Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Cztery tysiące kilometrów w pół roku

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne Macieja Stromczyńskiego i Grzegorza Ozimińskiego
Nicole Makarewicz

Cztery tysiące kilometrów w pół roku

Nicole Makarewicz

Szli w skwarze, deszczu i śniegu, ale osiągnęli swój cel. Krakowianie Maciej Stromczyński i Grzegorz Ozimiński w pół roku pokonali najdłuższy północnoamerykański szlak górski - Pacific Crest Trail o długości 4265 km.

Cheryl Strayed, autorkę bestsellera „Dzika droga” o przejściu Pacific Crest Trail, na szlak przywiodła sytuacja osobista, a jak to było u was?
Maciej Stromczyński: Nas przyciągnęło wyzwanie. Zastanawiałem się kiedyś nad karierą górską, ale stwierdziłem, że jestem na to za stary. Później Grzesiek przyszedł do mnie, powiedział, że jest taki szlak w Ameryce i fajnie byłoby go przejść. Obejrzałem film „Dzika droga” i pomyślałem, że rzeczywiście to ciekawy pomysł.

Grzegorz Ozimiński: Kochamy góry i to była naturalna kolej rzeczy, że po latach chcieliśmy przejść długi szlak. W Polsce ciężko o podobne wyzwanie. To nas różniło od Cheryl, ale są też pewne podobieństwa między książką a naszą przygodą.

Jakie?
Grzegorz: Też spotkaliśmy wielu fascynujących ludzi. W Ameryce ten szlak zrobił się bardzo popularny po filmie. Bardzo dużo kobiet decyduje się na samotną wędrówkę.

Na szlaku pojawili się ludzie, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z górami?
Grzegorz: Na pewno. Rozmawiałem z chłopakiem, który przed wyjściem na PCT nigdy nie spał w namiocie.
Maciej: Wiele osób było zdziwionych, że przejście PCT jest aż tak trudne. My też, trzeba przyznać.

Wasza wyprawa była możliwa dzięki crowdfundingowi. Na szlaku, w chwilach zmęczenia czuliście, że musicie dotrzeć do końca, bo uwierzyło w was wielu ludzi?
Grzegorz: Trzeba pamiętać o tym, że wyprawa trwała pół roku. Mieliśmy czas na różne przemyślenia, ale w trakcie samego marszu nie myśleliśmy o tym, co mogliby pomyśleć ludzie, gdybyśmy nie doszli do końca szlaku. Na dotarcie do granicy z Kanadą mieliśmy pół roku, kończąca się po tym czasie wiza i urlop były wystarczającą motywacją. Muszę jednak przyznać, że końcówka wyprawy była zaskakująca.

To znaczy?
Grzegorz: Pod koniec w górach spadło bardzo dużo śniegu i przyznaję, że pojawiły się myśli, że po prostu nie wytrwamy. Mieliśmy wykupiony lot z Vancouver do Polski. Gdybyśmy mieli choć dzień opóźnienia, to musielibyśmy zejść ze szlaku tuż przed jego końcem i łapać autostop, by zdążyć na lot z oddalonego o 300 km lotniska. Wszystko poszło jednak po naszej myśli. Do miejsca, z którego mogliśmy złapać autostop dotarliśmy o 21, a kolejnego dnia o 21 już byliśmy na lotnisku. Udało się dzięki dużej dozie szczęścia.

Końcówka była najtrudniejszą częścią wyprawy?
Maciej: Tak, zmęczenie stawało się coraz większe, bo od pięciu miesięcy spaliśmy pod namiotami, jedliśmy 2000 kalorii dziennie, a spalaliśmy 4000, coraz ciężej było się zmobilizować.
Grzegorz: Tym bardziej, że pogoda się popsuła. Przez cztery miesiące mieliśmy bardzo ładną pogodę, a od środka stanu Oregon aż do końca towarzyszył nam deszcz. Rano było ciężko wstać, bo po całym dniu wędrówki w deszczu wszystko mieliśmy mokre, a następnego dnia trzeba było znów założyć mokre buty i iść dalej. Trudno było utrzymać dyscyplinę i dzienne limity, które sobie narzuciliśmy.

Jakie to były limity?
Grzegorz: To zależało od etapu podróży. Na początku ok. 30-35 kilometrów, ale później trzeba było przyspieszyć do 40 kilometrów dziennie. Wstawaliśmy w zimnie o 5 rano, przygotowaliśmy płatki owsiane na śniadanie i ruszaliśmy w drogę. Po pewnym czasie mieliśmy dość wszystkiego, nawet jedzenia płatków codziennie, ale musieliśmy oszczędzać. Wydaliśmy dwa tysiące dolarów na dwie osoby. Z hoteli w ogóle nie korzystaliśmy. Gdy udawaliśmy się do miasta, to zazwyczaj próbowaliśmy znaleźć jakieś ustronne miejsce, w którym moglibyśmy się przespać.

Policja was za to nie karała?
Grzegorz: Zdarzało się, że policja nas napominała. Mieliśmy jedną taką sytuację. W South Lake Tahoe w wakacje. Znaleźliśmy ustronne miejsce, ale rano obudził nas policjant. Zapytał co tutaj robimy, skąd jesteśmy i delikatnie powiedział nam, że któryś z mieszkańców zgłosił, że ktoś campinguje tu od tygodnia. Zwinęliśmy i udało nam się uniknąć mandatu.

