Paweł Gzyl

Cleo: Osłuchałam się z folklorem, tańcząc jako dziecko w ludowym zespole

Cleo: Osłuchałam się z folklorem, tańcząc jako dziecko w ludowym zespole Fot. Sony Music Poland
Paweł Gzyl

„Karminowe usta” to nowa piosenka Cleo, za sprawą której popularna wokalistka wraca do muzyki etno. Przy okazji wspomina dla nas swój udział w konkursie Eurowizji i jurorowanie w „The Voice Kids”.

Oglądałaś tegoroczną Eurowizję?
- Oglądałam. Ale nie na żywo. Nagrałam sobie i potem przekartkowałam tylko. Zobaczyłam wszystkie występy, więc jestem z tym tematem na bieżąco.

Myślisz, że gdyby zamiast Blanki pojechał Jann, wypadlibyśmy lepiej?
- Ciężko powiedzieć. Ja też miałam taką rozkminę przed Eurowizją, ale w końcu pomyślałam: „Przecież ten konkurs jest nieprzewidywalny”. Nie wiadomo co danego roku się sprawdzi lub wpadnie w ucho i w oko. To właściwie loteria. Ja wiem jedno: ktokolwiek by nie pojechał, to trzymałabym za niego kciuki. Mam tak od zawsze. Kibicuję każdemu reprezentantowi Polski.

Skąd więc takie skrajne emocje, które towarzyszyły temu konkursowi w tym roku?
- Mnie już nic nie dziwi w show-biznesie. Ale faktycznie ta nagonka na Blankę, trochę mnie zniesmaczyła. Ja generalnie jestem przeciwna hejtowi. Czy więc hejtowano by Blankę, Janna czy kogokolwiek, ja bym się brzydziła takim zachowaniem. To jest dla mnie totalnie nieludzkie. I przykro mi się czytało to, co o niej wypisywano, bo wiem jak duża presja towarzyszy takiej osobie, która ma reprezentować Polskę na tym festiwalu. Dlatego bardzo współczułam Blance.

Dziewięć lat temu, kiedy ty występowałaś na Eurowizji, ludzie podchodzili do tego konkursu z większym dystansem?
- Ja nie odczułam żadnego hejtu. Oczywiście znalazła się część osób, którym „My Słowianie” nie przypadli do gustu. Ale wiadomo, że nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich.

Jak to się stało, że ty i Donatan zostaliście w 2014 roku reprezentantami Polski na Eurowizji?
- To był efekt medialnej lawiny, która runęła po premierze piosenki „My Słowianie”. Wcześniej przez trzy lata Polska nie wysyłała żadnego reprezentanta na Eurowizję. Ale kiedy „My Słowianie” zebrali miliony wyświetleń w YouTube’ie, dzięki czemu usłyszano o nas w całej Europie, a nawet na całym świecie, Telewizja Polska zaprosiła mnie i Donatana do udziału w tym festiwalu. Bo jej szefom wydało się to najbardziej trafne na tamten czas. Bardzo nas to ucieszyło: zostaliśmy powołani do broni i przeżyłam jedną z najwspanialszych przygód w swoim życiu.

„My Słowianie” to była bardzo oryginalna piosenka jak na swój czas. Wydawało się więc, że mamy duże szanse na wygraną. Też mieliście taką nadzieję?
- Zawsze jedzie się na konkurs z nadzieją na wygraną. Ale z drugiej strony byłam przerażona udziałem w tak wielkim festiwalu. Ja dopiero zaczynałam wtedy profesjonalną karierę, był to więc dla mnie skok na najgłębszą wodę z możliwych. Wiedziałam też, że Eurowizja jest specyficznym konkursem, w którym chodzi przede wszystkim o to, żeby dać się zapamiętać. A że my jechaliśmy tam z cudownymi dziewczynami z Mazowsza i z naszego teledysku, wszystko było na tyle kolorowe i oryginalne, że zwracaliśmy uwagę. Do dzisiaj jesteśmy wspominani na Eurowizji. A o to w tym wszystkim chodzi: żeby pokazać się trochę z przymrużeniem oka i dać się zapamiętać.

