"Czułem się jak ścierwo, moja dusza zgniła". 12 kroków do wyjścia z piekła. Poruszające historie ludzi, którym alkohol zniszczył życie

Czytaj dalej
Fot. pixabay
Karina Czernik

"Czułem się jak ścierwo, moja dusza zgniła". 12 kroków do wyjścia z piekła. Poruszające historie ludzi, którym alkohol zniszczył życie

Karina Czernik

- Leżałem krzyżem w śniegu przed kościołem i prosiłem Boga, żeby mnie zabrał z tego świata - to jedno z ostatnich wspomnień Kamila zanim wstąpił do AA. Marta, kiedy weszła do wspólnoty, była poturbowaną i przepitą dwudziestokilkulatką. Mateusz natomiast nie mógł znieść bycia sam na sam ze swoimi myślami, bał się, że omamy wrócą. Zgubiła ich miłość do toksyny. Teraz dzielą się swoimi doświadczeniami, by dać nadzieję innym.

Kamil, alkoholik, narkoman, seksoholik

Kamil mówi, że urodził się z wadą fabryczną. Od kiedy pamięta, czuł wyobcowanie, szukał akceptacji. Z jednej strony był tym najwredniejszym dzieckiem na podwórku, z drugiej zaś zamykał się w sobie, w swojej samotności i bezsilności. Był ogromnym wrażliwcem. Płakał, gdy myślał o tym, że ojciec starzeje się i przecież kiedyś umrze.

Wychowywał się w otoczeniu pełnym alkoholu. Nie czuł jednak, że środowisko to wyrządza mu krzywdę. Babcię alkoholiczkę wspomina jako dobrą kobietę. To ona spędzała z nim najwięcej czasu. Podobne wspomnienia ma o jej – również uzależnionym – partnerze. Był jeszcze dziadek, ale Kamil go nie pamięta. Wie tylko, że jest do niego podobny: z wyglądu, zachowania, gadki. Dziadek popełnił samobójstwo, był alkoholikiem.

Rodzice Kamila prowadzili towarzyski tryb życia. W domu organizowali spotkania ze znajomymi lub sami na takie wyjeżdżali. Mimo że nie było w tym wszystkim pijackich awantur, tak wychowywał się Kamil - w świecie skoncentrowanym na imprezach i alkoholu. Taką rzeczywistość chłonął, tego się uczył i w tym doszukiwał się wartości. I nieustannie rozmyślał, dlaczego tak mu nieswojo.

– Nigdy nie czułem się częścią czegoś– mówi dzisiaj.

Kamil pierwszy raz sięgnął po alkohol, kiedy miał 12 lat. Podczas sylwestrowej imprezy czmychnął niezauważony między dorosłymi z butelką skradzioną ze stołu. Alkohol szybko zadziałał na jego najbardziej czułe punkty. – Do dzisiaj to pamiętam. Wszystko co złe prysło. Zrobiło się błogo, spokojnie. Byłem tak dumny.

Marta, alkoholiczka

Marta chodziła za babcią krok w krok. Kurczowo trzymała się rąbka jej spódnicy, tylko przy nim nie bała się świata.

- Babcia mnie rozumiała. Jak byłam obok niej, schodziło ze mnie powietrze, było mi bezpiecznie - wspomina dzisiaj.

Strach przed byciem gdziekolwiek bez seniorki wynikał najpewniej z wrażliwej natury Marty. Już jako kilkulatka czuła, że jest puzzlem, który nie pasuje do żadnej układanki. Obezwładniał ją strach przed nowym, pokonywał lęk, paraliżowało uczucie bycia gorszą, zwłaszcza kiedy miała spędzać czas w przedszkolu, wśród rówieśników. Demony te pożerały Martę żywcem, jak tylko była wyrywana spod parasola ochronnego seniorki.

- Nawet jak oglądam zdjęcia z dawnych czasów, to widzę grupę dzieci i siebie obok - opowiada. Pochodziła z domu, w którym nie było problemu alkoholowego. Rodzice dużo pracowali. Czepiali się, Marta nie miała z nimi najlepszego kontaktu.

