Dobrą matką jest kobieta SZCZĘŚLIWA

Czytaj dalej
Fot. Materiały Prasowe
Katarzyna Janiszewska

Dobrą matką jest kobieta SZCZĘŚLIWA

Katarzyna Janiszewska

Rozmowa z Jackiem Santorskim, psychologiem biznesu, byłym psychoterapeutą, współautorem książki „Samodzielna kobieta. O dojrzewaniu do zmian” z Anną Hanną Czarnecką.

Boję się zmian. I to najdrobniejszych. O czym to świadczy?

Gdybym miał przejść od razu do pointy sesji coachingowej, to powiedziałbym, że może jest pani osobą szczególnie pragnącą zmian?

Tak bym siebie na pewno nie określiła.

Bo takie odkrycia wymagają czasu. Są osoby, które boją się wysokości, i gdy staną na jedenastym piętrze wieżowca, mają nogi jak z waty. Ale kiedy popracujemy chwilę z taką osobą, poprosimy, by zamknęła oczy, pofantazjowała, to szybko zaczyna sobie wyobrażać ptaka, siebie na paralotni, na bungee. Lęk przed czymś może być to „nieugruntowane pragnienie”.

Stereotypy, jakie kobieta chłonie w dzieciństwie mówią, że musi służyć, poświęcać się, znać swoje miejsce w domu

Często bywa tak, że boimy się czegoś zrobić, powiedzieć, do kogoś zbliżyć, a podświadomie tego pragniemy. Tylko nie mamy dość oparcia w sobie, w poczuciu własnej wartości, zaufania do siebie. Oczywiście bywa i tak, że opór wynika z braku wiary w to, że zmiana może się powieść, bo jest źle pomyślana, nierealna, obiektywnie na tyle jest groźna, że nie ma powodu, aby ryzyko podejmować. Trzeba uważać, by z jednej strony nie poddać się ideologii, że lepsze jest wrogiem dobrego. Z drugiej nie dać się uwieść modnym dziś teoriom, że jeżeli się nie zmieniasz, to stoisz w miejscu.

Zmiany są potrzebne, czy nie?

Jeśli mamy być nie w „disco polo psychologicznym”, gdzie są łatwe odpowiedzi na każde pytanie, tylko bardziej w „psychologicznej filharmonii”, to powiem, że odpowiedź na pani pytanie jest złożona. Jedne zmiany są potrzebne, a inne nie. Do zmian trzeba być przygotowanym. Inaczej organizm sam się broni, mamy opór zamiast pragnienia.

Gotowość do zmian świadczy o dojrzałości?

Niekoniecznie. Znam kobietę naukowca, której życie tak się potoczyło, że została sama z 15-letnim synkiem. Powiedziała sobie: poczekam, aż syn skończy szkołę, zrobi maturę, wybierze studia. Dopiero za trzy lata wprowadzę zmiany: pojadę może w świat, zwiążę się mocniej z mężczyzną obecnym w moim życiu. Czasem wyrazem dojrzałości może być to, że odraczamy zmiany z uwagi na inne wartości, na to, że dotyczy nie tylko nas. Więc zmiana lub jej brak może być związany z wyrzeczeniem, dylematem, z przewartościowaniem. Ostatecznie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla mnie w życiu naprawdę ważne. Jest ona ważnym czynnikiem stawania się sobą.

Człowiek może odkryć w sobie coś nowego, czego się nie spodziewał: piękno, łagodność albo drapieżność, bestię.

A można zmienić siebie?

Nie można zmienić genów, charakteru. Ale można zmienić swoje życie. Chodzi o to, by poznać siebie, swoje możliwości i ograniczenia, marzenia, aspiracje. Poznanie wymaga eksperymentowania ze sobą. Na przykład w laboratorium psychoterapeutycznym osoba, która jest zbyt konformistyczna w swojej pracy lub zbyt uległa w domu, wciela się w rolę kogoś, kto jest jej przeciwieństwem. W jakiejś scence zaczyna odgrywać, że jest osobą dominującą.

Chodzi o to, aby się dowiedzieć, w jakie role tzw. trójkąta dramatycznego wchodzimy. Na ile mamy w sobie skłonność, by wchodzić w rolę prześladowcy: ty jesteś wszystkiemu winny; na ile w rolę ofiary: to ja jestem do niczego; a na ile wybawiciela: ja wszystko wezmę na siebie, ja ciebie uratuję. Człowiek może odkryć w sobie coś nowego, czego się nie spodziewał: piękno, łagodność albo drapieżność, bestię. Ale dopiero eksperyment pozwala to ujawnić.