Zaskakująca była wówczas rozbieżność w głosowaniu: w tym telewidzów znaleźliście się na 5 miejscu, a jurorów – na 23. Co o tym zdecydowało?
- Byliśmy trochę w opozycji do wszystkiego, co wówczas było prezentowane. Wyglądaliśmy jak z innego świata. Może to nie podpasowało jurorom. To piąte miejsce jest dla mnie jednak ważniejsze, bo eurowizyjna widownia to ponad 100 milionów osób. A w skład grona jurorów wchodzi zaledwie kilkadziesiąt. To duża różnica, która ma dla mnie fundamentalne znaczenie.

W niektórych zachodnich mediach oskarżono waszą prezentację sceniczną o seksizm. Nie odbierałaś tego w ten sposób?
- Absolutnie nie. Przecież chyba wszyscy wiemy co czasem dzieje się na tej eurowizyjnej scenie. Po nas wyszła Conchita Wurst, która miała zgrabniejszą figurę ode mnie i nosiła bardziej wyzywającą bieliznę niż cały mój kostium. I nikomu to nie przeszkadzało. Ja nie mam z tym problemu: każdy artysta ma prawo zaprezentować się na scenie jak chce, żeby czuć się autentycznie.

Wcieliłaś się wtedy po raz pierwszy w postać Słowianki. To była trochę aktorska kreacja?
- Poniekąd. Ale nie do końca. Ja wcielam się w coraz to inną postać przy okazji niemal każdej piosenki. Tworzę konkretną i charakterystyczną osobowość, która pojawia się w teledysku. Czy jest to piosenka „Łowcy gwiazd”, czy „Za krokiem krok”, czy „Karminowe usta”, to zawsze tworzę swój awatar, który pojawia się w klipie. I w przypadku „My Słowianie” to była postać Słowianki.

Jak taka Eurowizja wygląda od kulis?
- Bardzo profesjonalnie. To najbardziej precyzyjna produkcja na świecie. Tam wszystko zgadzało się co do sekundy. Całe zaplecze, wszyscy zatrudnieni tam ludzie - wszystko było na najwyższym poziomie. Atmosfera też była super. Uczestnicy mieli swoje zaplecze, gdzie integrowaliśmy się ze sobą, robiliśmy sobie zdjęcia i wygłupialiśmy się. Było więc bardzo sympatycznie.

Szampan lał się strumieniami?
- Aż tak to nie. W sumie wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni. Kiedy dostaliśmy się do finału, mieliśmy za sobą cały tydzień intensywnych prób, które odbywały się codziennie, a do tego wywiad za wywiadem. Nie mieliśmy więc nawet siły, żeby imprezować.

Chciałabyś jeszcze kiedyś wrócić na ten festiwal?
- Nigdy nie mówię nigdy. Zobaczymy. Na razie czuję, że jest to dla mnie jeszcze świeże doznanie. Nie wiem. Musiałabym to poczuć w danym momencie i podjąć jakąś decyzję. Na razie to się nie szykuje.

„My Słowianie” była jedną z pierwszych piosenek łączących hip-hop z polskim folklorem. Jak to się stało, że zaśpiewałaś w tym utworze?
- Tworzyliśmy wcześniej z Donatanem różne nowoczesne nagrania. I w pewnym momencie on mówi: „Dałabyś radę zaśpiewać folkową piosenkę?”. „Ja bym nie dała?” - odpowiedziałam. Rzucił mi więc wyzwanie, a ja mu sprostałam.

No właśnie: wcześniej śpiewałaś „czarną” muzykę – gospel i soul. Jak się odnalazłaś w ludowej estetyce?
- O dziwo bez problemu. Może to dlatego, że w dzieciństwie tańczyłam w zespole folklorystycznym i takie brzmienia gdzieś się zakorzeniły w moim umyśle. Dlatego od razu poczułam łatwość śpiewania tej muzyki – nawet białym głosem. Kiedy teraz nagrywałam „Karmazynowe usta”, sama sobie śpiewałam chórki. A to też były białe głosy. Byłam zdziwiona, że potrafię to robić. Może w poprzednim wcieleniu śpiewałam w ten sposób? (śmiech)

Donatan jest z Krakowa, a ty z Warszawy. Jak się poznaliście?
- Przez wspólnego znajomego producenta. Kiedy usłyszał, że Don szuka wokalistki do projektu „Równonoc”, zaprezentował mu moje nagrania. Bez wizji – samą fonię. I na tej podstawie Don stwierdził, że to jest to. Nigdy wcześniej nawet się nie widzieliśmy i nie poznaliśmy się osobiście. A już wiedzieliśmy, że będziemy ze sobą pracować.