Kiedy babcia odeszła, pękła bańka bezpieczeństwa. - Matka powiedziała mi wtedy, że to ja przyczyniłam się do śmierci babci. Dzisiaj wiem, że miało to inaczej wybrzmieć. Wtedy jednak te słowa trafiły we mnie jak pociski.

Odejście babci przedzieliło życie Marty grubą kreską: przed było spokojnie i bezpiecznie, później wszystko zaczęło się sypać. Jako ośmiolatka zapadła się w kompleksach. Lata mijały, a pogubione dziecko powoli i skutecznie doprowadzało się do autodestrukcji: kompulsywnie objadała się, zachorowała na bulimię, a kiedy miała 13 lat, leczyła się już z anoreksji.

Bała się alkoholu, do momentu pierwszego upicia się. Chodziła wtedy do gimnazjum, miała 13, może 14 lat. Razem z koleżanką i starszymi chłopakami zaszyli się gdzieś w plenerze ze skradzioną z domowego barku butelką. Nie wypiła dużo, ale alkohol zadziałał szybko. – Jak poczułam to działanie, jak weszłam w ten stan, zrobiło mi się lżej. Było fajnie.

Mateusz, alkoholik, hazardzista, narkoman

Mateusz był cudownym dzieckiem, „cyrkową pokazówką” kiedy rodzice w domu gościli znajomych. Jako pięciolatek czytał im na głos gazetę. Przedszkole nudziło go, wszystkiego uczył się sam. Później odrabiał starszej siostrze zadania z matematyki, a ona w zamian uzupełniała mu zeszyt z literkami.

Ciągle jednak towarzyszyło mu poczucie wstydu. Wstydził się biedy, duszonej cebuli na obiad, plecaka z darów. Chciał być kimś. Przed emocjami związanymi z wiecznie pijanym ojcem i później rozwodem rodziców uciekał w książki.

Wyprowadzka od ojca ze wsi do miasta mocno poturbowała samoocenę Mateusza. Gnębiony i bity w nowej szkole szybko wrócił do domu rodzinnego, do ojca. Myślał, że wytchnienie znajdzie na starych śmieciach: w kolegach, w szkole, w której czuł się bezpieczniej.

Tam musiał dzielić dach z grupą handlarzy z zagranicy. Ojciec wynajął im pół domu, a sam… ulotnił się. Chłopak miał wtedy może 10 lat. Matce nie pisnął ani słowa. - To była chora lojalność. Bałem się jej o tym powiedzieć. Ojciec wmawiał mi wcześniej, że ona chce go zniszczyć. Ja nie chciałem, żeby mu zaszkodziła przeze mnie - tłumaczy dzisiaj.

Po miesiącu z hakiem zameldował się u mieszkającej niedaleko babci. Wagarował, błąkał się z kolegami po pustostanach z dorwaną jakimś cudem butelką alkoholu i paczką fajek. Nocami patrzył w okno i czekał, aż zobaczy w nim wracającego do domu ojca. Później kładł się do łóżka i zanosił płaczem. Pamięta modlitwy dochodzące z radia, których słuchała jego babcia. - Ona ciągle modliła się, a to nic nie dawało. To chyba wtedy przestałem w to wierzyć.

Mateusz, mając 11 lat, pił już regularnie.

***
Pierwszy łyk skradzionego ze stołu alkoholu był pierwszym krokiem Kamila do uzależnienia. Będąc w gimnazjum pił co weekend, w wakacje - dzień w dzień.

- Gdzie byli rodzice? - pytam.

- Myśleli, że mi przejdzie - odpowiada.

Jako 16-latek zaczął nieuczciwie dorabiać, pił jeszcze więcej, a im więcej pił, tym bardziej agresywny się stawał. Rozrywką było wszczynanie bójek, bandyterka, normą zalewanie się i poprawianie stanu upojenia mieszaniną narkotyków i dopalaczy.