Tak, ale…

Jeśli pani - już po raz kolejny - zaczyna zdanie od „ale”, to znaczy, że jest pani gotowa bardziej badać zastrzeżenia niż możliwości. To może być tylko nawyk językowy, bezwiedny schemat. Jednak za nim może coś stać. Gdyby była pani u mnie na coachingu, zadałbym pytanie, czy pani nie mówi życiu „tak, ale”?

Chciałam powiedzieć, że są osoby, które w jakiejkolwiek nowej grupie by się nie znalazły, czy to w domu, czy w pracy, czy wśród znajomych, zawsze są albo liderami, albo ofiarami.

W przypadku ofiar mocno zakodowany jest pewien schemat, scenariusz życiowy. Tutaj może odgrywać rolę nawet czynnik genetyczny. Dan Olweus, szwedzki psycholog, prowadził badania, które miały ustalić, jakie cechy mają ofiary mobbingu. Postawiono hipotezę, że będzie to osoba inna, dziwna, ekscentryczna, np. „grubas”. Albo rudy wśród blondynów, Azjata w skandynawskiej grupie. To się nie potwierdziło. Ofiarą staje się zwykle osoba nadwrażliwa. Często osoba o bladej skórze, jasnoniebieskich oczach, bardzo jasnych włosach…

Właśnie opisał Pan mnie…

Tylko proszę nie mówić Czytelnikom, że mam dar jasnowidzenia, bo ustawią się do mnie kolejki (śmiech). W każdym razie, co pani teraz potwierdza, taka właśnie osoba może mieć gen szczególnej wrażliwości. Ona może być niezwykle wartościowa, utalentowana, empatyczna, ale mniej pewna siebie. Jeden z psychologów norweskich lansował nawet hipotezę, że kult siły, jaki powstał w nazistowskich Niemczech, był związany z prostacką potrzebą pokonania wrażliwości tych jasnookich blondynów. Chodziło o to, by uczynić z nich bestie. Bo byli „za wrażliwi”.

W pewnej przypowieści skorpion zabija żabę, która przewozi go przez rzekę, choć sam przy tym ginie. Nie da się zmienić swojej natury.

No właśnie. Z tym, że w każdym z nas są dwa porządki. Atawizmy, które pozwoliły naszym przodkom przetrwać - to są skłonności bezwzględne i bezduszne, mówią: lgnij do silniejszego, ale przegryź mu tętnicę, gdy będzie taka możliwość.

Z drugiej strony mamy wartości i prawa kultury, które mówią: bądźmy otwarci na innych, szukajmy dialogu w miejsce walki. Czerpię energię z atawizmów natury, nie zaprzeczam, że jest we mnie dziki, egoistyczny zew przetrwania, że dzielę innych na „swoich” i „obcych”. Ale nabyłem w życiu wartości, które są ponad prawami natury. I otwieram się na tych „wrażliwych” obcych.

Jest na świecie wiele kobiet, które tak pokierowały swoim życiem, że są same z dzieckiem, lecz nie samotne.

A jaka jest ta tytułowa samodzielna kobieta? Niezależna od mężczyzny?

Dziś jest niezależna nie od kogoś, lecz od stereotypów, jakie wchłonęła w dzieciństwie, a które mówią, że kobieta musi służyć, poświęcać się, znać swoje miejsce w domu, że to partner jest ważniejszy. Jest na świecie wiele kobiet, które tak pokierowały swoim życiem, że są same z dzieckiem, lecz nie samotne. Potrafiły sobie powiedzieć: pozostanę samodzielna, może miłość w moim życiu pojawi się dzięki temu kilka razy. Być może nie będę już dokonywała aktów wyrzeczeń, wchodziła w rolę służalczą lub ofiary, spotykała się z ludźmi, których nie trawię, dlatego, że życzy sobie tego mąż.

Nie ma sensu tkwić w złym związku, jednak każdy związek wymaga kompromisów. Nie warto na nie czasem iść?

