Bogusław Kwiecień

Byli więźniowie Auschwitz chcieli, żeby upamiętnić to miejsce zbrodni

Andrzej Strzelecki (od lewej) i Franciszek Piper, byli pracownicy Muzeum przez wiele lat zajmowali się historią KL Auschwitz. Efektem są liczne publikacje Fot. Bogusław Kwiecień Andrzej Strzelecki (od lewej) i Franciszek Piper, byli pracownicy Muzeum przez wiele lat zajmowali się historią KL Auschwitz. Efektem są liczne publikacje przybliżające tragiczne losy więźniów obozu.
Bogusław Kwiecień

70 lat temu na terenie byłego niemieckiego obozu powstało Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Wiele śladów ludobójstwa uratowano dzięki więźniom, którzy zbierali je ryzykując życiem.

Świat nie może zapomnieć o tej nieludzkiej zbrodni. Powtarzało wielu byłych więźniów Auschwitz-Birkenau, którzy ocaleli z piekła tego niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady. To głównie oni sprawili, że 70 lat temu doszło do powstania Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Zburzyć i zaorać?

Okazuje się, że to wcale nie było przesądzone. Rok po powołaniu placówki na łamach prasy przetoczyła się kolejna dyskusja nad skalą jej działalności. - Została wywołana artykułami Jerzego Putramenta i Kazimierza Koźniewskiego, którzy sugerowali ograniczenie działalności Muzeum, a drugi z nich nawet jego „zburzenie i zaoranie” - zauważa dr Jacek Lachendro z Centrum Badań PMAB, autor książki „Zburzyć i zaorać...? Idea założenia Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w świetle prasy polskiej w latach 1945 - 1948”.

Możliwe, że teksty stanowiły odzwierciedlenie zmian postaw części społeczeństwa zmęczonego rozpamiętywaniem wojny i męczeństwa Polaków.

W opinii historyka Muzeum, nie można wykluczyć, że ich autorzy wyrażali zdanie części przedstawicieli władz komunistycznych, którzy zmierzali do likwidacji lub ograniczenia działalności placówki i wykorzystania jej terenów oraz obiektów na cele przemysłowe, rolnicze oraz mieszkaniowe.

Andrzej Strzelecki (od lewej) i Franciszek Piper, byli pracownicy Muzeum przez wiele lat zajmowali się historią KL Auschwitz. Efektem są liczne publikacje
Archiwum PMAB Członkowie radzieckiej komisji śledczej podczas oględzin baraku Birkenau. Rosjanie opuścili tereny obozu wiosną 1946 r.

Według dr. Franciszka Pipera, wieloletniego pracownika Muzeum, który przez 27 lat kierował Działem Historii Obozu, tę dyskusję zamknęło stanowcze „nie” właśnie byłych więźniów Auschwitz. To także ich grupa z Tadeuszem Wąsowiczem na czele przybyła do Oświęcimia w kwietniu 1946 roku, żeby zająć się ochroną dawnych terenów obozowych a z drugiej strony utworzyć muzeum.

Było to możliwe po wycofaniu się radzieckich władz wojskowych, które kontrolowały te tereny od wyzwolenia 27 stycznia 1945 roku. Obóz został wówczas podzielony na dwie części. Jak przypomina dr Andrzej Strzelecki, inny wieloletni pracownik PMAB w dawnym macierzystym obozie Auschwitz I od lutego do września 1945 roku funkcjonowały rosyjskie szpitale polowe i szpital Polskiego Czerwonego Krzyża, gdzie leczono większość z 7 tys. wycieńczonych więźniów, których Niemcy nie włączyli do ewakuacji obozu.

Jednocześnie w kwietniu lub maju 1945 roku Rosjanie utworzyli w byłym obozie macierzystym i w dawnym Birkenau obozy przejściowe dla jeńców niemieckich. W drugim z nich osadzeni zostali również obywatele polscy z Górnego Śląska i Opolszczyzny, którzy w czasie okupacji podpisali volkslistę. Pierwszy istniał do jesieni 1945 roku, natomiast w Birkenau do marca 1946. Oprócz tego było jeszcze jeden zarządzany przez Państwowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP), który istniał do kwietnia 1946 roku. Więziono tutaj osoby uznane za niebezpieczne dla nowego systemu władzy. Wiele z nich zginęło.