- Seks, alkohol, impreza, narkotyki. Wszystko kręciło się wokół tego. Wydawało mi się wtedy, że jestem zajebiście szczęśliwym człowiekiem - mówi dzisiaj.

Lęki, które raz po raz dokuczały Kamilowi, zaczęły towarzyszyć mu na stałe. Znał na nie lekarstwo - wchodząc w dorosłość, pił już ciągami. Nie inaczej było, kiedy poszedł na studia. Melanż trwał bez końca.

Z czasem jednak alkohol zaczynał zabierać Kamilowi moc, którą mu wcześniej dawał. Zalewane litrami wódki lęki nie ustępowały, a trzeźwienie masakrowało mu głowę: czuł niezgodę, wyrzuty sumienia, nasilała się jego alergia na świat. Pragnął zmiany tak bardzo, że wchodząc w związek z kobietą, którą - jak wtedy myślał - kocha na zabój, wpadł w obsesję. W obsesję mocy, którą przy niej odczuwał.

- Kiedy mnie rzuciła, poleciałem w długi ciąg. Jak tylko trzeźwiałem, lęk powodował, że znowu chciałem pić. Powiedziałem ojcu, że nie wytrzymam, że coś sobie zrobię. Zawiózł mnie wtedy do psychiatryka.

Pięć dni spędzonych w szpitalu psychiatrycznym Kamil opisuje jako jedno z najmocniejszych doświadczeń w swoim życiu. - Tam byli naprawdę bardzo chorzy ludzie. Grupką chodzili wokół jednej popielniczki. Bez celu. Ja na to patrzyłem i pytałem sam siebie: tak ma wyglądać moje życie?

***
Dla Marty picie oznaczało dobrą zabawę, stan błogości. Bardzo szybko straciła kontrolę - jako kilkunastolatka piła do utraty przytomności, bez zahamowań. Nauka poszła w kąt, liczyło się wyłącznie szaleństwo. - Rodzice próbowali ustawić mnie do pionu. Nie chciałam słuchać tych pretensji, tego, że jestem zła. Uciekałam z domu. Ja wtedy żyłam po to, żeby pić.

Tej bezpiecznej przystani, którą kiedyś dawała jej babcia, szukała wśród rówieśników. W pewnym momencie nawet oni zaczęli ostrzegać ją, że balansuje na granicy.

Liceum było dla Marty nowym środowiskiem. Nie odnajdywała się w nim, ale znała cudowny sposób na nawiązywanie relacji. Pojawiała się tam, gdzie było pite. Nie miało znaczenia, gdzie czy z kim. Ważne, że po kilku głębszych mogła wprowadzić się w swój ulubiony stan.

Przed maturą nadeszło przebudzenie. Na krótko. Mama Marty sprawiła, że dziewczyna usiadła do nauki. Egzaminy zdała, dostała się na studia. A te miały być nowym początkiem, w nowym miejscu. W rzeczywistości horror dopiero miał się zacząć.

***
Kiedy Mateusz pojawił się z powrotem u matki, znał przepis na przypodobanie się innym. Jako gimnazjalista lansował się, trzymając w dłoni butelkę i przypalając papierosa. Mimo że bumelował na potęgę, egzamin gimnazjalny zdał śpiewająco. Na wakacje wyjechał uprzątnąć rodzinny dom - w którym nie było już ani handlarzy, ani ojca - i przez bite trzy miesiące organizował tam imprezy.

- W końcu czułem się ważny, bo to były moje imprezy, u mnie. Alkohol budował moją pozycję społeczną. Bez tego czułem się gorszy, biedny, z niepełnej rodziny. Po alkoholu wszystko znikało - tłumaczy.

Będąc w liceum, wracał w rodzinne strony co weekend. Dzisiaj mówi, że był tam kimś na kształt patocelebryty. I znów: skupiony głównie na sobotnio - niedzielnych popijawach, maturę i egzaminy wstępne zdał na tyle dobrze, że dostał się na studia prawnicze. Jedne z najlepszych w Polsce.

