Człowiek wielkiej wiary. Udowadniał, że w sytuacji bez wyjścia, wyjście jest

Czytaj dalej
Dominika Cicha

Człowiek wielkiej wiary. Udowadniał, że w sytuacji bez wyjścia, wyjście jest

Dominika Cicha

Ponad 13 lat przeżył w sowieckich łagrach i więzieniach. Przeszedł prawdziwe piekło na ziemi, ale nigdy nie przestawał się uśmiechać

Ks. Władysław Bukowiński
zostanie beatyfikowany 11 września, 15 lat zamachu na World Trade Center. Ta data ma symboliczne znaczenie - polski kapłan żył bowiem w świecie pełnym przemocy, ale miał na nią lekarstwo: wewnętrzną wolność, przebaczenie i Ewangelię.Był człowiekiem wielkiej wiary i żelaznych zasad. Udowadniał wszystkim dookoła, że w sytuacji bez wyjścia, wyjście zawsze jest.
Mawiał też : „Ani jeden moment, ani jeden dzień, ani jeden rok więzienia nie był bezsensowny. Ja byłem tam potrzebny - właśnie tam”. I takie przesłanie pozostawił nam po sobie.

***

Gdy pojawiła się szansa powrotu do kraju, odmówił. Został, by dać nadzieję tym, którzy ją stracili. Jaki był ks. Władysław Bukowiński, który za dwa dni zostanie błogosławionym?

Karaganda, lata 50. XX wieku. Miasto czarnego węgla, czarnego chleba i czarnej roboty. Zimową nocą temperatury sięgają tu minus 50 stopni Celsjusza, a w letni dzień plus 40. Większość z mieszkańców to więźniowie skazani na osiedlenie się w tym mieście, głównie Niemcy, Ukraińcy, Polacy, Litwini, Łotysze, Tatarzy, Czeczeńcy i Koreańczycy.

Jednym z nich jest ks. Władysław Bukowiński, absolwent krakowskiego seminarium. Wysoki, chudy. Wymagający, ale uśmiechnięty. W dzień nielegalnie pomaga ludziom jako duszpasterz, a w nocy pracuje na budowie. Wykorzystuje każdą chwilę, by dać ludziom odrobinę wiary. W Boga i lepszą przyszłość.

Syn cukrownika

Urodził się 22 grudnia 1904 roku w Berdyczowie. Nie mieszkał tam długo, bo jego ojciec Józef Cyprian był dyrektorem cukrowni Spółki Kijowskiej i pracował w różnych miejscach. Matka - Jadwiga pochodziła ze spolszczonej rodziny włoskiej.

Władysław uczył się w gimnazjum rosyjskim w Kijowie, następnie w Żmerynce na Podolu i w końcu w gimnazjum polskim w Płoskirowie.

W 1920 roku, w obliczu wojny polsko-bolszewickiej, razem z ojcem (matka zmarła w 1918 r.) uciekł do Krakowa. Rok później rozpoczął studia prawnicze na UJ.

Szło mu świetnie, do czasu. Kiedy spacerował po Plantach, zobaczył śpiących na ławkach studentów z Kresów. Szybko założył Akademickie Koło Kresowe i, nie mając nic, otworzył dla nich bursę. Aby na nią zarobić, pracował nocami w drukarni i wydawnictwie Czas. W 1926 r. wstąpił do seminarium duchownego.

Wtedy zachorował na gruźlicę. Przez kilkanaście miesięcy zmagał się z chorobą, która w tamtych czasach równała się praktycznie wyrokowi śmierci. Ale Władysław przeżył - miał w życiu wiele do zrobienia.

W 1931 r. przyjął święcenia kapłańskie z rąk abp. Adama Sapiehy i wyjechał z Krakowa.

Ocalony z deszczu kul

Ks. Bukowiński został wikariuszem i katechetą w Rabce, a kilka lat później w Suchej Beskidzkiej. W sierpniu 1936 roku, na własną prośbę, wyjechał do Łucka na Wołyniu. Pracował tam jako wykładowca w seminarium duchownym i szkolny katecheta. Po inwazji ZSRR na Polskę, ks. Bukowiński został proboszczem katedry w Łucku.

Wkrótce i jego dopadła ręka sowieckiej „sprawiedliwości”. NKWD aresztowało go 22 sierpnia 1940 roku. Za to, że nosił skazańcom żywność i modlitewniki.

Usłyszał wyrok: 8 lat więzienia. Za kratami nie siedział jednak długo. 23 czerwca 1941 r., rozpoczęła się likwidacja więzienia. Jednego dnia zginęło wówczas około 3 tys. więźniów.

Jeden z nich, Wojciech Podgórski, wspominał to wydarzenie tak: „Na dziedzińcu leżał mężczyzna z rozprutym brzuchem. Ukląkł przy nim człowiek w czarnych spodniach i białej, brudnej, podartej koszuli. Powiedział, że jest księdzem i chce nas przygotować na śmierć. Był to ks. Bukowiński. Wszyscy żywi i mniej ranni poklękali, a ksiądz recytował modlitwy przeznaczone na taką okoliczność”.

Ks. Władysław cudem ocalał. Wydostał się spod sterty ciał i wrócił do parafii, by w konspiracji służyć swoim parafianom. Katechizował dzieci, opiekował się rodzinami więźniów, ukrywał żydowskie dzieci w katolickich rodzinach, dokarmiał ofiary ukraińskich czystek etnicznych i jeńców sowieckich. Pomagał każdemu.