No i okazało się, że świetnie pasujecie do siebie. Z czego to wynika?
- Wywodzimy się z tej samej muzyki. Ja też zawsze lubiłam hip-hop i soul, a on chętnie produkował takie brzmienia. Jesteśmy jednak swoimi przeciwieństwami: on ma mocny charakter, a ja jestem bardziej uczuciowa i empatyczna. On ma matematyczną głowę, a ja – artystyczną. Wszystko to łączymy w całość i jesteśmy takim dwugłowym smokiem, co to sobie świetnie radzi.

Po sukcesie „My Słowianie” wiele osób myślało, że jesteście parą.
- (śmiech) To prawda. Ja nawet słyszałam, że Don jest moim bratem. Ludzie lubią wymyślać różne dziwne rzeczy.

Wasz wspólny album „Hiper/Chimera” okazał się wielkim sukcesem i pokrył się potrójną platyną. Dlaczego mimo to odpuściliście
jego kontynuację?

- Poczuliśmy potrzebę zrobienia czegoś nowego. Chciałam zahaczyć o inne brzmienia i dać ludziom odpocząć od tego folku. Ja bardzo lubię zmieniać style wykonywanych piosenek. To nie oznacza, że się nudzę. Ale czuję, że bardziej się rozwijam, zaglądając do różnych szuflad muzycznych. Do dzisiaj zdążyłam pośpiewać folk, a potem zrobić nowoczesną i oldskulową płytę. Zahaczam więc o wszystko.

To na potrzeby „Hiper/Chimery” napisałaś po raz pierwszy własne teksty?
- Właściwie robię to od zawsze. Wiadomo, że pracując z Donem nad wspólną płytą, on sugerował mi różne zmiany i korekty. Ale linie melodyczne i słowa to moja zasługa.

Wtedy Donatan ogłosił się wyznawcą religii słowiańskiej – rodzimowierstwa. Tobie też było to bliskie?
- (śmiech) To mnie zawsze ciekawiło. Ale w podstawówce i w liceum nie miałam lekcji, które dotyczyły kultury dawnych Słowian. Ktoś coś tylko napomknął. Tymczasem dzięki płytom Donatana rzesze młodych ludzi poznało nasze korzenie. Czyli można powiedzieć, że przyłożył rękę do historycznej edukacji Polaków. Ludzie zaczęli się bowiem interesować naszą dawną kulturą.

Poczułaś się z czasem zmęczona tym wizerunkiem Słowianki?
- Stwierdziłam, że na tamten moment, ta szufladka się wypełniła. A że jestem osoba, która skrywa w sobie różne dźwięki, uznałam, że nie chcę się ograniczać wyłącznie do śpiewania folku. Z chęcią zaczęłam więc tworzyć inne rzeczy.

Nie bałaś się, że fani tego nie zaakceptują?
- Od początku przyzwyczajałam ich, że każdy mój singiel jest z kompletnie innej bajki. Pamiętam jak po „My Słowianie” wyszła „Cicha woda” – to było kompletne zaskoczenie. Moi słuchacze byli więc przygotowani na kolejny szok. Również każdy mój album był inny od poprzedniego.

Twoje popowe płyty okazały się również wielkimi sukcesami. Poczułaś się spełniona dzięki nim?
- Jasne. Z płyty „Bastet” na listy przebojów weszła piosenka „Zabiorę nas”. Z „SuperNovej” na pierwszych miejscach wylądowały utwory „Łowcy gwiazd” i „Alfabet światów”. No a na „WinyLovej” znalazł się mój największy przebój „Za krokiem krok”. To wszystko hity może dlatego, że mogłam zmieniać te muzyczne światy? Może to dawało za każdym razem efekt świeżości?

Wspólnym mianownikiem tych wszystkich piosenek są chwytliwe refreny. Dzięki temu pokochało cię radio?
- Może tak być. Ja nigdy nie starałam się tworzyć muzyki matematycznie: że teraz usiądę i zrobię hit. To zawsze wynikało z zabawy dźwiękami. Siadałam – i wpadały mi do głowy te refreny, które potem rozwijałam w całe piosenki.

