Jolanta Tęcza-Ćwierz

Byłam Judymem i byłam Janosikiem. Pierwszy był głupcem, drugi - złodziejem

Doktor Ilona Rosiek-Konieczna Fot. Anna Kaczmarz Doktor Ilona Rosiek-Konieczna
Jolanta Tęcza-Ćwierz

20 lat temu, w 1999 roku, o doktor Ilonie Rosiek-Koniecznej zrobiło się głośno w całej Polsce. Została wówczas oskarżona przez NFZ, z którego wyłudziła kilkaset tysięcy złotych. Sprawę umorzono, ponieważ śledztwo wykazało, że lekarka pomagała z dobroci serca. Dziś krakowska „Judymka” razem z mężem, Jerzym Koniecznym, wciąż pomagają tym, którzy w życiu najbardziej się pogubili. Opowiadają nam o życiu na ulicy, walce z nędzą i absolutnym zaufaniu Bogu.

Choć ma 70 lat, całkiem siwe włosy i drobną posturę, wciąż tryska energią, jakiej mógłby jej pozazdrościć niejeden nastolatek.

Spotykamy się w „Domu Łazarza”, chrześcijańskiej wspólnocie bezdomnych w krakowskich Łagiewnikach. Dr Ilona Rosiek-Konieczna i jej mąż Jerzy opowiadają o tym, jak Boża Opatrzność zaprowadziła ich na krakowski dworzec, do kanałów i na klatki schodowe, gdzie żyli ci, którym świat nie dał drugiej szansy.

Na ulicach, pod mostami

Doktor Ilona Konieczna potrzebę pomagania ludziom odziedziczyła po rodzicach.

Jej ojciec był sędzią. W latach pięćdziesiątych XX wieku, w czasach reżimu, trzykrotnie nie wydał wyroku, jaki mu wprost sugerowano. Zamiast skazać, uniewinnił. W efekcie stracił możliwość pracy jako sędzia i został adwokatem w Miechowie. Ale taki właśnie był: całe życie uczciwy.

Matka Ilony kochała historię i ojczyznę. Była żołnierzem AK. Aresztowana z bronią w ręku, trafiła do obozu w Ravensburg. Przeżyła.

Od tej pory nigdy nie odwracała się od biednych i potrzebujących.

Wychowana przez takich społeczników pani doktor przez całe życie niosła pomoc tym, którzy pomocy potrzebowali najbardziej - samotnym, biednym, alkoholikom i bezdomnym. Szukała ich na ulicach, pod mostami, na klatkach schodowych i dworcu. Organizowała zbiórki ubrań, robiła kanapki i leczyła. Podchodziła do tych, do których inni brzydzili się podejść.

- Pracowałam w spółdzielni inwalidów i prowadziłam prywatny gabinet lekarski. Większość moich pacjentów była bardzo biedna, dlatego nie mogłam brać od nich pieniędzy za wizytę - mówi Ilona Rosiek-Konieczna.

Wskutek reformy jesienią 1999 roku służba zdrowia zaczęła obejmować leczeniem tylko osoby ubezpieczone.

Z dnia na dzień setki tysięcy ludzi wypadły z systemu. Wielu nie miało także funduszy na wykup lekarstw. Dlatego lekarka wpadła na pomysł, żeby wypisywać recepty dla inwalidów wojennych. Bo tylko oni mogli jeszcze otrzymać leki za darmo.

Robiła tak: jeśli chory miał w rodzinie osobę uprawnioną do bezpłatnych leków, wypisywała recepty na niego. To powszechnie stosowana przez lekarzy praktyka. Ilona Konieczna wypisywała więc recepty na rzeczywistych pacjentów i to za ich zgodą, a leki przekazywała ubogim, potrzebującym i bezdomnym.

Wkrótce do gabinetu pani doktor weszli inspektorzy farmaceutyczni. Odkryli sporo nieścisłości.

- Z pracy mnie od razu wyrzucono, bo jak miałabym pracować, kiedy miałam na głowie prokuraturę? - pyta dr Konieczna. - Miałam 53 lata, za dwa lata mogłam przejść na wcześniejszą emeryturę. I zostałam na lodzie. Wiedziałam, że nigdzie nie znajdę pracy. Zawsze współczułam ludziom, którzy tracili pracę. Kiedy tylko mogłam, jak najdłużej trzymałam ich na zwolnieniu. Gdy była szansa, to wysyłałam na rentę. Współczułam. A potem sama straciłam pracę. Byłam śmieciem. Zrozumiałam, jak to jest być nikim w społeczeństwie. A przecież umiałam tylko leczyć. Do niczego innego się nie nadawałam. Nie miałam perspektyw pracy, za to miałam dużo czasu dla ludzi. Przeżyłam bezrobocie i zrozumiałam, jak się czuje człowiek bez pracy - dodaje.

