Sykora.

Przez wiele lat w rodzinie o Bogumile się nie mówiło.

- Z ostrożności - tłumaczy Jerzy. - Rodzice pochodzili ze znanych przed wojną rodzin, świadkiem na ich ślubie - a pobierali się 17 września 1939 r. - był Jan Piłsudski, brat marszałka. Ojciec, żołnierz AK, brał udział w operacji „Ostra Brama” i po wejściu do Wilna Armii Czerwonej wraz z bratem mamy trafił do obozu w Kałudze. Byłem wówczas niemowlęciem. Mama wszystkie pieniądze, jakie miała, czyli 40 złotych rubli, przeznaczyła na ich wykupienie. Czekała na nich w Wilnie do przedostatniego transportu do Polski, wreszcie zabrała mnie i ruszyła na zachód. Dopiero w 1946 r. uwolnieni z obozu tata i wujek odnaleźli ją pod Bydgoszczą, gdzie uczyła w szkole rolniczej. Nadeszły czasy, gdy opowiadanie o sławnym ojcu, który występował przed carem Mikołajem, a po wojnie został w USA, mogło się dla bliskich źle skończyć.

Odkrywanie kart pamięci nie było łatwe. Dziś, między innymi dzięki zachowanym przez drugą żonę pamiętnikom mistrza wiolonczeli, można opowiedzieć o jego fascynującym życiu.

Wiolonczela od księcia Urusowa

1887r., Glińsk na Wołyniu. Trzyletni Bogumił, syn Józefa Sykory - Czecha, dyrygenta carskiej orkiestry wojskowej - rozpoczyna naukę gry na skrzypcach. Po rozbiciu przez znużonego malca trzeciego z kolei instrumentu ojciec się poddaje. Chłopiec ma jednak piękny głos i jako jedenastolatek występuje solo w katedrze w Dubnej. Potem trafia do Kijowa, zamieszkuje w domu rodziny Glière, a gry na wiolonczeli zaczyna go uczyć brat słynnego kompozytora Reinholda Glière’a. Konserwatorium w Kijowie kończy z dyplomem I klasy, następnie przenosi się do konserwatorium w Lipsku, gdzie uczy go znany wiolonczelista Julius Klengel. Jako 25-latek zostaje uznany za najlepszego absolwenta konserwatorium ostatnich 20 lat.

Rosyjski kompozytor Aleksander Głazunow zaprasza młodego muzyka, by dał recital w konserwatorium w St. Petersburgu. Podczas koncertu grę Bogumiła słyszy książę Gieorgij Urusow. Własnością jego rodziny jest od 1804 r. wiolonczela wykonana na zamówienie rodu Medyceuszy w 1761 r. przez genialnego lutnika Josepha Gagliano dla Luigiego Boccheriniego.

Kilka dni po entuzjastycznie przyjętym koncercie Bogumił Sykora otrzymuje zaproszenie, aby zagrać dla cara Mikołaja Romanowa i jego żony Aleksandry.

- Nie możesz grać dla carskiej rodziny na „gumowym kaloszu” - miał powiedzieć Bogumiłowi książę Urusow i wręczył mu bezcenny instrument.

Po tym koncercie Sykora staje się ulubieńcem elit, zapraszany jest na występy w całym imperium - nie tylko w Europie, ale także na Syberii i Kaukazie.

Podarowana wiolonczela nie tylko stała się ukochanym instrumentem artysty, ale niedługo po tym uratowała mu życie. - Podczas rejsu rzeką Amur na statku wybuchł pożar - czytamy we wspomnieniach muzyka. - Wiolonczela, umieszczona w szczelnym i mocnym drewnianym futerale, znalazła się w wodzie. Trzymając się jej, dopłynąłem do brzegu. Nie sam, wiolonczela uratowała jeszcze sześć innych osób...

Między 1911 a 1916 rokiem Sykora dał 222 koncerty na obszarze imperium rosyjskiego. Grał też w Berlinie, Lipsku, Pradze, Pekinie, Harbinie, Hongkongu, Makao....

