Długi spacer z Witkacym: Sflądrysyny i Skurczyflaki

Czytaj dalej
Jerzy Stuhr

Długi spacer z Witkacym: Sflądrysyny i Skurczyflaki

Jerzy Stuhr

Otrzymał Pan propozycję reżyserowania „Szewców” Witkacego. Rzadko się tę sztukę wystawia, choć niektórzy uważają ją za najlepszą w dorobku tego twórcy. Może reżyserzy się jej boją? Może za dużo w niej groteski i absurdu? A może język „Szewców”, nie do podrobienia, owe „Sflądrysyny” i „Skurczyflaki”, odstrasza inscenizatorów? Ale tak czy inaczej - dobrze, że Witkacy znów się pojawi, bo rzeczywistość znów mu sprzyja.

Coś w tym rzeczywiście jest, bo różnie w różnych czasach odczytywano Witkacego i zawsze się sprawdzał. Teraz, do mnie, propozycja przyszła od Andrzeja Barta, pisarza, szefa artystycznego Teatru Nowego w Łodzi. Jego scenariusz „Szewców” byłby opowieścią o współczesnej Polsce, ale na podstawie tekstów różnych. I Leon Chwistek by się tu znalazł, bo przecież Witkacy cały czas tym Chwistkiem poniewiera, na prawo i lewo.

Ale to jest dopiero kwestia przyszłego sezonu teatralnego, jakiś październik lub listopad. Jeszcze gdybym miał siłę i zagrał także samego majstra Sajetana Tempe, toby „Szewcy” tym mocniej i wyraziściej we mnie zaistnieli: „Sturva jego cioć zafajdana”…

Pamiętam, jak było to u nas w Teatrze Kameralnym pokazane, Jerzy Jarocki reżyserował, były to lata 60. Jedna z pierwszych inscenizacji. „Szewcy” to fantastyczna opowieść. Bardzo się ucieszyłem na to spotkanie z Witkacym po latach!

Zacząłem się z nim „spotykać” jeszcze jako student. Jakąś małą rólkę grałem u Bohdana Hussakowskiego, który to reżyserował, jako dyplom w Szkole. W Teatrze STU, na początku byli „Pragmatyści”. Grałem Kobietona. Potem miałem u Jaro-ckiego zastępstwo za Marka Walczew-skiego w „Matce”, czyli rola Leona… To był prawdziwie zimny prysznic „zawodowy” wejść w gotowe przedstawienie.

Potem sam robiłem „Matkę” w Perugii. Wkrótce potem zagrałem Bałandaszka w „Onych”. Wystawialiśmy rzecz w Ponte-derze. Potem grałem w „Mątwie” na festiwalu w Spoleto, odnieśliśmy tam duży sukces. „Mątwa”, w reżyserii Pampiglione, miała międzynarodową obsadę. Z Polaków była Kora, która śpiewała, Ewa Kolasińska i ja. Prócz nas była Japonka, Komoko Tanaka, był Francuz i Włosi.

Witkacy przeszedł kilka metamorfoz. Pierwsze jego odkrycie nastąpiło w latach 50.

To był moment pewnego komunistycznego złagodzenia zapisu, Gombrowicza np. nie odpuścili, a Witkacego tak, ale pod pewnymi warunkami. Żądali, żeby go zakamuflować formalnie. I to były bardzo „formalistyczne” przedstawienia. Nawet u Jerzego Jarockiego, który był wtedy pod pewnym wpływem Wachtangowa. Wtedy pierwszą reżyserką w Polsce od Witkacego była Wanda Laskowska. To była prawdziwa gimnastyka, aby Witkacego zamknąć w formie.

Druga metamorfoza Witkacego - to są lata 70. Jerzy Jarocki zaczął czytać te sztuki kluczem realistycznym. I stało się to wszystko nagle niesłychanie aktualne. A nawet bolesne.

Bo przecież „Matka” Jarockiego to był jakby krzyk przeciwko inteligencji zdegenerowanej. Gdzie właśnie przerosty ambicji, nieudacznictwo, Matka znarkotyzowana, która to wszystko widzi - w Warszawie Matkę grała Halina Mikołajska, a w Krakowie pamiętna Ewa Lassek - tworzą jakieś uderzenie ostrej obserwacji. I nagle się okazało, że to drugie oblicze Witkacego jest groźne. Na szczęście ten klucz zwyciężył i porażająco ciemna masa - a tu są jacyś pokręceni inteligenci, którzy chcą być artystami - staje się karykaturą społeczną.

Wtedy tym dobitniej się pokazało, że Witkacy wraca zawsze wtedy, gdy wzmacniają się tendencje totalitarne. Kiedy do głosu dochodzą ciemne, prymitywne siły. Ja przynajmniej tak bym chciał zobaczyć społeczeństwo poprzez „Szewców”.

Potem zaczęło się nowe penetrowanie Witkacego, bo modna stała się psychoterapia, aż po psychologię - a w tym Witkacy też jest obecny.

Tu główne zasługi ma Krystian Lupa i jego spektakle Witkacowskie, jego „Nadobnisie i Koczkodany” i inne. To jest ten klucz: szukanie ciemnej siły w człowieku, szukanie „czarnej duszy”, tajemnicy freudowskiej…

Ale ja zawsze byłem skażony bardziej tym społecznym nurtem. Realistycznym. Wprawdzie potem, jak patrzyłem na spektakle Krystiana, to mnie ten jego Freud też przekonywał, i rozumiałem, że można Witkacego i tak odczytywać... A to były lata 80.i 90. W latach 2000. Witkacy był mniej grany. Wygląda na to, że młode pokolenie woli samo pisać teksty, niż interpretować istniejące.

Jak teraz będzie - zobaczę, gdy już mi Bart przedstawi swoją koncepcję. Bardzo się cieszę na tę współpracę z Andrzejem Bartem. Bo on jest taką dobrą inspiracją intelektualną.

Jerzy Stuhr

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.