Stróż nocny

Ponownie sowieci aresztowali go w 1945 roku. Tym razem usłyszał wyrok śmierci, który zamieniono na 10 lat karnych obozów pracy. Przyszłość przyniosła mu pracę w obozach pracy m.in. w Czelabińsku i Dżezkazganie. Wypuścili go po 9 latach i 7 miesiącach. Trafił do Karagandy, kazachskiego miasta, które jest ośrodkiem wydobycia węgla kamiennego.

- Mieli go chyba dość, bo ty był człowiek, który potrafił rozłożyć obóz od wewnątrz. Nie popierał strajków, ale przy nim większość zesłańców się modliła, odprawiała rekolekcje. Nie mieli poczucia złości, nie buntowali się. Wokół niego panował idealny porządek. Co ciekawe, Sowieci mieli do niego ogromny szacunek. Powtarzał „nigdy nie dałem się zarazić nienawiścią”. Robił wszystko, by wyzwolić ludzi z przemocy - opowiada ks. Jan Nowak, postulator procesu beatyfikacyjnego ks. Bukowińskiego.

W Karagandzie zorganizował tajne duszpasterstwo. Dla zesłańców, którzy nie widzieli kapłana przez 20 lat, był chodzącym cudem.

Czerwiec 1955. Akcja repatriacyjna. Polacy zesłani w czasie II wojny światowej mogą wrócić do kraju. Ale ci, którzy wcześniej mieszkali na Podolu i Wołyniu, i do Kazachstanu trafili w roku 1936, muszą zostać. Ks. Bukowiński postanawia, że ich nie opuści. Co więcej, przyjmuje obywatelstwo Związku Radzieckiego.

Demoralizator

Po raz trzeci do więzienia trafił w roku 1958. Podczas procesu bronił się sam. Dostał najniższy wyrok: 3 lata. Za to, że „demoralizował” ludzi. A demoralizował ich tak, jak umiał: sakramentami, rozmowami, rekolekcjami, lekcjami historii. Był geniuszem pamięci. Streszczał zesłańcom książki, które czytał po francusku na studiach.

Wstawał przed świtem, bo pierwszą mszę trzeba było odprawić o 5. albo 6. rano. Zaraz po niej zaczynał spowiadać. Chrzcił, udzielał sakramentu namaszczenia chorych, błogosławił związki małżeńskie. „Miałem i takie wypadki, że dawałem równocześnie ślub ojcu i synowi, matce i córce” - wspominał. O 21. znów odprawiał mszę. Po północy kładł się do łóżka, na kilka godzin. Albo szedł na nocną służbę.

Odbył osiem podróży misyjnych w okolice Ałma-Aty, do Turkiestanu, Aktiubińska, i Semipałatyńska. Połowa z nich została przerwana przez władze.

Kiedy zarzucano mu, że nic nie robi, założył firmę. Nazwał się robotnikiem duchowym i płacił ogromne podatki. Dobrze wiedział, jak przechytrzyć system.

Po wojnie ks. Bukowiński odwiedził Kraków trzy razy, w latach 1965, 1969 i 1972. Za każdym razem był inwigilowany przez SB. Spotykał się m.in. z kard. Karolem Wojtyłą, który bardzo interesował się sytuacją w Kazachstanie. To on polecił mu spisanie wspomnień.

Ten człowiek jest krystaliczny. To aż nieprawdopodobne. Jedyne dobro, które mu zostało to Ewangelia. I jej się chwycił

Kiedy zdrowie ks. Bukowińskiego zaczęło szwankować, kard. Wojtyła namawiał go na stały powrót do Krakowa. On jednak nie chciał o tym słyszeć. Mawiał, że musi umrzeć w Karagandzie, bo jego grób „będzie apostołował”.

Mimo mrozu i oddalonego o 12 km od kościoła cmentarza, na pogrzeb ks. Bukowińskiego w 1974 roku przyszły tłumy. Po jakimś czasie grób przeniesiono na teren katedry św. Józefa w Karagandzie, gdzie wierni modlą się przy nim do dziś. Wśród nich jest niezwykłe rodzeństwo.

Pani Messnerowa była wdową. Wychowała 9 dzieci. 4 synów zostało kapłanami, 3 córki wstąpiły do zakonu. Rozeszli się po Wschodzie głosząc świadectwo o dzielnym księdzu z Polski, dzięki któremu odkryli swoje powołanie.

Człowiek z żelaza

Etap diecezjalny procesu beatyfikacyjnego rozpoczął się 19 czerwca 2006 r. w Krakowie. Dwa lata później rozpoczęło się gromadzenie świadectw i dokumentów lekarskich dotyczących cudu za wstawiennictwem ks. Bukowińskiego. Został on uznany w grudniu 2015 roku. O jaki cud chodzi?

8 lat temu ks. Mariusz Kowalski, Polak pracujący w Kazachstanie, nagle stracił przytomność. Lekarz stwierdził udar mózgu. Większość pacjentów w podobnym stanie nie wraca do pełnej sprawności. Jeden z biskupów, który odwiedził Polaka, przyniósł mu relikwie ks. Bukowińskiego. Jego wstawiennictwa wzywały też siostry zakonne. Ks. Mariusz obudził się w środku nocy i wyszedł na korytarz. Po udarze nie było śladu. Dziś jest proboszczem w Kazachstanie i wraz z parafianami weźmie udział w niedzielnych uroczystościach.

Jak przekonuje ks. Jan Nowak, ks. Bukowiński jest dobrym patronem na nasze czasy. Dla młodzieży, kapłanów, więźniów, prawników, rodziców.

- Temu człowiekowi nie mamy co zarzucać, jest krystaliczny. To wydaje się nieprawdopodobne. Jedyne dobro, które mu zostało to Ewangelia i jej się chwycił - podkreśla ks. Nowak.

Dominika Cicha

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.