Z miłości

Po przesłuchaniach, które trwały trzy lata i były udręką dla lekarki i pacjentów, wydawało się, że śledztwo dotyczące recept i przekazywania lekarstw ubogim będzie umorzone. Jednak przy okazji strajku służby zdrowia sprawa została odgrzebana. Znowu przesłuchania i dziesięć rozpraw sądowych. Od oskarżenia do wyroku upłynęło 10 lat.

W 2009 roku sąd ze względu na znikomą szkodliwość społeczną umorzył sprawę Ilony Rosiek-Koniecznej, krakowskiej lekarki, która wypisywała recepty bezdomnym i ubogim na podstawione osoby.

„Wyrok, a w szczególności jego uzasadnienie, powinien zostać zapisany w historii polskiego sądownictwa. (...) Czy ktoś kiedyś spotkał takie uzasadnienie uniewinniającego wyroku: «Bo robiła to wszystko z miłości»?” - napisał po latach Jerzy Konieczny w książce „Poławiacze pereł”.

- W toku postępowania wykazano przestępstwo. Jednak nie szkodę społeczną, tylko wielką potrzebę społeczną - mówi pani Ilona. - Prawnicy dowiedli, że nie czerpałam z mojej działalności żadnych korzyści. Bóg był ze mną i wiedziałam, że nie muszę się martwić. Mogłam bez obaw poświęcić się mojej działalności dla bezdomnych.

I poświęciła się. Organizowała im jedzenie, ubrania, niejednokrotnie pracę czy mieszkania. Wymyśliła nawet, że kupi bezrobotnym stary autobus, którym będą jeździć po Krakowie i sprzedawać napoje. Handel obwoźny przeżywał wtedy najlepsze dni. Skończyło się na tym, że panowie autobus sprzedali, a pieniądze przepili.

- Całe życie leczyłam biedaków. Weszłam w świat bezdomnych dawno temu, kiedy moja, dorosła dziś córka, była w liceum. Angażowała się w działania wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Tam przychodzili bezdomni. Chcieli się pożywić, odpocząć, szukali duchowej pociechy. Córka mnie poprosiła, żebym im pomogła.

I tak doktor Konieczna przez cztery lata zajmowała się grupą bezdomnych. Zmobilizowała też wielu przyjaciół: lekarzy, pielęgniarki, którzy w różny sposób mogli jej pomóc pomagać. Zajmowała się nie tylko zdrowiem, ale i życiem bezdomnych, chorych, zrozpaczonych, którzy nie widzieli sensu swojej egzystencji. Niektórych podleczyła, innym pomogła w zdobyciu renty, ale pili dalej. I dalej uciekali przed odpowiedzialnością i życiowymi wyzwaniami.

- Człowiek, który jest zniewolony używkami i niszczącymi nałogami, nie jest w stanie podjąć zwykłej pracy. Jednak wtedy tego nie rozumiałam - opowiada pani Ilona. Nie umiałam pomagać mądrze, zobaczyłam, że wszystkie moje wysiłki nikomu nie przyniosły nic dobrego. Wtedy córka powiedziała do mnie, że jestem Judymka Janosikowa. Poczułam dumę. Ale córka szybko wyprowadziła mnie z błędu, wyjaśniając: - Tylko wiesz mamo, że Judym był głupcem, a Janosik - złodziejem. Wtedy pomyślałam, że poniosłam klęskę. Zawołałam: Jezu, ratuj! I za dwa dni poznałam Jurka - wspomina.

Poławiacze pereł

Kiedy się spotkali, Jerzy, były policjant, skończył właśnie odwyk.

- Był w tzw. pętli śmierci - opowiada Ilona. - To taki etap alkoholizmu, z którego nie ma wyjścia. Beznadziejny przypadek. Jerzy właściwie umierał z powodu różnych schorzeń i alkoholu. I wtedy spotkał się z Bogiem. Zrozumiał, że Bóg uwalnia go z nałogu. Jurek dostał nowe życie. Piękne, szczęśliwe i odpowiedzialne - opowiada pani doktor.

Dzięki przyszłemu mężowi Ilona zrozumiała, że pomagając ludziom w dotychczasowy sposób, tak naprawdę nie przynosiła im realnej pomocy.

Jerzy: Nauczyłem żonę pomagać. A ona nauczyła mnie kochać mimo wszytko. Byłem policjantem. Prowadziłem grube kryminalne sprawy. Ludzie, z którymi miałem do czynienia to był dla mnie element do zwalczania i zamykania, a nie do kochania. To Ilona nauczyła mnie kochać. Jestem przekonany, że Bóg nas poskładał razem.