Czekasz na natchnienie czy pracujesz systematycznie?
- Natchnienie to gość, który rzadko przychodzi. Trzeba mu więc dać szansę. Pracuję permanentnie, żeby się pojawiał. To nic mistycznego.

Gdzie pracujesz nad muzyką i tekstami?
- Zamykam się różnych miejscach i piszę. Na początku była to piwnica w domu moich rodziców, gdzie miałam do dyspozycji metr kwadratowy. Potem zamykałam się w szafie, żeby nie przeszkadzać sąsiadom. Dopiero po dziesięciu latach dorobiłam się własnego studia nagraniowego. Dzięki Bogu mam wreszcie miejsce, gdzie mogę się wygodnie rozsiąść i spokojnie tworzyć. I to zawsze ten sam schemat: siadam i pomysły przychodzą mi same.

[/b]Teraz za sprawą piosenki „Karminowe usta” powracasz do folku. Dlaczego?
- Po płycie „WinyLova” poczułam, że chcę wrócić bliżej natury i korzennych rzeczy. Do czegoś mniej kolorowego. I uznałam, że te folkowe brzmienia są mi bliskie i kojące. Zaczęłam więc pracować nad takim materiałem.

[b]Co zainspirowało „Karminowe usta”?
- Jedno z najstarszych świąt słowiańskich – Noc Kupały, która wypada w letnie przesilenie. Zawsze mnie ono fascynowało: to puszczanie wianków i palenie ognisk. Było to takie baśniowe. Stwierdziłam więc, że napisze piosenkę i nakręcę teledysk, które będą moją metaforą tego święta. Nie przedstawiam Nocy Kupały jeden do jednego, tylko pokazuje jak ja sobie wyobrażam to święto.

Brałaś kiedyś udział w takiej Nocy Kupały?
- Nie. Ale bardzo bym chciała. Choć na puszczanie wianków jestem już za stara. Ale chętnie zobaczyłabym jak to wygląda.

To zapraszamy do Krakowa – co roku są tu przecież organizowane Wianki.
- Nie wiem dlaczego, ale nie byłam nigdy na tych krakowskich Wiankach. Jest szukanie kwiatu paproci?

- (śmiech) Nie. Ale jest konkurs na najpiękniejszy wianek.
- To muszę przyjechać.

„Karminowe usta” zapowiadają twój nowy album. Wszystkie przygotowywane nań piosenki będą takie folkowe?
- Tak. Taką miałam potrzebę artystyczną i emocjonalną. Folkowe brzmienia to coś, co chciałabym zawrzeć na moim kolejnym albumie. Mam już właściwie przygotowany cały materiał. Bo ja mam tak, że kiedy już usiądę, to robię kilka czy kilkanaście piosenek. Lubię być w transie tworzenia. Kiedy przychodzi jeden numer, to robię drugi, trzeci, czwarty i tak dalej. Nie rozciągam tego w czasie.

O czym będą te piosenki?
- Będą nawiązywały do różnych ludowych obrządków, zwyczajów i świąt. W niektóre kawałki wplotłam słowiańską baśniowość.

Inspirowałaś się autentycznymi ludowymi przyśpiewkami?
- Tak. Już tańcząc w zespole ludowym, osłuchałam się z folklorem – nie tylko polskim, ale też ukraińskim czy białoruskim. Te melodie wszystkie się ze sobą bowiem mieszają.

Sądząc po „Karminowych ustach”, piosenki te będą miały jednak nowoczesne brzmienie typowe dla popu.
- Te nagrania są wynikową wszystkiego tego, co nagromadziło się do tej pory w mojej głowie. Napisałam te melodie tak od serca – ot po prostu.

Producentem płyty jest Dobrobit. To prawda, że pod tym pseudonimem ukrywa się Donatan?
- Don rzadziej zajmuje się teraz muzyką. Ma jednak swój team, składający się z ludzi, których wcześniej przeszkolił. Oni tworzą własne bity, ale pod jego okiem. Tymczasem on pozwolił sobie wejść w świat innych biznesów. Chce być jednak nadal związany z muzyką, dlatego ma swoją ekipę od nagrań i teledysków. A on jest Wielkim Bratem, który nad tym wszystkim czuwa. Bardzo mu ufam, jeśli chodzi o folkowe brzmienia, dlatego kiedy miałam jakieś pytania czy wątpliwości, to zawsze do niego dzwoniłam z prośbą o poradę.