Ocalone dowody zbrodni

Wraz z ogłoszeniem ewakuacji esesmani starali się zatrzeć ślady zbrodni. Zaczęli palić dokumenty obozowe, wysadzili w powietrze krematoria i komory gazowe II, III i V, podpalili magazyny z mieniem zrabowanym Żydom.

- Z dokumentów obozowych, których Niemcy nie spalili zachowało się ok. 10 proc. - ocenia dr Franciszek Piper. Jak podkreśla, duża część z nich została dzięki więźniom. Tak było na przykład z kliszami zdjęć nowo przybyłych do Auschwitz.

Wyznaczona do ich spalenia przed esesmanów grupa więźniów zalała piec wodą, chociaż mogła za to zapłacić życiem. W ten sposób udało się uratować w sumie 40 tys. fotografii. Podobnie stało się z częścią ksiąg stanów dziennych, czy ksiąg jeńców radzieckich. Franciszek Piper podkreśla, że więźniowie ślady zbrodni w Auschwitz dokumentowali niemal od początku istnienia obozu. Systematyczne sprawozdania sporządzał obozowy ruch oporu. Jednym najważniejszych takich dokumentów był tzw. „Raport Witolda” opracowany przez rtm. Witolda Pileckiego.

Jeszcze przed oficjalnym otwarciem były obóz odwiedziło 100 tys. osób

Andrzej Strzelecki zwraca z kolei uwagę na ślady pozostawione przez więźniów w różnych obiektach z nadzieją, że ktoś kiedyś je odnajdzie i w ten sposób dowie się, co działo się za drutami Auschwitz. W ten sposób po wojnie w pobliżu jednego z krematoriów natrafiono na zapiski członków Sonderkommando, którzy na własne oczy widzieli śmierć setek tysięcy Żydów.

Wśród dowodów zbrodni znalazły się również m.in. odpisy list nowo przybyłych sporządzonych przez Kazimierza Smolenia, który trafił do obozu w 1940 roku zatrzymany za próbę przedarcia się do polskiej armii tworzonej we Francji. Po wojnie przez 35 lat był dyrektorem PMAB. - Dla więźniów jeszcze w czasie istnienia obozu nie ulegało wątpliwości, że to miejsce musi zostać upamiętnione - zaznacza Franciszek Piper.

Nie da się zapomnieć

W 1946 roku, a więc jeszcze przed oficjalnym otwarciem muzeum tereny byłego obozu odwiedziło 100 tys. osób. Ci, którzy mieli okazję zobaczyć wówczas obóz podkreślali, że tego obrazu nie zapomną do końca życia. W wielu miejscach widać było prochy ofiar i inne ślady zbrodni.

Andrzej Strzelecki (od lewej) i Franciszek Piper, byli pracownicy Muzeum przez wiele lat zajmowali się historią KL Auschwitz. Efektem są liczne publikacje
Archiwum PMAB Przedmioty osobiste zrabowane zamordowanym Żydom, którzy przywożeni byli do Auschwitz-Birkenau z całej Europy

Obecnie 91-letnia Anna Wróbel z Krzeszowic była tu około roku po otwarciu Muzeum. - To było straszne. Ta świadomość, że zginęło tu tylu ludzi. Na ścianach była krew - opowiada. Nigdy więcej tu nie przyjechała, a mimo to nadal, po tylu latach, śnią się jej koszmary związane z tym miejscem.

W tym czasie na terenie byłego obozu pracowała również Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, która gromadziła dowody w związku z procesami najpierw komendanta Auschwitz Rudolfa Hoessa, a potem kolejnych 40 esesmanów odpowiedzialnych za popełnione tutaj zbrodnie. Te materiały procesowe stały się potem punktem wyjścia do prac badawczych prowadzony przez Muzeum.

Ziemia w byłym obozie jeszcze do dzisiaj odkrywa osobiste przedmioty tych, którym nie udało się przeżyć.

Bogusław Kwiecień

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.