Dr Krzysztof Gojdź: Twarz jest jak pamiętnik, pokazuje, co przeżyliśmy

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne
Anna Gronczewska

Dr Krzysztof Gojdź: Twarz jest jak pamiętnik, pokazuje, co przeżyliśmy

Anna Gronczewska

Zmarszczki są ładne, bardzo lubię patrzeć na osoby starsze, na moją babcię, która ma na twarzy same zmarszczki, ale radosne oczy - mówi dr Krzysztof Gojdź, specjalista medycyny estetycznej, lekarz wielu celebrytek.

Bartek i Kuba ze Skierniewic ucierpieli w tragicznym wypadku, do jakiego doszło w październiku 2010 roku. Chłopcy cudem zostali uratowani z pożaru s
Piotr Hukało dr Krzysztof Gojdź

Jest Pan bardzo optymistycznie nastawionym do życia, ciągle uśmiechniętym człowiekiem. Skąd bierze Pan tę pozytywną energię, o którą tak ciężko w dzisiejszych czasach?
W Polsce ludzie często są malkontentami, nie do końca zadowolonymi z życia. Ja jestem zawsze optymistycznie nastawiony do świata, otaczających mnie ludzi. Uważam, że życie należy brać pełnymi garściami, iść zawsze do przodu. Zmieniło mnie kilka lat spędzonych na Manhattanie w Nowym Jorku. Zrozumiałem, że trzeba być pozytywnie nastawionym do życia. Nawet jeśli są jakieś problemy, to trzeba je przekuć w sukces.

Pana najnowsza książka „Twoja twarz, twój charakter” ma dać ludziom taką dawkę optymizmu?
Na pewno. Na co dzień spotykam się najczęściej z kobietami czterdzieści plus. Myślą, że życie, młodość jest poza nimi. Uważają, że najważniejszy jest wygląd. Mężczyźni oglądają się bowiem za młodymi dziewczynami. Wtedy zaczyna się gonitwa w głowie tych kobiet. Chcą się na siłę odmładzać, zmieniać swoją twarz. Zabawiam się wtedy w psychoterapeutę, psychologa. Staram się te kobiety przekonać, że ich twarz, to ich charakter. By ją zachowały, by „godnie się starzały”. I nie zatracały się w gonitwie za urodą i pięknem. Przecież ważniejsze jest to, co mamy w głowie.

Lekarz zajmujący się operacjami plastycznymi, upiększający kobiety radzi, by nie dokonywały takich zabiegów? To nietypowe...
I to jest paradoks. Trzydzieści procent kobiet, które do mnie przychodzą, przekonuję, by nie zmieniały swoich ust, kształtu nosa, który pasuje do charakteru, twarzy danej osoby. Jeśli już chcą coś zmienić, to powinny zadbać w sposób naturalny o cerę, a nie zmieniać się w inną osobę, dla mężczyzn, koleżanek, otoczenia.

Czytając reklamy Pana książki, można się dowiedzieć, że jeśli spojrzy się na twarz, można wiele powiedzieć o człowieku. To prawda?
Uważam, że tak. W oczach jest wypisane, czy ktoś jest radosną, czy smutną osobą, czy przeszedł w życiu jakąś traumę. Wszystkie zmarszczki, niedoskonałości skóry są wynikiem naszych imprez, nocnego balowania czy problemów codziennego życia. Twarz jest takim pamiętnikiem, pokazuje, co przeżyliśmy.

Zdarza się, że dziwi się Pan, gdy przychodzi pacjentka, chce coś zmienić, a wygląda dobrze i nie widać u niej żadnych wad?
Coraz częściej spotykam się kobietami, które wyglądają dobrze, ale chcą wyglądać coraz młodziej.

Dlaczego?
Wszystko się bierze z tego pędu, nagonki medialnej, by cały czas wyglądać młodziej, piękniej. Jest też grono kobiet, które kwalifikują się na leczenie do psychoterapeuty lub nawet psychiatry. Mamy bowiem taką jednostkę chorobową w psychiatrii, która nazywa się dysmorfofobia.

Na czym polega?
Człowiek nie akceptuje własnego ciała i wyglądu. W ciągu tygodnia zdarzają mi się nawet dwie pacjentki, u których podejrzewam dysmorfofobię. Tu potrzebna jest już wspólna praca z psychoterapeutą, a czasem nawet z psychiatrą. Nawet piękna kobieta, o której nikt nie pomyślałby, że ma jakieś kompleksy, wmawia sobie, że dana zmarszczka pognębia jej całe życie.