***
Kamil wypisał się z psychiatryka po pięciu dniach, niemal od razu zapił. Tak wyglądało jego życie przez następnych kilka lat: wpadał w ciągi, szukał ratunku w detoksach, toksycznych relacjach, na terapiach i odwykach. Ale jak tylko trzeźwiał - wariował, rwał sobie włosy z głowy. I znów zaczynał kolejny ciąg.

- Jeśli istnieje piekło, to ja w nim byłem. Lęki mnie dobijały, budziłem się z krzykiem. Płacząc, kładłem się pod prysznicem i krzyczałem, żeby Bóg coś ze mną zrobił. A takim byłem chojrakiem. Tak właśnie złamał mnie nałóg.

Doskonale pamięta ostatni ciąg. Nazywa go “rzeźnią”. - Czułem się jak ścierwo, moja dusza zgniła. Chciałem nie żyć, ale nie chciałem popełnić aktu samobójstwa. Postanowiłem wykończyć się inaczej.

Na stół wysypał narkotyki, była ich cała góra. Obok postawił dwa garnki: jeden na wymiociny, drugi na fekalia. Przez 16 dni ćpał i pił. Liczył, że się nie obudzi. To miała być jego ostatnia impreza.

***
Marta na studiach od razu wpadła w imprezowe towarzystwo. - Swój swojego wyczuje - żartuje dzisiaj. Poznawała nowe miasto i nowych ludzi - warunkiem koniecznym był odpowiedni poziom promili we krwi. Odpływać zaczęła, będąc w związku z mężczyzną, z którym wpadła w spiralę upijania się i ćpania, nie było dnia na trzeźwo. A po zerwaniu straciła grunt.

- Potrafiłam wypić litr wódki wieczorem, do filmu. Żeby mieć pieniądze, oszukiwałam rodziców. Zaczęłam uciekać w facetów, w zalewanie się w samotności. Ludzie zaczęli się ode mnie odwracać, widzieli, że nie chodzi mi o relację, a o picie - tłumaczy.
Jednego wieczoru, zerując kolejną flaszkę, stanęła pijana w oknie i runęła na ziemię z trzeciego piętra. Dzisiaj przyznaje, że nie chciała się zabić. Myślała, że ten akt zmieni coś w jej życiu.

***
Mateusz na studiach nieustannie był na rauszu - i jak sam przyznaje - tryb studiowania stwarzał mu wręcz szklarniowe warunki do rozwoju nałogu. Nie musiał być na wykładach, olewał ćwiczenia, przykładał się jedynie do sesji. Ponadto znalazł pracę w barze, a tam jego posiłkiem pracowniczym było piwo. Konsekwencje picia - np. noc na izbie wytrzeźwień - traktował jak przygody.

Od dziecka narastające w Mateuszu kompleksy wpędziły go w obsesje - od kompulsywnego objadania się, przez bulimię po stosowanie drakońskich diet, wyniszczające odchudzanie. Ciągi alkoholowe i wycieńczenie skutkowały napadami padaczki alkoholowej. Kiedy matka Mateusza dowiedziała się, że ten zapija się na śmierć, zgodził się na wszywkę. Wytrzymał miesiąc. - Wtedy zaczęło się samotnościowe picie. Ludzi wokół mnie było coraz mniej, wchodziłem w toksyczne relacje z kobietami. Nocne lęki nie pozwalały mi zmrużyć oka, faszerowałem się lekami uspokajającymi i nasennymi.

Czuł, że wyrządza bliskim krzywdę, że łatwiej im będzie bez niego. Planował własną śmierć - chciał zabić się tak, by nie zrobić za dużo bałaganu wokół. Garści pełne leków popił alkoholem.

***
Kamil każdego ranka swojej 16-dniowej rzeźni budził się. Z opuchniętą szyją, wyniszczony i wychudzony, ale wciąż żywy. Ostatniej nocy ciągu wyszedł z domu i słaniając się na nogach, dotarł pod drzwi szpitala psychiatrycznego. Krzyczał, by go wpuścili. Nadaremno. Niedaleko był kościół. - Położyłem się krzyżem w śniegu przed tym kościołem i prosiłem Boga, żeby mnie zabrał z tego świata.