Felicja rusza do Japonii

Rodzinna legenda mówi, że poznali się na przyjęciu. Zamienili kilka zdań, rozeszli. Ale nie mogli o sobie zapomnieć

Felicja, z domu Załuska, także była absolwentką konserwatorium. Niewiele starsza od Bogumiła, w 1904 r. wyszła za mąż za niejakiego Franciszka Baranowicza. Prawdopodobnie była już wdową, gdy spotkała Bogumiła. Ślub wzięli w 1914 r., rok później na świat przyszedł Leon, ojciec Jerzego. W 1916 r. urodził się Stefan. W tym czasie jednak nie było już u jej boku męża, który debiutował w 1916 roku w nowojorskiej Carnegie Hall. Po koncercie w „New York Evening Post” można było przeczytać, że „Sykora dokonał niemożliwego. (...) Jest wirtuozem najwyższej klasy”.

Młody, przystojny muzyk był traktowany jak dzisiejsi idole popkultury. Wyruszył w świat (m.in. na Jawę i Sumatrę), gdzie dawał koncerty w pałacach władców. Podczas podróży zawinął także do Jokohamy.

- Ówczesna Japonia była krajem zamkniętym na kulturę innych krajów - mówi Jerzy Sykora. - Dziadek chciał wystąpić z koncertem, ale konsul rosyjski tłumaczył mu, że od 30 lat, gdy jest tu na placówce, nie słyszał o żadnym obcokrajowcu, który odniósłby tu sukces. Ale pomógł zorganizować występ dla kolonii rosyjskiej. Tak się podobało, że Rosjanie mieszkający w Tokio poprosili o kolejny koncert. A po nim konsul spytał dziadka, czy może mu kogoś przedstawić...

Tym „kimś” był markiz Yorimichi Tokugawa z rodu szogunów sprawujących między 1603 a 1868 rokiem władzę w Japonii. Absolwent Cambridge, smakosz francuskich potraw, który odegrał istotną rolę we wprowadzaniu muzyki zachodniej do Japonii, stał się mecenasem wiolonczelisty. W 1918 r. markiz Tokugawa do wybudowanej przez z własnych środków sali koncertowej Nanki Bunko sprowadza z Anglii organy. Na okoliczność otwarcia występuje cesarska orkiestra symfoniczna, a solistą jest Bogumił Sykora. Wiolonczelista zdobył w Japonii status gwiazdy. Był pierwszym w historii kraju obcokrajowcem, który występował dla rodziny cesarskiej i dla japońskich elit. Na jego koncertach pojawiały się tłumy.

W tym czasie Europa ogarnięta wojną stawała się coraz mniej bezpieczna. Felicja postanowiła dotrzeć do męża.

- Babcia zabrała dwoje małych dzieci i wyruszyła z terenu dzisiejszej Ukrainy do Władywostoku, gdzie wsiadła na statek do Japonii - opowiada Jerzy Sykora. - Prawdopodobnie nikt jej nie towarzyszył, bo na wykonanych w Tokio zdjęciach pojawia się później tylko służąca japońska.

Sykorowie spędzili w Japonii trzy lata. Gdy wyjeżdżali z kraju Kwitnącej Wiśni do Stanów Zjednoczonych, pięcioletni Leon już mówił po japońsku.

Pod opieką cioci

W latach 1920-24 czesko-polska rodzina muzyków osiadła w USA. Zamieszkali w Chicago, gdzie chłopcy poszli do amerykańskiej szkoły. Bogumił otrzymywał kolejne zaproszenia na koncerty w różnych regionach świata. Felicja, która akompaniowała mu podczas występów, nie zamierzała pozostawać w domu. Tylko co robić z dziećmi?

I tak w 1924 r. Felicja i chłopcy wyruszyli do Wilna, gdzie mieszkała siostra Felicji, Stefania Załuska. Znana wileńska lekarka, pracująca w szpitalu wojskowym. Nie wiadomo, jakich argumentów użyli artyści, by namówić Stefanię do zajęcia się siedmio- i ośmiolatkiem... Ostatecznie Stefania zgodziła się, a oni znów wyruszyli w świat.

Tym razem na podbój Ameryki Środkowej i Południowej. Bogumił wszędzie przyjmowany był entuzjastycznie. Grał przed prezydentami, przyjmując kolejne odznaczenia i zbierając bardzo dobre recenzje. Pisano o nim, jako o „niepowtarzalnym artyście naszych czasów” (Urugwaj) czy wręcz „geniuszu wiolonczeli” (Meksyk). Obdarowywano w prezencie ziemią i zapraszano do domów.

W 1929 r. Felicja znów była w ciąży, z której - w Chile - przyszedł na świat jasnowłosy Bogumił „Bogumilito” Sykora. Chłopiec podróżował z rodzicami, zmarł na zapalenie płuc w 1933 r. w Puerto Rico. Może więc jednak decyzja o umieszczeniu starszych synów pod opieką cioci nie była taka zła?