Wiele gwiazd robi operacje plastyczne, powiększa usta, piersi. I młode dziewczyny je naśladują, chcą być takie jak one...
Gdy rozmawiam z ludźmi spoza Warszawy, z małych miast, to widzę, że te gwiazdy robią na młodych dziewczynach wielkie wrażenie. Są nimi zachwycone. Ja im tłumaczę, że w swoim gabinecie widzę te gwiazdy bez makijażu, retuszu. I bardzo często ich nie poznaję. Taka osoba bez makijażu wygląda całkiem inaczej. Ale dziewczyny o tym nie wiedzą. Myślą, że chodząc do lekarza medycyny estetycznej, dbając o siebie, będą wyglądać jak ta gwiazda. A przecież każda z gwiazd ma takie same mankamenty, jak przeciętny człowiek - trądzik, przebarwienia. Tylko ukryte pod retuszem i makijażem.

Mówi się o Panu, że jest chirurgiem gwiazd. Tak jest rzeczywiście?
Nie jestem chirurgiem, tylko lekarzem medycyny estetycznej. Ale rzeczywiście tak się mówi. Tę łatkę przyczepił mi portal Pudelek. Bardzo wiele gwiazd, osób publicznych przychodzi do mnie do gabinetu. Głównie te, które chcą się odmładzać w sposób naturalny, w taki sposób starzeć się, dojrzewać. Przychodzą też osoby z pierwszych stron gazet, które chcą mieć kolejne nastrzyknięcia i usta jak pontony. Ale im odmawiam, odsyłam do innych lekarzy. U mnie obowiązuje podstawowa zasada. Gwiazda ma się podporządkować mojej wizji leczenia, odmładzania. Jeśli na to się nie zgodzi, to razem nie pracujemy. Każda gwiazda, która się u mnie leczy, jest moją wizytówką. Takich znanych pacjentów uzbierało się wielu. O jednych mogę mówić. Podaję ich nazwiska na mojej stronie internetowej. O innych nie.

Odwiedzają Pana też ludzie ze świata polityki?
Też, ale jest ich mniej. Gdy patrzymy na panie, panów działających w polityce, to widzimy mało zadbanych osób. Ale coraz częściej ludzie polityki rozumieją, że dobry wizerunek, czyli wygląd, również jest ważny. Zaczynają się normalnie ubierać. Nawet pan Jarosław zaczął nosić dobre garnitury i buty. Panie posłanki widzą, że schludny wygląd pomaga i powoli zaczynają mnie odwiedzać.

Gdy Pan patrzy na znanych Polaków, z różnych dziedzin, to myśli sobie, co by można u nich poprawić, jakoś im doradzić?
Czasem tak, bo bywa, że nawet mała ingerencja może pomóc osobie. Dużo mogę zmienić nie tylko ja, ale też fryzjer czy osoba zajmująca się makijażem. Mam trochę takie zboczenie zawodowe, że przyglądam się pod tym kątem wielu osobom. Jednak nie chcę nikogo uszczęśliwiać na siłę. Jeśli ktoś dobrze się czuje z tym jak wygląda, to nie ma sensu mu tego wytykać, pokazywać mankamenty.

Jest Pan lekarzem duszy i ciała?
Pamiętajmy, że medycyna estetyczna to nie tylko botoks, wypełniacze. Ale też leczenie ludzi po wypadkach, różnych traumach. Wolę swój czas poświęcać ludziom, którzy wiele przeżyli w życiu. Mają blizny na ciele, twarzy. Traumy z dzieciństwa, po wypadkach. Staram się takie osoby stawiać na nogi, przywracać je psychicznie społeczeństwu. Gdy taka osoba pozbywa się blizny, to jednocześnie zaczyna wierzyć w siebie. Najmilsze chwile przeżywam wtedy, gdy taki pacjent lub pacjentka przychodzi do mnie po kilku tygodniach czy miesiącach leczenia i dziękuje, że wrócił do pracy, poznał nowego partnera, partnerkę.

Pomaga Panu to, że ma specjalizację z psychiatrii?
Nie mam takiej specjalizacji. Tylko pisałem doktorat z granicy psychiatrii i psychologii. Wydaje mi się, że bardziej pomaga mi to moje nastawienie do życia. Poza tym bardzo chciałem być księdzem. Było to jeszcze w liceum. Ale celibat nie był dla mnie... Jednak to leczenie dusz zawsze we mnie siedzi, dlatego lubię z tymi ludźmi rozmawiać, stawiać ich na nogi.

Niedługo obejrzymy Pana w kolejnej edycji programu „Niezwykłe przypadki medyczne”. Zajmował się Pan między innymi dwoma chłopcami ze Skierniewic, Kubą i Bartkiem, którzy na skutek tragicznego wypadku zostali poparzeni...
Jestem ciągle w kontakcie z chłopcami i z ich mamą. Zżyliśmy się ze sobą. Traktują mnie jak członka rodziny. Byłem u nich dwa razy w domu, nawet na obiedzie. Bardzo dobrze wygląda leczenie ich buzi, rączek. Blizny są coraz mniej widoczne. Mama chłopców zaczyna wreszcie normalnie funkcjonować. Po wypadku zamknęła się w sobie. Teraz widzi światełko w tunelu.