A gdzie nagrywaliście: u niego czy w twoim studiu?
- U mnie. Studio już działa od początku roku.

[/b]Prowadzenie studia nie jest takie proste. Radzisz sobie sama?
- Mam realizatora dźwięku, z którym pracujemy od lat. Ja wiem jak podłączyć mikrofon i nagrywać swoje wokale. Tu daję radę. Całą pozostałą maszynerią zajmują się chłopaki od Dona. Ja bym się w tym pogubiła.

[b]Lubisz pracę w studiu?
- Tak. Lubię ciszę i spokój. Podoba mi się to wygłuszenie. Czasem się tam zamykam sama ze swoimi myślami. Bo jednak żyję w permanentnym biegu i hałasie. Potrzebuję więc wytchnienia od tej kakofonii. W studiu mogę się wyciszyć i zastanowić nad swoją egzystencją.

Wybudowanie i wyposażenie studia to spory wydatek. Pozwoliłaś sobie nań dzięki udziałowi w reklamie Media Expert czy udziałowi w „The Voice Kids”?
- (śmiech) To zasługa dziesięciu lat pracy w różnych projektach. Przez ten czas nigdy nie byłam na porządnych wakacjach. Dlatego to wynik ciężkiej harówki na polu różnych dziedzin ludzkiej działalności.

Byłaś trenerką w pięciu edycjach „The Voice Kids”. Ten program dużo ci dał?
- Uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię pracę z dzieciakami. Uwielbiam ich naturalność i pierwotną radość. Gdyby zaproponowano mi udział w dorosłym „The Voice”, to chyba bym się nie zgodziła. To wynika z tego, że dzieciaki nie są w ogóle nastawione na rywalizację, tylko cieszą się z wykonywania muzyki. Są zabawne i pełne entuzjazmu. To bardziej mój świat. Nauczyłam się od tych dzieci ich podejścia do muzyki – lekkości i odwagi. Zazdroszczę im tego, że wychodzą na scenę bez jakiegokolwiek stresu. Lubiłam to bardzo obserwować od zaplecza jak się dzieje.

Masz świetne podejście do dzieciaków. Skąd się to wzięło?
- Chyba stąd, że mam w sobie dużo empatii. Uwielbiam dzieci. Wychowałam się na kreskówkach. I czasem, kiedy oglądałam potem to, co ja tam wyprawiam w „The Voice Kids”, to myślałam: „Boże, ja się zachowuję, jakbym w bajce grała”. (śmiech)

To prawda: szczególnie w parze z Dawidem Kwiatkowskim.
- To były w stu procentach nasze pomysły. Stworzyliśmy wszyscy tak zgrany zespół, że czytamy sobie w myślach. Nie rywalizujemy ze sobą. Kiedy sobie docinamy, to zawsze w żartach, z takim braterskim podejściem.

Możesz sobie zapisać na własne konto dwa sukcesy w „The Voice” – dwie twoje podopieczne wygrały to talent-show: Anika Dąbrowska i Mateusz Krzykała. Masz dryg do uczenia śpiewu?
- My mamy w programie fantastycznych nauczycieli emisji głosu. I to oni pracują z dzieciakami. Ja jestem tylko swego rodzaju dobrym duchem, który przeżył w życiu swoje i może pomóc dodać im skrzydeł oraz na podstawie swoich sukcesów i porażek nauczyć ich, jak funkcjonować w show-biznesie.

Śledzisz kariery swoich podopiecznych?
- Jasne. Każdy z nich może się do mnie odezwać. My nie odwalamy roboty i nie idziemy do domu, zapominając o wszystkim. Śledzimy uważnie rozwój naszych dzieciaków.

Zgłosiłabyś się do takiego programu, jakbyś dzisiaj była dzieckiem?
- Czemu nie? To jeden z programów, który tworzy rodzinną atmosferę. Jak sobie przypomnę, to ja jako dziecko byłam bardzo zakompleksiona, cicha i wstydziłam się wszystkiego. Taki program na pewno zachęciłby mnie do śpiewania.

Paweł Gzyl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.