Ilona: Pytaliśmy Boga, jak dzielić się Ewangelią. I Bóg nas posłał do bezdomnych. Wracaliśmy po pracy do domu, robiliśmy kanapki i pakowaliśmy je do reklamówek, a potem jechaliśmy na dworzec, by rozdać je potrzebującym. I tak dzień w dzień.

Państwo Konieczni pomagają do dzisiaj. Dlaczego to robią? Dlaczego poświęcają swój czas, energię i siłę, nie otrzymując nic w zamian? Ponieważ są przekonani, że nie mogą opuścić swoich drogocennych pereł, jak nazywają bezdomnych i najuboższych.

- Bóg nam powiedział: posyłam was na ulicę - wspomina Ilona. - Idźcie pozbierać z ulicy perły, z których ja uczynię naszyjnik. Te perły to ludzie, którzy zaznali najgorszego. Osoby, które przez innych nazywane są śmieciami i menelami, dla Boga są prawdziwym skarbem. Wyrwani z tego piekła, nie mają złudzeń, czym jest grzech.

W Domu Łazarza

O tym miejscu słyszało wielu mieszkańców Krakowa i nie tylko. Mieści się w budynku dawnego komisariatu policji przy ul. Nowogródzkiej. Nazwano je „Domem Łazarza”.

- Był taki dom w Betanii, w którym Jezus bardzo lubił przebywać - opowiada Jerzy. - Mieszkał tam Łazarz, którego Bóg wskrzesił z martwych i jego siostry: Maria i Marta. U nas także Chrystus lubi przebywać. I także tu mieszkają wskrzeszeni z martwych.

Znajdują tu pomoc starsi i młodsi mężczyźni. Bezdomni. Mogą tu zamieszkać, odpocząć, mają możliwość umycia się i zjedzenia ciepłego posiłku.

Jerzy Konieczny bywa tu każdego dnia. Oprócz tego jest pastorem i kapelanem więziennym. Systematycznie odwiedza krakowski areszt. Szczerze każdemu współczuje. Zwłaszcza tym, którzy mają długie wyroki.

- Jeszcze kilkanaście lat temu im dłuższy ktoś dostał wyrok, tym większa była moja satysfakcja. Dziś serce mi się kraje. To jest moja przemiana, bo myślę, jak ja ich kiedyś mogłem nienawidzić? Był przecież taki czas, że sam siebie nienawidziłem. Z powodu alkoholizmu nie wychodziłem spod stołu. Psychiatrzy mówili, że jestem beznadziejnym przypadkiem, że mnie się nie da pomóc. A Bóg mnie uratował. Dlatego dziś pomagam innym. Szczególnie tym, którzy trafiają do „Domu Łazarza”.

Ilona: Przedtem pomagałam tylko ciału. Współczułam ludziom, którzy byli abnegatami. Na odwyku nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. A teraz odzyskują godność. Mają nasze i Boże wsparcie w robieniu porządku w życiu i relacjach, które zerwali z żonami i dziećmi. Już nie myślę, żeby im szukać ubrania, jedzenia, mieszkania. W „Domu Łazarza” mają mieszkanie, tu są ubierani i żywieni. Pod warunkiem, że na nowo podejmą życie z Bogiem.

W „Domu Łazarza” panuje rodzinna atmosfera. Wszyscy mieszkańcy uczą się wzajemnej troski. Wiele się modlą za siebie nawzajem.

- My jesteśmy dla ich mamą i tatą, a oni są naszymi kochanymi dziećmi - mówi pani Ilona. - Nawet wtedy, gdy odchodzą z powrotem na ulicę. Odchodzą, nabijają sobie guzy i wracają.

I zawsze są przyjmowani.

Jerzy: Spotkałem kiedyś w Norwegii tamtejszego terapeutę, pastora i lidera wspólnoty, który 49 razy wylatywał z podobnego ośrodka. I wciąż przyjmowali go z powrotem. Aż wreszcie zaskoczył. Ilona: Nie wszystkim się udaje. Mieliśmy kilkanaście pogrzebów osób, które zapiły się na śmierć. Ale na łożu śmierci pokutowali i nawracali się.

A wtedy Konieczni pisali na klepsydrze: odnalazł drogę do domu Ojca. I urządzali mu piękny pogrzeb z gitarą i śpiewem.

Trudna pomoc

Ilona i Jerzy przyznają, że niewiele jest wygranych istnień. Jednak ten fakt nie zniechęca małżonków. Wręcz przeciwnie.

- Kiedyś policzyliśmy, że przez nasze domy przeszło ponad tysiąc osób. Kilkadziesiąt z nich wróciło do życia. Dziś radzą sobie, są odpowiedzialni, zakładają rodziny i często pomagają innym - mówi Ilona.

