A co gdyby dziś zapukała do nas taka rodzina, jak ta z Nazaretu?

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press
Julia Kalęba

A co gdyby dziś zapukała do nas taka rodzina, jak ta z Nazaretu?

Julia Kalęba

O istocie świąt Bożego Narodzenia rozmawiamy z dominikaninem o. Mirosławem Pilśniakiem OP.

Jak po ludzku zrozumieć, że Bóg stał się człowiekiem?
Na ludzki rozum tego się nie da przyjąć. Są takie próby podejmowane na przykład w pieśniach bożonarodzeniowych, gdy śpiewamy, że „ma granice nieskończony”. To znaczy, że Bóg - bezgraniczny, przedwieczny - narodził się jako człowiek, biorąc na siebie ludzkie bariery. I to w gruncie rzeczy dla nas jest niezrozumiałe. Bo po co miałby się tak ograniczać?

To trochę bezsensowne.
A z punktu widzenia wiary można powiedzieć, że to jest ogromne wołanie, jak bardzo człowiek jest bliski Bogu, jaką w Jego oczach ma wartość i jak bardzo Bóg chce spotkać się z człowiekiem, skoro staje się jednym z nas. W duchu wiary możemy stanąć wobec tego w całkowitym zdumieniu.

Nie wydaje się ojcu, że w bożonarodzeniowych żłóbkach to my wkładamy Boga w pewne schematy i ramy?
Szopki nie służą temu, by tam oddawać cześć figurce Pana Jezusa czy całej tej scenie. Nie jestem przekonany co do wartości modlitwy przy żłóbku rozumianej w ten sposób. Chyba że stając przy nim, otwieramy się na tajemnicę Wcielenia, czego sama ta scena nie przedstawia. Oddawanie czci figurce zachowuje tylko wtedy sens, gdy przez nią patrzymy na światło Boże.

Kościół daje wskazówki, jak celebrować narodziny Boga?
O umiejętności świętowania pisał Jan Paweł II, akcentując, że istotą święta jest spotkanie z Bogiem w Eucharystii, ale też spotkanie Boga pomiędzy nami. Czas święty, czyli taki, w którym Pan Jezus rzeczywiście daje się między nami zauważyć. A spotkanie wynika z tego, że i do mnie, i do ciebie przyszedł Bóg, mamy o czym mówić! Stąd wizyta u rodziny, odwiedziny bliskich. Istota Wcielenia niesamowicie podnosi wartość życia ludzkiego. A z drugiej strony – niedawno śledziłem dyskusję, w której ktoś po odwiedzinach zoo ubolewał, że nasi owłosieni kuzyni żyją w niewoli. Bardzo mi się podobał komentarz do tej rozpaczliwej wiadomości: „ja nie mam kuzynów w zoo”. Kiedy zaczynamy odróżniać ludzi od zwierząt, to rozumiemy, po co mamy spotkać się z drugim człowiekiem.

Bo myślimy, że jesteśmy z innej gliny?
Jeśli jako chrześcijanie czujemy, że człowiek jest kimś wyjątkowym, to nie dlatego, że przypisujemy sobie taką wartość, ale z tego powodu, że Bóg objawił nam ją przez swoje przyjście.

Ale „swoi Go nie przyjęli” - pisze święty Jan w pierwszym rozdziale Ewangelii.
I to jest ważne pytanie, które warto postawić: czy gdyby dziś zapukała do nas taka rodzina, jak ta z Nazaretu, nie zachowalibyśmy się podobnie jak właściciele gospody? Szczególnie dzisiaj, kiedy obawiamy się obcych, martwimy się o własne bezpieczeństwo, bez przerwy bombardujemy się informacjami o miejscach, w których dzieje się tragedia? Na szczęście potrafimy też sobie na co dzień pomagać. Ale jak długo Maria z Józefem musieliby pukać do naszych domów?

W Wigilię odpowiedź wydaje się prostsza.
Właśnie, Wigilia oznacza czuwanie. Warto pamiętać, że ta wieczerza, którą dziś i co roku tak pięknie celebrujemy w naszych domach, na którą często kładzie się akcent, nie jest celem samym w sobie, ona jest drogą. To ostatni krok przed Narodzinami, które zaraz staną się istotą Świąt, a ich kulminacja wydarzy się w trakcie Eucharystii. W zakonie razem z braćmi spotkamy się na liturgii czuwania – przyznam, że poznałem ją dopiero w zakonie, a jest jednym z najprzyjemniejszych momentów całego roku – kiedy już w zamkniętym kościele, dwie godziny przed Pasterką, śpiewamy po łacinie liturgię czuwania zaczynającą się od słów: „Chrystus nam się narodził, uwielbiajmy Wcielone Słowo”.