Były jakieś inne spotkania z policją?
Grzegorz: Kiedy po wyjściu do miasta staraliśmy się wrócić na szlak musieliśmy znaleźć odpowiednie miejsce na złapanie stopa. Raz było tak, że musieliśmy przejść przez płot oddzielający pobocze od ośmiopasmowej autostrady. Później próbowaliśmy złapać podwózkę, ale wszystkie auta mknęły przed siebie. Aż w końcu zatrzymał się radiowóz. Policjant zapytał nas jak tu zeszliśmy. Powiedzieliśmy, że przez wiadukt nad autostradą, ale on zrozumiał, że przeszliśmy przez osiem pasów jezdni. Zaprosił nas do radiowozu, pogadał z nami, ale w końcu nie dał nam mandatu, a nawet nas podrzucił.

Czy mogliście też liczyć na pomoc innych turystów na szlaku?
Maciej: Tak, cała kultura hikerska (turystyczna - przyp. red.) sprawia, że wszyscy trzymają się razem. Na pustyni spotkaliśmy dziewczynę, która mówiła, że skończyła jej się woda i nie ma sił iść dalej. Gdy to usłyszeliśmy, obudzili się w nas ułani. Daliśmy jej całą naszą wodę, a później musieliśmy przejść 10 kolejnych kilometrów „na oparach”. Znajdują się w knajpach. Hikerzy pozostawiają nadmiar jedzenia dla innych podróżników.

Ponoć na trasie są tzw. hiker boxy, czyli pudła, w których zostawia się nadprogramowe rzeczy. Korzystaliście z nich?
Grzegorz: Wiele razy! Amerykanie pozostawiali tam naprawdę ciekawe rzeczy. Jedzenie, sprzęty, książki, medykamenty. Jak się dobrze trafiło, to można było zrobić zapasy na kilka dni. Sami też wrzucaliśmy coś do boksów.
Maciej: Ale ogólnie byliśmy zbieraczami.

A jak układała wam się współpraca?
Maciej: Grzesiek szedł z przodu, ja z tyłu. W ciągu dnia widzieliśmy się na przerwach i wieczorem. Jakbyśmy mieli to samo tempo i szli cały czas razem, tak jak mają to w zwyczaju Amerykanie, to pewnie byłoby ciężej.

Grzegorz: Było kilka spięć.
Maciej: Ja wszystko tłumiłem, to dlatego było ich tylko kilka. (śmiech)

Razem dotarliście do końca szlaku, jakie emocje towarzyszyły gdy dotknęliście końcowego słupka?
Grzegorz: Dotknięcie tego słupka było momentem odwlekanym w czasie. Kiedy mieliśmy finiszować natknęliśmy się na huragan. Miał uderzyć w zachodnie wybrzeże. Musieliśmy przez to spędzić dwa dni w domu szlakowego „anioła” - czyli człowieka, który pro publico bono dział na rzecz hikerów . Wtedy zaczęła się nerwówka. Mieliśmy coraz mniej czasu, a trzeba było jeszcze dotrzeć do Vancouver. Po dyskusji podjęliśmy decyzję, że spróbujemy dojść do końca. Wyszliśmy tego dnia jako jedyni. Towarzyszyły mi nerwy i rezygnacja szczególnie, kiedy wyszliśmy na szlak i pogubiliśmy się w śniegu.
Maciej: Mi największe nerwy towarzyszyły jednak po przejściu szlaku. Z mety jest 14 km do autostrady. Zrobiliśmy sobie zdjęcie, ale wiedzieliśmy, że jest już 8 i czeka nas trzygodzinny marsz do miejsca z którego można łapać autostop do Vancouver. Gdy obudziłem się w dniu wylotu niedaleko autostrady byłem załamany. Wstałem, zdałem sobie sprawę, że jeszcze musimy pokonać 300 km, a widziałem, że po tej autostradzie auta prawie nie jeżdżą. Grzesiek spytał czy jemy śniadanie, powiedziałem, że nie, bo nie ma czasu, musimy łapać stopa! Trafiliśmy jednak na miłych ludzi, dzięki którym dotarliśmy na czas na lotnisko.

Jak was ta wyprawa zmieniła?
Maciej: Schudłem. Wyruszyłem z lekką nadwagą, co widać na pierwszych zdjęciach. Ale to właśnie dowodzi, że to szlak dla każdego. Ważysz 150 kg? Dasz radę! Ważysz 50 kg? Też dasz radę!
Grzegorz: Myślę, że zmieniło się też nasze podejście do spraw codziennych. Po pół roku życia na szlaku, w lesie, spania pod namiotem nabraliśmy dystansu do wszystkiego.

Jakie kolejne wyzwanie stawiacie teraz przed sobą?
Maciej: Planujemy przejść Szlak Appalachów.
Grzegorz: To trzeci pod względem długości szlak. Trzy i pół tysiąca kilometrów. Jest znacznie popularniejszy w Stanach, jest też lepiej zorganizowany. Już w styczniu lub w lutym planujemy przejść główny szlak beskidzki, ok. 500 km. Mamy też trzeci pomysł. Chcemy przejść szlak biegnący przez Bałkany. To trasa licząca 1200 kilometrów. Będziemy też próbowali zrelacjonować nasze przeżycia i zachęcić Polaków do tego typu wypraw. W Stanach szlaki przyciągają całe rodziny. Ludzie mają wyznaczone miejsca, w których mogą rozkładać namioty, nie muszą się bać, że pogoni ich strażnik parkowy, tak jak ma to miejsce w Polsce.

Maciej: Może uda nam się coś zmienić w tej sprawie w naszym kraju. Są dwa długie szklaki w Polsce: główny beskidzki i sudecki. Mają po ok. 500 km, czemu nie rozpowszechnić chodzenia po takich trasach?

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Krakowskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Krakowskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Krakowskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Nicole Makarewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.