Po nocy spędzonej u wrót kaplicy stanął w progu szpitala, dostał się na detoks. Tam wydarzyły się dwa przełomowe momenty w jego życiu.

Noc. Kamil próbował zasnąć, gdy nagle coś zaczęło go dusić, wciskać w łóżko. Był przerażony, nie mógł przypomnieć sobie słów żadnej z modlitw. - I przez ułamek sekundy zapragnąłem żyć. Zerwałem się na równe nogi, chwyciłem szklankę, która stała na stoliku przy łóżku i rzuciłem nią w ścianę. Wtedy w kącie dostrzegłem coś czarnego. To nie były omamy. To “coś” przyszło po mnie - opowiada. Roztrzęsiony usiadł na brzegu szpitalnej pryczy, miał wrażenie, że umierał.

Po kilku chwilach dostrzegła go pielęgniarka - chciała by pomógł jej przy jednym z pacjentów-alkoholików.

- On chwycił mnie za ubrania i spojrzał w moje oczy. Do końca życia zapamiętam to, co ujrzałem w jego źrenicach. To był smutek, rozpacz, żal, strach. Ten człowiek zmarł pół godziny później. Zobaczyłem wtedy, co to znaczy być alkoholikiem i odchodzić. To nie umieranie a zdychanie, w samotności i męczarniach.

***
Marta rok dochodziła do siebie. Ten czas spędziła w domu rodzinnym. Piła po kryjomu, butelki chowała w skarpetach, maskowała je bałaganem w garderobie. Czuła, że jest z nią coś nie tak. Postanowiła zgłosić się na odwyk. Jak sama przyznaje, poszła tam ze złym nastawieniem - nie chciała przestać pić, a nauczyć się kontrolować picie. Trzy dni po zakończeniu leczenia zaczął się ciąg. - Uciekałam. Pojechałam z facetem nad morze. Co z tego, tam też imprezowałam. Wróciłam na studia, to samo.

Ciągi przerywała odwykami, tam czuła się dobrze, tam nie piła. - A potem wychodziłam i nie wiedziałam, co mam z sobą zrobić - tłumaczy. Zrujnował ją związek, pięcioletni, mocno toksyczny. Po zerwaniu była wrakiem. Wtedy, nie mając sił na walkę i nadziei na poprawę, za namową kolegi trafiła na swój pierwszy mityng AA.

***
Mateusz obudził się w szpitalu z wenflonami wbitymi w obie ręce. Uratował go telefon od kolegi, który słysząc w słuchawce, że z Mateusza właśnie uchodzi życie, powiadomił pogotowie.

Po próbie samobójczej nasiliły się u Mateusza omamy słuchowe i wzrokowe: kiedy jechała ciężarówka, słyszał granie skrzypiec, w kącie pokoju widywał wpatrującego się w niego łaciatego kota. Wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Pamięta, że kiedy szedł szpitalnym korytarzem, ubrany w czarną puchówkę, słyszał jazz grany na saksofonie. W rzeczywistości był to dźwięk, który wydawał rękaw ocierający się o bok kurtki.

Po leczeniu był trzeźwy przez rok. To był dobry rok: chodził na terapię, rozwijał się zawodowo, dobrze się czuł ze sobą. Włożył mnóstwo pracy w to, by wrócić do życia. I ten pieczołowicie układany przez 12 trudnych miesięcy domek z kart runął, kiedy wszedł w kolejny związek z - jak się później okazało - chorą kobietą.

- Dawała mi do zrozumienia, że jestem niewystarczająco dobry, czułem się coraz gorzej, ale uparcie nie chciałem wrócić do picia. Brała, ja też zacząłem. Nie uważała tego za problem.