Przed świętami widzi ojciec więcej nawróceń?
Spowiedź przedświąteczna to bardzo specyficzna praktyka – z dnia na dzień widać innego klienta. Tydzień przed świętami spowiadają się tacy, którzy naprawdę chcą się przygotować do świąt. Potem przychodzą właśnie ci, którzy się nawracają. Następnie chcący się dobrze wyspowiadać, mieć na to dużo czasu i spokoju. Tak z dnia na dzień do konfesjonału zaczynają podchodzić tacy, którzy się spowiadają dlatego, że idą święta, a na końcu ci, których z domu wypchnęły żony – musieli, no to przyszli. Im bliżej świąt, tym więcej spowiedzi rytualnych, a mniej nawróceń.

Dla Kościoła liczy się i to?
Dla Boga też się liczy i to, ale to inaczej owocuje w nas. Dużo więcej można by wynieść ze spowiedzi przedświątecznej, gdyby się do niej lepiej przygotować.

Dziś o zmierzchu również kończy się Adwent. Możemy jakoś sprawdzić, czy dobrze przygotowaliśmy się do Świąt?
Jeśli dobrze przeżyliśmy Adwent, to w Święta będziemy się mieli czym cieszyć. Z kolei Adwent to w gruncie rzeczy dwa przygotowania. Jedno, które w praktyce nigdy się nie kończy, ale ma nas uwrażliwić na to, że jako Kościół oczekujemy na powrót Jezusa Chrystusa. Zapowiedź tego jest wprost wielokrotnie opisywana w Słowie Bożym, a oczekiwanie to część naszej wiary, która wybrzmiewa szczególnie w pierwszych trzech tygodniach Adwentu – do 16 grudnia. To też przygotowanie obciążone mnóstwem stereotypów, strachu. Obaw, że koniec świata będzie straszny, pojawią się nieszczęścia, przewroty i cierpienia. Niestety ten obrazowy, apokaliptyczny język opisujący ostateczne przyjście Pana zamazuje nam fakt, że czekamy na kogoś bliskiego, kogo kochamy, kogoś, kto nas kocha. Więc to oczekiwanie pierwszych tygodni Adwentu ma jakoś oczyszczać nasz obraz z tych stereotypów i prowadzić do prawdziwego, chrześcijańskiego oczekiwania.

Trudno się cieszyć z końca świata.
To zależy. Jeśli wydaje nam się, że ten świat, w którym jesteśmy, jest najlepszym ze światów, to rzeczywiście trudno czekać na coś innego. Ale jeżeli mamy oczy otwarte, to widzimy, że on wcale nie jest taki fajny. I że w nim jest mnóstwo cierpienia, niesprawiedliwości, nędzy ludzkiej, grzeszności. Więc jeżeli się nie zasiedzieliśmy w tym świecie i w tych ludzkich układach, to oczekiwanie jest radosne. Bo to jest oczekiwanie pełne nadziei. Gdybyśmy próbowali zatrzymać ten świat takim, jakim jest, tylko że na wieki, to byłoby to jakieś potworne nieszczęście.

Co zapowiada nam ta obietnica?
W Księdze Apokalipsy, Księdze Proroctw, trochę w wypowiedziach Pana Jezusa znajdujemy obrazy, które są ukazane w ten sposób, żebyśmy mogli je w ogóle zrozumieć. Mowa w nich o nowej ziemi i nowym niebie, czyli czymś nam bliskim, przyjaznym, a zarazem zupełnie innym. Znajdujemy także obraz uczty. Tylko chcąc to zrozumieć, musimy uwolnić nasze wyobrażenie uczty jako obżarstwa. Wiedzieć, że jej istotą jest realizacja wzajemnej miłości, obecności, bliskości. Świadomość przyjaźni pomiędzy ludźmi. My, jako grzesznicy, nie za bardzo jesteśmy w stanie wyobrazić sobie świat bez grzechu. Taki, w którym nie ma niesprawiedliwości, cierpienia ani śmierci.

Podobno gdyby zestawić łacińskie tytuły antyfon wypowiadanych w Kościele podczas adwentu i spojrzeć na ich pierwsze litery, to czytane od końca utworzyłyby zapowiedź „Ero cras”, co znaczy „Przyjdę jutro”.
To tak zwane wielkie antyfony „O”, które zaczynają się od tego wykrzyknika, a ich kolejne słowa układają się w akrostych „Ero cras”. Są symbolem zaczerpniętym z proroctwa Izajasza, ale w polskim tłumaczeniu się gubią. Wielkie antyfony śpiewamy w ostatnim tygodniu Adwentu, a więc tu dotykamy już tego drugiego oczekiwania, czyli przygotowania do świętowania Bożego Narodzenia, innymi słowy - wspomnienia narodzin Jezusa w Betlejem. Te ostatnie dni przygotowań są w liturgii otwieraniem kolejnych drzwi, które prowadzą nas na spotkanie z Nim. A jeżeli w liturgii coś wspominamy, to tak jakbyśmy w tym uczestniczyli.

