Andrzej Bachleda kocha muzykę, narty i kuchnię francuską. Żabich udek nie jada, bo szkoda mu żab...

Czytaj dalej
Fot. Robert Szwedowski / Polskapresse
Paweł Gzyl

Andrzej Bachleda kocha muzykę, narty i kuchnię francuską. Żabich udek nie jada, bo szkoda mu żab...

Paweł Gzyl

Andrzej Bachleda dwa razy startował na igrzyskach olimpijskich, był trzykrotnie mistrzem Polski w narciarstwie alpejskim. Teraz woli inne przyjemności: śpiewanie i gotowanie. Czy jego nowy album zatytułowany po prostu - „13” - uczyni z niego gwiazdę rodzimego rocka?

Trzynastka jest postrzegana jako pechowa liczba. Nie bał się pan tak zatytułować swej nowej płyty?

Początkowo nie miałem w ogóle pomysłu na tytuł. W końcu stwierdziłem, że skoro jest na niej trzynaście piosenek, to niech właśnie ta liczba posłuży za tytuł. Nie bałem się, bo nie jestem przesądny. Kiedy startowałem w zawodach narciarskich, występowałem właśnie z numerem trzynastym. I jakoś dobrze mi szło: za każdym razem dojechałem do mety, nie zabiłem się, a nawet miałem całkiem dobre wyniki, choćby na olimpiadzie zimowej w Nagano, gdzie z trzynastką byłem piąty.

Kiedy zawodnik dostaje trzynastkę, może odmówić i poprosić o inny numer?

Nie ma szans. Mam kumpli-narciarzy, którzy są przesądni i mają wtedy ogromny problem. Jest zresztą taki zwyczaj, że gdy ktoś dostaje trzynastkę, to przed zjazdem na skoczni koledzy się z niego nabijają: żegnają się z nim, jakby miał już nie wrócić do nich żywy (śmiech).

Na nowej płycie odchodzi pan od jazzu i folku w stronę klasycznego rocka. Zatęsknił pan za muzyką z młodości?

To prawda. Taką muzykę grałem od piętnastego roku życia w różnych grupach. Przypomniało mi się - i chciałem zrobić coś bardziej przystępnego, z czym uda mi się lepiej przebić na polskim rynku. Z jazzem i folkiem miałem ten problem, że kiedy występowałem w klubach, gdzie ludzie ciągle rozmawiają i jest naturalny hałas, nie mogłem się przezeń przebić. (śmiech) Teraz przyjeżdżam na miejsce z kolegami, podłączam się do „pieca” - i nie mam takich problemów.

Trochę słychać w tych nowych pana piosenkach polskiej tradycji rockowej - Breakout czy Maanam. To pana ulubione zespoły?

To są zespoły, których słuchałem za młodu. Jeszcze przed wyjazdem do Francji miałem w Polsce ich płyty. Dlatego, kiedy pojechaliśmy ze starszą siostrą do Paryża, wzięliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i... kilka winylowych płyt. Zanim kupiliśmy sobie na miejscu coś innego, słuchaliśmy na okrągło tego, co zabraliśmy z Polski. Miałem wtedy siedem lat - i pewnie dlatego ta muzyka odcisnęła na mnie tak mocne piętno.

Jak się pana znajomym Francuzom podobała polska muzyka rockowa?

Puszczałem im te płyty - i bardzo je lubili. To dlatego potem sam zacząłem grać podobną muzykę i zakładać z kolegami kolejne zespoły. Przede wszystkim śpiewałem po angielsku, ale czasem niektóre piosenki wykonywałem po polsku.

Pana dziadek był słynnym na całym Podhalu śpiewakiem operowym. Nie próbował się pan kształcić w tym samym kierunku u jego boku?

Dziadek chciał, żebym śpiewał wszystko tak, jak się to robiło przed wojną. Szkolił mnie początkowo godzinami na swoją modłę. Ale nic z tego nie wyszło. Nie lubiłem tego - bo śpiewanie jak na Broadwayu jest dla mnie niestrawne. Nie jestem Włochem z wielkim nosem, nie mam więc predyspozycji do opery. Dlatego dziadek w końcu dał za wygraną.

Miał okazję usłyszeć, jak pan śpiewa rocka?

Tak. I nawet mu się podobało. Chociaż narzekał, że bębniarz gra za głośno.

Ma pan jednak wyjątkowo dobrze śpiewającego gościa na swej nowej płycie: Sebastiana Karpiela-Bułeckę. Zaprosił go pan ze względu na rodzinne koligacje?