Kiedy jednak dwa lata później Sykorowie zjawili się w Wilnie, usłyszeli od Stefanii: - Dosyć! Zapewne ciocia miała już dość zajmowania się coraz bardziej samodzielnymi nastolatkami...

Felicja pozostała w Wilnie. Bogumił jeszcze 30 stycznia 1935 r. dał w Wilnie wspólny koncert z pianistą Siergiejem Prokofiewem. Wspomógł finansowo Ligę Morską i Kolonialną, za co w 1936 r. wręczono mu specjalny dyplom i złoty medal, a potem znów wyruszył w świat. Na trasie koncertowej czekały na niego Istambuł, Aleksandria, kolejne kraje Ameryki Południowej.

Początek wojny zastał go za granicą.

Amerykańska rodzina

Chorująca na cukrzycę Felicja nie przeżyła wojny. Zmarła też ciocia Stefania.

Dopiero w drugiej połowie lat 40. Leon i Stefan, który osiadł w Łodzi, mogli zacząć szukać ojca. W 1947 r. do Łodzi przyjechała na występy orkiestra z Filadelfii. Stefan wykorzystał okazję i poprosił o pomoc w nawiązaniu kontaktu z ojcem. Jakiś czas później odebrał list od Bogumiła.

- Dziadek był już drugi raz żonaty - opowiada Jerzy. - Wiedział o śmierci babci, w 1945 r. ożenił się ze swoją studentką, młodszą o 35 lat Julietą. Później usłyszeliśmy, że to ona - zafascynowana profesorem - oświadczyła mu się. W 1946 r. przyszła na świat ich córka Tatiana. Po niej - syn Joseph.

Bogumił chciał, by synowie wyjechali z Polski. Mieli wydostać się przez Francję z Europy i dotrzeć statkiem do USA. Według rodzinnego przekazu, na wyjazd nie zgodziła się żona Leona. Jeszcze przez jakiś czas dostawali listy ze Stanów. Ostatni, z 1952 r., informował o śmierci Bogumiła.

A potem wszystko się urwało. Żadnego listu, żadnej wiadomości. Oni też nie pisali, by uniknąć kłopotów.

Spotkanie

Gdyby nie upór Murki Sykory, artystki malującej na szkle, poetki, zapewne Jerzy nigdy nie poznałby przyrodniego rodzeństwa swego ojca.

- Jeden z naszych przyjaciół, też, jak mąż, marynarz, zdecydował się zejść ze statku w USA - opowiada pani Murka. - Prosiłam go o pomoc w poszukiwaniach. Niestety, ślad urywał się po śmierci dziadka. Mirek szukał m.in. w związku zawodowym muzyków w Nowym Jorku, w książkach telefonicznych, w internecie. I w 2000 r. zdarzył się cud. Mirek dotarł do ogłoszenia, w którym Joseph i Julieta Sykora szukają nagrań Bogumiła Sykory. Zadzwonił pod podany numer, upewnił się, że to nasza rodzina.

I tak nawiązali kontakt.

Spotkanie po pół wieku z nieznaną rodziną może rozczarować. Tak jednak się nie stało. Okazało się, że Julieta szukała - bezskutecznie - dzieci swego męża.

Że i Tatiana (nauczycielka) i Joseph (elektronik) są serdecznymi, dobrymi ludźmi. I że wszystkim, łącznie z 97-letnią już Julietą, zależy, by pamięć o Bogumile nie zaginęła.

- Był on nie tylko wyjątkowo utalentowanym muzykiem, ale także otwartym na innych człowiekiem - mówi Murka Sykora. - Spotykał się z najbardziej znanymi ludźmi początku XX wieku. Zwiedził 27 krajów, przeżył mnóstwo fascynujących przygód. Zostawił wyjątkowo ciekawe wspomnienia, z których wynika, że miał mnóstwo szczęścia. Uratował się nie tylko podczas katastrofy na Amurze, ale także uszedł cało z katastrof, trzęsień ziemi, huraganów. Ot, taki lucky boy - szczęśliwy chłopiec ze starą wiolonczelą, dziełem legendarnego włoskiego lutnika.

d.abramowicz@prasa.gda.pl

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Krakowskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Krakowskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Krakowskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Dorota Abramowicz

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.