Jest jakiś ratunek dla tych, którzy nie do końca skorzystali z Adwentu?
Tak. Od wielu lat mówię, że jeżeli ktoś przegapił cały Adwent, to może przyjść na roraty 24 grudnia. To ostatnia szansa na uratowanie przygotowań. Taka promocja: przegapiłeś Adwent, przyjdź do kościoła rankiem w Wigilię.

A jak to też się przegapi?
To już nie ma rady. Jeżeli się przegapi całkowicie wszystko, to nie będzie się z czego cieszyć. No może z tego, że mamy trochę wolnego czasu i możemy odpocząć, skorzystać z kilku dni wolnych od pracy. Tylko takich dni w roku mamy więcej.

Czy ta bożonarodzeniowa radość jest w jakimś sensie szczególna? Komunię świętą przyjmujemy także w inne dni.
Można powiedzieć, że każdorazowo, kiedy uczestniczymy w Eucharystii, dzieje się Boże Narodzenie. Dzieje się Zmartwychwstanie. Wniebowstąpienie. Wszystkie te tajemnice wydarzają się jednocześnie, ale jako ludzie potrzebujemy zwrócenia uwagi na konkretny aspekt prawdy naszej wiary. I te święta mają zwrócić uwagę na tajemnicę Narodzin, która znajduje kulminację w tajemnicy Zmartwychwstania, kiedy z całą mocą sobie uświadomimy, że dzieło Boże jest rzeczywiście naszym udziałem. W gruncie rzeczy to jest jedna i ta sama tajemnica, ale wspominamy historycznie inne wydarzenia.

A może w Święta jest nam łatwiej się cieszyć, bo sprzyja atmosfera, kolorowe lampki, zapach domowych ciast i prezenty?
Akurat z tego powodu może być trochę trudniej. Jeżeli damy się nakłonić ofercie, która przekonuje, że 25 grudnia to święto prezentów, atmosfery i pysznych dań, to będzie to dla nas świętem prezentów, atmosfery i pysznych dań. Albo obżarstwa. Jeżeli mowa o jedzeniu, to powinno ono nam raczej przypominać o darze życia. Że dzięki temu możemy uczestniczyć w tym wszystkim, co nam się przydarza. Nie do końca rozumiem zwyczaj pielęgnowania tej ogromnej liczby potraw na wigilijnym stole jako staropolskiej tradycji. Jeśli już szukać uzasadnienia dla dwunastu dań, to trzeba by sięgnąć do liczby dwunastu apostołów. W Święta nie powinniśmy się najeść dwanaście razy bardziej niż w zwykły dzień. To raczej jakaś tajemnica Kościoła, fundament tego, kim jesteśmy w oczach Bożych.

Klasyczne pytanie: czy w Wigilię jest post?
Jeszcze lepsze: co jeżeli Wigilia wypadnie w niedzielę – czy wtedy jest post czy nie ma postu? Spróbowałby ktoś pościć w niedzielę, grzech gwarantowany! A przecież całe wieki co siedem lat wypadała w niedzielę. Ale ponieważ teraz wypada we wtorek, część rozterek od razu odpada. Druga połowa również, bo problem został rozwiązany w ten sposób, że w Wigilię nie ma tak zwanego postu nakazanego, Kościół jedynie do niego zachęca.

Widzę, że ojca takie rozwiązanie nie przekonuje.
Tradycja postu w Wigilię ma wieki uzasadnienia i praktyki. Martwi mnie, że została zmieniona. Ale zrobiono to chyba dlatego, że ten zwyczaj był kompletnie niezrozumiały.