W życiu Mateusza, po ponad roku z kreską na śniadanie, pojawił się kryzys. Jego niezdane egzaminy, jej romans. Na każdej płaszczyźnie życia czuł się bezużyteczny i bezwartościowy. Po kolejnym zawalonym egzaminie pękł - kupił gin, cytrynówkę i wódkę. By poczuć się coś wart, wziął kredyt, by obstawiać mecze w zakładach bukmacherskich. Narkotyki, alkohol nie pomogły, sposobu na wyjście z doła zaczął szukać w hazardzie.

Powoli staczał się. Brnął w depresji i długach. Po następujących po sobie osobistych tragediach był w takim stanie, że w trybie pilnym został skierowany do szpitala psychiatrycznego. Później sam zgłosił się do Monaru, jednak po wyjściu stamtąd, pił nadal.

***
Ostatnie doświadczenia były dla Kamila niczym mocny cios obuchem w głowę. Zaszył się, zmienił miejsce zamieszkania, dołączył do wspólnoty Anonimowych Alkoholików. - Byłem gotowy na zmianę. Chciałem przyjąć wszystko, cokolwiek, żeby działało.
W pewnym momencie aktywnego nałogu myślał, że „rozgryzie” go inteligencją. Na temat uzależnień wiedział wszystko. Jednak ludzkie siły, terapie, psychiatrzy, mądre książki - wszystko zawiodło. Została mu tylko duchowość.

- 12 kroków to program duchowy, służący odnalezieniu siły, która pozwala żyć. Dzisiaj jestem szczęśliwym człowiekiem, mam sens życia, nie czuje alienacji i do tego właśnie prowadzi ten program.

Kamil nie pije od 6 lat, narkotyków nie bierze od 5.

***
Marta, tuż po wstąpieniu do wspólnoty, myślała, że nie jest zdolna do kochania, funkcjonowania w ogóle. - Nie wiem, jak to przetrwałam. Było we mnie dużo cierpienia, wciąż siedziałam na mityngach, rozmawiałam z innymi alkoholiczkami. We wspólnocie przestałam czuć wyobcowanie, bo tam czuję się rozumiana. Ale to wszystko wymaga ciężkiej pracy, a im bardziej się nie chce, tym bardziej trzeba działać. Dzisiaj wiem, że program 12 kroków i AA uratowały mi życie. I Bóg, a Bóg jest w ludziach.

Marta nie pije od roku.

***
Po Monarze Mateusz trafił do kolejnego ośrodka, dokładnie 18 czerwca 2021 roku. Kiedy wyszedł, nie chciał się złamać, zostać samemu ze swoimi myślami. Wyszukał w internecie, gdzie w okolicy działa wspólnota AA. Poszedł na pierwszy mityng, w spotkaniach bierze udział do dzisiaj. Obecnie pracuje nad sobą, trzy kroki z dwunastu za nim. Wyjechał, zmienił otoczenie, pracę, rozwija się. Niedawno obchodził pierwszą rocznicę bycia w trzeźwości.

***
Marta, Kamil i Mateusz - wszyscy troje otarli się o śmierć. Do wspólnoty wchodzili poturbowani, łaknęli zmian, chociaż sami nie wiedzieli, na czym miałyby te zmiany polegać. Ulgę znaleźli wśród “swoich”. Podjęcie decyzji o wstąpieniu do AA to ważny krok, odważna decyzja. Ale to również początek długiej, mozolnej drogi.

- 12 kroków to nie jest program do odfajkowania, który cudownie sprawi, że przestanie się pić. Nie! Niepicie to wypadkowa - tłumaczy Kamil.

12 kroków to program duchowy - warto zaznaczyć, że duchowość to nie to samo co religijność - który przygotowuje do ŻYCIA NA NOWO. Jedynym warunkiem uczestnictwa we wspólnocie jest chęć zaprzestania picia.