Jest granica kompromisów. Mąż oczekuje, żeby żona godziła się na spotkania, wyjazdy z osobami, które nie do końca aprobuje. Ona w ramach kompromisu mówi: dobrze, ty idź, ale nie oczekuj, że pójdę z tobą i będę udawała, że się dobrze bawię. Co innego jest w imię miłości, potrzeb drugiej osoby czegoś sobie odmówić, a co innego do czegoś siebie zmuszać. Trzeba powiedzieć „nie” kompromisom wymagającym zbyt wiele wyrzeczenia siebie. Z badań wynika, że 15 proc. małżeństw to związki spełnione intymnie, seksualnie, duchowo. Ale konserwatywny model rodziny, żony, matki - zapożyczony od własnej mamy, cioci, babci - powoduje, że bardzo często kobieta tkwi w związku, w którym jej potrzeby nie są zaspokojone, choć może mieć w domu „ważną” rolę gospodyni.

Matki w pewnym sensie programują córki jako kobiety.


I to matki uczą nas uległości?

Współautorka książki, Anna Czarnecka zwierza się, jak odkryła, że jej ukochana mama przekazała jej pewien program, w efekcie którego weszła ona w rolę trochę gospodyni, a trochę ozdoby dla swojego męża. Myślała, że na tym polega życie małżeńskie. Bezwiednie „obiecała mu to”. Poprzez kolejne doświadczenia, poczucie niedosytu, irytacji, zrozumiała, że żyje nie swoim życiem, realizuje scenariusz przekazany jej - w najlepszej intencji - z zewnątrz: bądź uległa, dbaj, by mąż miał uprane, ugotowane, ładnie dla niego wyglądaj, bo jak kobieta nie zadba o mężczyznę, zostanie sama. Matki w pewnym sensie programują córki jako kobiety. Polska kobieta ma zwykle silną pozycję w rodzinie. Tylko to jest pozycja daleka od radości życia, przyjemności. To pozycja gospodyni, którą szanujemy, całujemy w rękę, ale rękę spracowaną praniem, sprzątaniem, a nie zadbaną, kojarzącą się z pieszczotą.

Kobiety źle się wyemancypowały?

Część kobiet zrobiła to bardziej zatracając przy tym swoją kobiecość. Zaczęły udawać mężczyzn, być agresywne w pracy, używać ostrego języka, „kastrować” mężczyzn - co nie jest trudne, bo mają oni wiele kompleksów. To dziecinne wyzwolenie. Można być niezależną od mężczyzny, ale pozostać boginią, kochanką.

Feministki promują wchodzenie w męską rolę.

Wreszcie, każda cnota może mieć swoje „przegięcie”, wynaturzenie. Według mnie zdrowy feminizm ma inne oblicze. Możesz zaproponować mężczyźnie, że zapłacisz za kolację, bo był tak zabawny, gdy się przechwalał swoim roleksem i sportowym samochodem, pozostając przy tym kobietą…


Postawa uległa w związku jest niedobra. Bunt, wyrażanie gniewu jest lepsze?

Gniew jest po to, by w pewnym momencie dać nam dodatkową energię. To nie sztuka dla sztuki. Są osoby, które tłumią gniew, połykają pewne rzeczy, po czym co kilka miesięcy urządzają awantury w „stylu włoskim”: garnki polecą, wszystko się rozładuje i wróci do równowagi. Jest to jakiś sposób, tylko że za tymi „garnkami” mogą lecieć też takie słowa, które zapadają w głębi serca, gdzieś głęboko odciskają się w świadomości drugiej osoby i jej serce się zamyka. Po szeregu takich awantur trudno być ze sobą „na czysto”, ze względu na swoje poczucie godności, szacunku dla siebie. Tłumienie gniewu szkodzi zdrowiu. Ale uzależnienie od gniewu nie służy relacji i związkowi. Warto uczyć się wyrażać swoje potrzeby, żal czy pretensje na co dzień, aby nie popaść ani w depresję, ani w obsesję.

Jak w takim razie przekazać córce dobre wzorce?

Dzieci nas obserwują i naśladują. Nie musimy się czuć szczególnie winni za to, jakie wartości żeśmy im werbalnie przekazywali, jak je wychowywaliśmy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, jak JESTEŚMY. Jeśli chcesz być dobrą matką, bądź szczęśliwa, niech twoja córka widzi ciebie, jak stajesz się sobą. Że jak masz problem, pozwalasz sobie na ból, łzy, przeżycie smutku i jak się z tego podnosisz. Że troszczysz się o świat, ale i o siebie.

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.