Dlaczego warto pościć?
Post zawsze był elementem czuwania. Jeżeli człowiek się obżera, traci wrażliwość. Obżeranie się może wynikać nie tylko z jedzenia, ale w ogóle z przyjmowania ogromnej ilości bodźców i wrażeń. Z zachłanności, pochłaniania wszystkiego, co jestem w stanie zobaczyć. Przez odmówienie sobie czegokolwiek, człowiek nabiera wrażliwości. Jeżeli nie potrafi sobie niczego zupełnie odmówić, tę wrażliwość traci. Takiej prostoty, radości, czystości możemy się uczyć od Maryi. Święta Rodzina pokazuje nam, jak może wyglądać oczekiwanie – podkreślające wartość drugiego człowieka, troskę o niego, dar życia w ogóle, pomoc w miłości. Jeżeli sięgniemy do najstarszych świadectw chrześcijańskich, to wszyscy, którzy cokolwiek mówili o Maryi, podkreślali, że była kimś zupełnie niezwykłym. Kimś nie tylko czystym i prostym, ale też pełnym wewnętrznego światła. Czasami pewnie mamy takie doświadczenie, gdy spotykamy człowieka, który naprawdę jest święty – widzimy, że nie czujemy się przy nim nieswojo, a zarazem jesteśmy od niego strasznie inni.

Czy Maryi, która dwa tysiące lat temu spodziewała się nieślubnego dziecka, nie groziło kamienowanie?
Kamienowana nie mogłaby być, ponieważ nikt nie złapał jej na cudzołóstwie. W Piśmie Świętym jest trochę niezrozumiały fragment - kiedy Józef dowiaduje się, że jego narzeczona spodziewa się dziecka, zamierza oddalić ją potajemnie. Wydaje się, że ten pomysł miał w pewien sposób chronić Maryję przed ludzkimi wyrokami.

Dla Józefa to też było niejasne.
Rzeczywiście sytuacji nie rozumiał. Stanął wobec czegoś, co w jego przekonaniu nie mogło mieć miejsca. Dlatego wymyślił plan i postanowił, że odeśle Maryję do domu, biorąc w ten sposób winę na siebie.

A jednak został.
Józefowi przyśnił się Anioł, który powiedział, żeby nie bał się wziąć Maryi razem z całą tą tajemnicą. Pozostając z narzeczoną i dzieckiem poczętym z Ducha Świętego, zaczął w pewien sposób uczestniczyć w całej tajemnicy narodzin Jezusa i w ten sposób oboje przyjęli powołanie przyniesienia światu Syna Bożego. To jest o tyle ważny moment, że my dzisiaj na tym tle nie mamy oporów. Jeśli ktoś spodziewa się dziecka przed ślubem, to raczej nie budzi tym sensacji ani szczególnego zdziwienia. Ale w tamtym czasie było to czymś absolutnie poza normą społeczną. Tak się po prostu nie działo.

W nieświętej rodzinie też można świętować?
No tak, przed Bożym Narodzeniem zasypujemy się pytaniami: jak ja mogę zasiąść do wieczerzy wigilijnej, połamać się opłatkiem, jeśli kłóciliśmy się przez ostatni cały rok? Ale może warto docenić, że chociaż kłóciliśmy się cały rok, to w Boże Narodzenie możemy coś zmienić. A nawet jeżeli wyciągniemy dłoń i nie uda się ze sobą porozumieć, to dzieląc się kawałkiem chleba i życząc wszystkiego dobrego, nasze życzenie ma moc, nie jest znakiem pustym. Być może na razie nie wiemy, jak coś naprawić, ale chcemy dla drugiej osoby dobra. Takie gesty mają swoją wartość, nawet jeżeli nie załatwiają od razu wszystkich problemów.

Chciałoby się 27 grudnia nie mówić: święta, święta i po świętach.
Jest na to rada. Symboliczny wymiar powołania Maryi przypomina, że wszystko, co wydarzyło się względem Niej, jest obietnicą daną Kościołowi. Więc my, jako chrześcijanie, mamy ciągle uczyć się przyjmować Syna Bożego, szanować swoje i czyjeś człowieczeństwo, mamy się uczyć tej wrażliwości na tajemnicę każdego człowieka, jego wartość. Boże Narodzenie może zostawić światło, które będzie powoli rozjaśniać nasze własne ciemności do Wielkanocy. A jeśli chcemy przedłużyć ten czas świętowania, dobrą praktyką jest oktawa Bożego Narodzenia. Bardzo lubię ten moment w liturgii, dlatego że przez cały tydzień powtarzają się w niej te same teksty, tak że aż się myli, który to dzień, jakbyśmy ciągle trwali w jednym czasie. W pewnym sensie to zatrzymanie święta, do 1 stycznia. Tylko tu znów spotykamy się ze świętowaniem całkiem świeckim, czyli celebrowaniem Nowego Roku. Przyznam, że nie do końca rozumiem, po co miałbym czekać na to do północy.

To przełom! Wchodzimy w nowe dziesięciolecie.
Ten przełom chyba znakomicie mi wychodzi, jak już się położę spać.

Julia Kalęba

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.