W bardzo dużym skrócie: pierwszy krok mówi o bezsilności wobec alkoholu (narkotyków etc.). Przyznanie się do niej często jest mylone z przyznaniem się do błędu. W rzeczywistości jest to akt odwagi. W drugim kroku należy uwierzyć w istnienie Siły wyższej, która może uzdrowić i pomóc odzyskać zdrowy rozsądek i równowagę w życiu. Siłą może być Bóg (tak jak w przypadku Marty i Kamila), Wszechświat (siła wyższa Mateusza), Natura, cokolwiek - wspólnota AA nie jest związana z żadnym wyznaniem. Trzeci krok mówi o powierzeniu swojej woli i życia sile wyższej, uznaniu jej za opiekuna.

Kroki od czwartego do dziewiątego pomagają posprzątać przeszłość, uporać się z nią i naprawić samych siebie, od wewnątrz. To wszystko po to, żeby móc otworzyć się na coś nowego. Krok dziesiąty polega na przyglądaniu się na co dzień swoim poczynaniom w kontekście m.in. niekrzywdzenia innych, jedenasty zaś dotyczy rozwoju duchowego.

Dwunasty krok mówi o tym, by nieść pomoc innym uzależnionym. Ze startu z pozycji leżącej, czyli od przyznania się do bezsilności i przejścia przez z cały program, uzależniony staje się kimś na kształt przewodnika dla nowych członków wspólnoty.
Kamil, kiedyś potrzebujący takiej podpory, a dzisiaj sam służący swoim doświadczeniem, mówi: - Moja ciemna przeszłość w rękach mojej Siły wyższej jest moją największą mocą. Lub inaczej: z tego gówna, jakim było moje życie, Bóg może stworzyć nawóz, na którym wyrośnie coś pięknego.

*Imiona bohaterów zostały zmienione

Jeśli potrzebujesz pomocy - zadzwoń: całodobowy telefon zaufania Alco Tel: 12 411 60 44. Dla osób z problemem alkoholowym i ich rodzin

Kontakt z autorką tekstu: karina.czernik@polskapress.pl

Karina Czernik

Komentarze

6
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ozbychu1

Churchill-alkoholik bo tak ostatnio jakim to byl wspaniałym premierem i mentorem dla śp. Królowej.

ozbychu1

Alkohol to pikuś przy narkotykach (tez zależy jakich),czy choćby hazardzie.Najsmutniejsze jest to ,że tzw,,wolne sądy " świetnie z takiego ekosystemu uzależnień żyją. Komornicy budują na ludziach uzależnionych potężne majątki. Młodzi ludzie nie maja szans.Maja do czynienia z istnym przemyslem,który tylko doskonali sidła. Byl moment ,co na każdym rogu,każdej wolnej przestrzeni stały automaty do gry,dopalacze.,czy budka z piwem.Lichwiarze tu mieli i dalej mają istną ZIEMIĘ OBIECANA. Na degrengladzie i niebycie budują swoje majątki, niszcząc całe rodziny i społeczności .

jezozwierz

Jestem ksiedzem wiec prykleknij czytajac ten post. Diabel jest wszedzie. W dzisiejszych czasach przyjal postac Rudego Tuska ktory z wytrzeszczem w oczach prubuje wepchnac Polske do piekiel. I ci mlodzi ludzie nie moga sobie z ta sytuacja poradzic. Dlatego ucieczka od takich mysli jest alkocholizm aby zapomniec o tym co planuje nam zgotowac Rudy Tusk.

syuv

„Przed maturą nadeszło przebudzenie. Na krótko. Mama Marty sprawiła, że dziewczyna usiadła do nauki. Egzaminy zdała, dostała się na studia.”
„Mimo że bumelował na potęgę, egzamin gimnazjalny zdał śpiewająco.”

Oj, to wiele mówi o „wymaganiach”, jakie stawia się dzisiaj w szkołach. Tytułem wyjaśnienia: w przaśnym PRL-u NIE BYŁO MOŻLIWOŚCI aby ktoś, kto się nie uczył cały rok, „przysiadł” jedynie tuż przed maturą i zdał. Tak samo „bumelowanie na potęgę i zdanie” to byłoby możliwe co najwyżej do tzw. „zawodówki”.
Ale to było „kiedyś” — a teraz, „jak widać na załączonym obrazku”, mamy wyraźny „postęp”…

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.