Nie zapomnę, gdy pierwszy raz spotkałem się z tą rodziną, jeszcze przed nagraniem programu. Wtedy pękłem. Stało się to po tym, gdy ich mama opowiedziała mi całą historię. A oni patrzyli na mnie swoimi dużymi oczkami i powiedzieli: Panie doktorze, niech pan nam zrobi zabieg, byśmy byli ładni i nikt z nas się nie śmiał. Rozpłakałem się i musiałem wyjść z gabinetu... Przez 20 minut dochodziłem do siebie. Wiedziałem, że muszę pomóc tym dzieciom. Mama tych chłopców też płakała. Ona też pękła po tych pięciu latach. Udało się mi ich wziąć do programu „Niezwykłe przypadki medyczne”. To są rzeczy, które zostają w człowieku do końca życia. Kiedy pojechaliśmy potem na miejsce tego wypadku, to płakała cała ekipa realizująca ten odcinek programu.

Można zestawić tę historią z przypadkami osób, które myślą o tym, by tylko poprawić swój wygląd...
Bezpośrednio po spotkaniu z Bartkiem, Kubą i ich mamą czekali na mnie kolejni pacjenci. Miałem jednak 40 minut opóźnienia. Następną pacjentką była pani z bogatego, podwarszawskiego osiedla. Przyszła do mnie i powiedziała, że ma zmarszczkę, załamanie na policzku. Stwierdziła, że z tego powodu od trzech tygodni cierpi na depresję. Nie może spać, bo myśli tylko o tej zmarszczce. Była też oburzona, że przyjmuję ją z takim opóźnieniem. Powiedziałem, że nie jestem w stanie jej pomóc. Wyszedłem z kliniki, odwołałem kolejne wizyty, wróciłem do domu i wypiłem butelkę wina. Musiałem odreagować.

Może trzeba było tej pani pokazać chłopców ze Skierniewic?
Myślę, że takie osoby by tego nie zrozumiały. Dla nich najważniejsza jest zmarszczka, to żeby lepiej wyglądać, pokazać się przed koleżanką z sąsiedztwa czy na balu charytatywnym, na którym trzeba się pokazać w sukience za 20 tysięcy złotych.

Podobno jest Pan lekarzem, który policzy kobiecie każdą zmarszczkę?

Nie! Ja zmarszczki lubię. Bardzo lubię patrzeć też na osoby starsze.

Na przykład na moją babcię, która ma na twarzy same zmarszczki, ale radosne oczy. Jest zadowolona ze swego życia, dzieci, wnuków. I to jest fajne.

Kilka tygodni temu wróciłem z Azji. Latam tam, bo mam wykłady, szkolę lekarzy. Byłem ostatnio w Birmie. Tam w jednej ze świątyń siedziała babcia. Miała grubo ponad 90 lat i była cała wysuszona. Ale spojrzałem w jej oczy i nie mogłem oderwać wzroku. Patrzyła na mnie i uśmiechała się. Widziałem w jej twarzy taką mądrość życiową. Pogodzenie się z losem. Miałem wrażenie, że siedziała i czekała na śmierć, ale z radością. To mi się też podoba w starszych ludziach. Starzeć też można się godnie.

Czego się możemy dowiedzieć z Pana nowej książki?
Co robić, by nie przesadzać z nadmiernym odmładzaniem się. By nie dać się naciągać w gabinetach medycyny estetycznej na wielkie wydatki, zabiegi, które nie zdziałają cudów. Piszę też o tym, jakie zabiegi są pomocne, w jakim okresie życia. A przede wszystkim co zrobić, by cały czas być naturalnym, a nie zmieniać się w inną postać.

Niektóre gwiazdy po zabiegach wyglądają gorzej niż przed, wielu nie można nawet poznać...
To niestety wina lekarzy medycyny estetycznej, którzy bardziej patrzą na kasę niż na to, by naturalnie zadbać o ludzi.

Czego Panu życzyć?
Wszystko, czego chciałem w życiu, osiągnąłem... Kolejnym celem na kolejne miesiące, lata jest to, by inspirować, rozmawiać z młodymi ludźmi, którzy nie wiedzą, co robić. Stoją. Motywuję ich do tego, by mieli odwagę, podejmowali decyzję, zrobili pierwszy krok i spełniali marzenia. Mnie nikt nic nie dał. Ja na wszystko zapracowałem, pochodzę z biednej rodziny. Chcę też pójść w kierunku profilaktyki zdrowotnej kobiet. Zmotywować je, by zadbały o siebie. Ja wszystkie swoje marzenia spełniłem, wszystko, co chciałem, osiągnąłem.

Anna Gronczewska

Jestem łodzianką więc Kocham Łódź. Piszę o historii mojego miasta, historii regionu, sprawach społecznych, związanych z religią i Kościołem. Lubię wyjeżdżać w teren i rozmawiać z ludźmi. Interesuje się szeroko pojmowanym show biznesem, wywiady z gwiazdami, teksty o nich.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.