W Zakopanem to każdy z każdym jest spokrewniony. (śmiech) Jakieś cztery generacje wstecz ktoś z jego rodu coś tam zmajstrował z kimś z mojego rodu. Dlatego w sumie jesteśmy dalekimi kuzynami. A teraz jesteśmy ze sobą sąsiadami przez płot. Poznaliśmy się przez muzykę, kiedy Sebastian chodził z Kayah. Nagrywałem wtedy dla Kayaxu, on zresztą też, no i jakoś się spiknęliśmy. Bardzo naturalnie zaprzyjaźniliśmy się, a dzisiaj bardzo go szanuję jako człowieka i kolegę. Lubię też to, co robi z Zakopowerem.

Nie jestem przesądny. Kiedy startowałem w zawodach, występowałem właśnie z numerem trzynastym

Chciałby pan odnieść w Polsce taki sukces jak on?

Pewnie. Pierwsza płyta Zakopowera była fajna i świeża. Potem wygrali Opole z „Boso”. No i mieli wielki przebój, który poszedł we wszystkich radiach. Oczywiście potrafią świetnie grać, to muzykanci z prawdziwego zdarzenia, dzięki czemu umieją fajnie wymieszać góralski folklor z popem i rockiem. Często bywałem ostatnio na ich koncertach - i na żywo też są świetni.

Pan na nowej płycie odciął się od góralskich korzeni. Może niepotrzebnie?

To nie jest odcinanie się. Ja jestem w innej sytuacji niż Sebek. Rodzice wyemigrowali ze mną i z siostrą do Francji podczas stanu wojennego. W efekcie wychowywałem się w innym kontekście kulturowym. Dlatego nie jestem takim góralem z krwi i kości jak on. Też mieszkam w górach, ale Alpy to nie to samo co Tatry. Mieszkałem też przez pewien czas w Stanach. Jestem więc przesiąknięty innymi wpływami - jazzem czy rockiem. Kocham muzykę góralską, jak ją słyszę mam zawsze łezkę w oku. Osłuchanie się w tych brzmieniach dało mi łatwość otwarcia się na folklor z różnych stron świata. Dlatego lubię też flamenco czy muzykę cygańską. Na co dzień nie gram jednak muzyki góralskiej - a dla Sebka był to przecież kiedyś chleb powszedni.

Często bywa pan teraz na Podhalu?

Dosyć często jestem w Krakowie i w Warszawie, a w Zakopanem trochę rzadziej. Jestem związany z narciarstwem i muzyką - a w obu tych dziedzinach nie ma tam teraz zbyt wiele do zrobienia.

Niedawno wystąpił pan w telewizyjnym show „Top Chef”. Jak się panu spodobał świat polskich celebrytów?

Kiedy się zgodziłem, myślałem, że będę miał do czynienia z zarozumiałymi ludźmi, których zdecydowanie nie trawię. Tymczasem okazało się, że byli fajni i mili. Przez ten program zdobyłem sobie w Polsce dużo nowych przyjaciół.

Naprawdę lubi pan gotować?

U siebie w domu cały czas to ja gotuję. Poza tym mam też drugi program - „Jazda z Andrzejem Bachledą”. Podróżuję po różnych miejscach lubianych przez narciarzy w Europie i USA - przy okazji gotując regionalne przysmaki. W ten sposób łączę przyjemne z pożytecznym.

Woli pan polską czy francuską kuchnię?

Francuską. Ale żabich udek nie przyrządzam, bo szkoda mi żab. Zresztą Francuzi wcale tak często ich nie jedzą - raz albo dwa na rok. Kuchnia nad Sekwaną nie dość, że jest smaczna, to bardzo bogata. Tam każdy region ma swoje specjały i wina. Ja lubię proste dania - przede wszystkim sabaudzkie z regionu Mont Blanc, wykorzystujące sery.

Dobre jedzenie nie przeszkadza panu w narciarstwie?

To jest nieodłączne. Jak się wróci z nart, jest mróz i człowiek zgłodnieje, to sama przyjemność zjeść coś dobrego.

Nie brakuje panu dziś sportowego narciarstwa?

Nie. To nie jest przecież zabawa. Tak się tylko wydaje, kiedy się na zawody patrzy z daleka. Tymczasem jeździ się po lodzie, na stromych stokach, w cieniu. Trzeba potwornie dużo trenować. Często zdarzają się wypadki, które są bardzo bolesne. Nic dziwnego, że z czasem mnie to znudziło. Nie był to do końca mój świat.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.