A Jerzy dodaje: Mamy też takich „ośrodkowych”, którzy nie potrafią funkcjonować poza „Domem Łazarza” albo innym miejscem. Całe życie gdzieś pomieszkują. Dla nich liczy się tylko jedzenie, spanie i nic więcej. O pracy duchowej nawet nie chcą słuchać. Tymczasem my wiemy, że prawdziwa walka toczy się o dusze. Ci, którzy uwierzą, doznają przemiany. Takich świadectw mamy kilkadziesiąt. Tomek, Janusz, chudy Jurek. Ci, którzy wrócili.

Jednak Ilonie i Jerzemu Koniecznym wcale nie jest łatwo pomagać. Narzekają na rozbudowaną biurokrację, znieczulicę urzędników, wysokie koszta prowadzenia domu.

- Dla urzędów, MOPS-ów, wojewodów bezdomni to tylko kłopot. Najlepiej byłoby ich wywieźć do lasu - mówi z goryczą Jerzy. - Kiedy 20 lat temu zaczynaliśmy nieść pomoc potrzebującym, to każde miejsce dla bezdomnego było cenne. Urzędnicy współpracowali, załatwiali fundusze, pomagali. A dziś? Tylko nas gnębią sprawozdaniami, kontrolami. Każą prowadzić dziennik temperatur panujących w pokojach. Co miesiąc musimy robić sprawozdania, kto spał na którym łóżku. Każdy bezdomny ma swój ID. Nie wiadomo po co i na co. Tworzę pisma, odwołuję się dla dobra tych ludzi, jednak za każdym razem czuję się tak, jakbym pisał po chińsku. Kiedy zanotowałem w sprawozdaniu, że w „Domu Łazarza” bezdomni mają dostęp do umywalek i pryszniców, to zwrócono mi uwagę, że muszę uzupełnić do ilu umywalek i do ilu pryszniców mają dostęp. To chore! Dobrze, że Bóg mi daje cierpliwość. Dawniej, kiedy byłem wojującym gliną, szybko bym to rozpirzył! Ale dziś człowiek się nauczył cichości i pokory - zamyśla się Jerzy.

A po chwili dodaje: - Takich wariatów, jak my, już nie ma. Nikt nie chce pracować siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, przez tyle lat… I smutne, że kiedy Agencja Mienia Wojskowego, chcąc nas stąd wyrzucić, nie przedłużyła nam umowy najmu, to nikt się za nami nie ujął. Urzędnicy, MOPS-y, wszyscy umyli ręce. Bo 30 osób wyląduje na ulicy? Cóż to za problem? Przecież na ulicy żyją trzy tysiące bezdomnych. W dzisiejszych czasach nie warto zakładać stowarzyszeń, fundacji, nie warto wchodzić w żadne granty i umowy. To kula u nogi - mówi Jerzy Konieczny.

Jego żona uzupełnia: - Wiemy, że Bóg troszczy się o to, by nasze dzieło trwało. I trwa od 20 lat. Chociaż gdybyśmy na początku wiedzieli, ile trudności przyjdzie nam przezwyciężyć, to byśmy się na to nie porywali. Dla biednych trzeba mieć serce i rozumieć ich potrzeby, także duchowe. Jak się Bogu zawierzy, to pomoc spada jak z nieba. Od różnych ludzi. Nigdy nie wiemy, od kogo coś dostaniemy. I zawsze wydajemy pieniądze, których nie mamy. A potem się znajdują. Bożym cudem.

Prowadzi nas Bóg

Konieczni są przekonani o tym, że ludzie znajdujący się na ulicy mają niezaspokojone potrzeby duchowe. Dlatego, chcąc przywrócić im utraconą na ulicy godność, muszą pokazać cel i sens życia.

- Jako lekarz mogę tylko złagodzić cierpienie fizyczne. Zaspokoić potrzeby ciała. A potrzeba więcej - stwierdza Ilona Konieczna.

Dlatego dziś, jak mówi, prowadzi ludzi do Boga.

- To piękna pracy, pełna satysfakcji, pełna cudownych odkryć. Możemy na sobie polegać. Bóg wie, czego każdy z nas potrzebuje - mówi Ilona. - Stajemy się rodziną. W rodzinie każdy jest bezcenny. Każdy wnosi swój wkład nowych odkryć, możliwości, talentów. Swój punkt widzenia.

I dodaje:

- Byłam dla mojej córki bardzo kontrolującą, nadopiekuńczą mamą. Zaczęła się buntować, chciała samodzielnie iść w świat, w dorosłe życie. Bóg mi powiedział, żebym ją wypuściła, a On się będzie o nią troszczył i prowadził. I robi to w sposób cudowny. Powiedział mi też, że dostanę setki dzieci. Mam je. To cudowne dzieci. Zyskałam nowych synów i córki, braci i siostry, przyjaciół. A kiedy rodzina ma wielu członków, to jest szczęśliwsza, prawda?

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.