Krystyna Trzupek

Dyrygent - czarodziej z magiczną różdżką, a może dyktator z batutą?

Dyrygent to osoba, która łączy w sobie wiele zawodów: aktora, reżysera, przewodnika i psychologa Fot. archiwum prywatne Dyrygent to osoba, która łączy w sobie wiele zawodów: aktora, reżysera, przewodnika i psychologa
Krystyna Trzupek

Grzegorz Brajner - dyrygent, pianista. Obecnie pracuje jako korepetytor solistów w Krakowie. - Kto chce wykonywać ten zawód, powinien mieć bardzo dużą odporność na stres - twierdzi

Kiedy w przedszkolu pyta się dzieci, kim chcą zostać w przyszłości, najczęściej padają odpowiedzi: policjant, strażak, nauczyciel. Panu od dziecka grała w duszy muzyka?

Pamiętam, że od małego fascynował mnie dźwięk organów w kościele. U naszej sąsiadki w pokoju stało pianino. Kiedy tylko ją odwiedzaliśmy, kładłem na nim ręce i udawałem, że gram. Ale moje pierwsze zetknięcie z muzyką było trochę niefortunne. Kiedy miałem może 5 lat, rodzice postanowili mnie zapisać do przedszkola muzycznego. Pamiętam, że gdy tam pojechaliśmy, to zaparłem się i za żadne skarby świata nie chciałem tam wejść. Narobiłem rodzicom wstydu i musieliśmy wracać do domu.

Ale jak to się mówi, co ma wisieć, nie utonie. Koniec końców poszedł pan do szkoły muzycznej.

Tak. Najpierw była to Szkoła Muzyczna im. Grażyny Bacewicz w Limanowej, potem liceum profilowane w Państwowej Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej II stopnia im. Fryderyka Chopina w Krakowie. Pamiętam, że w klasie maturalnej profesor dał mi podyrygować orkiestrą szkolną i wtedy poczułem, że być może mam szansę w tej dziedzinie. Dostałem się na studia dyrygenckie w Warszawie i w Krakowie. Ostatecznie wybór padł na to drugie.

Dla większości laików dyrygent to taki ,,egzotyczny zawód”. Jakiś pan w czarnym fraku stoi przed orkiestrą i macha pałeczką. Na czym polega to pańskie machanie? A mówiąc najprościej: po co orkiestrze dyrygent?

Dyrygent ma za zadanie pokierować orkiestrą. Wpłynąć na nią. Niejako tchnąć ducha w wydawane przez nią dźwięki. Jako dyrygent mam bezpośredni wpływ na czas trwania utworu, tempo, przerwy. Poprzez gest, wzrok, mimikę twarzy decyduję, czy utwór ma być zagrany cicho, czy głośno, radośnie, czy tragicznie, lekko, czy doloroso, przejmująco, czy beznamiętnie. Jako dyrygent nadaję niejako kształt tej muzyce.

Czyli jest pan poniekąd takim reżyserem spektaklu? To pan ustala zasady gry.

Trafne określenie. Dyrygent to taki przewodnik, lider. To on nadaje kierunek brzmieniu. Ma w pewnym stopniu władzę nad orkiestrą.

Władzę? To znaczy, że dyrygent to taki władca absolutny, dyktator z batutą?

Dziś z autorytaryzmu niewiele zostało. Choć zdarzają się jeszcze tacy wybitni dyrygenci, wobec których orkiestra czuje niezdrowy respekt, a nawet strach. Ale ja uważam, że współpraca z orkiestrą musi opierać się na partnerstwie. Współczesny dyrygent powinien zbudować z nią dobrą relację. Źle się dzieje, kiedy staje się tyranem. Wtedy orkiestra się buntuje. Kiedy nie ma nici porozumienia, najczęściej kończy się to rozwodem.

Orkiestra może istnieć bez dyrygenta, natomiast dyrygent bez orkiestry nie. Jak to trafnie ujął znany dyrygent, Adam Banaszak, „może tylko w samotności siec powietrze’’.

To prawda. Dyrygent sam nie wykona utworu. Ale są też takie, których orkiestra nie wykona bez dyrygenta. Najlepsza jeszcze sobie jakoś poradzi, ale moim zdaniem, dopiero kiedy dyrygent wychodzi przed orkiestrę i ta zaczyna grać, to wtedy zaczyna się prawdziwa magia. W operze np. dyrygent jest niezbędny, ponieważ pośredniczy między orkiestrą a śpiewakiem.

Czy dyrygent może się pomylić i jakie ma to konsekwencje?

Gdy się już to zdarzy, może doprowadzić do katastrofy. Jeśli orkiestra jest bardzo dobra, to może jeszcze wyłapać ten błąd i uratować koncert. Ale jeśli zareaguje nierówno, wówczas trzeba przerwać występ i zacząć od ustalonego miejsca. Mnie na szczęście się to jeszcze nie zdarzyło.

Kontakt z publicznością dla każdego artysty jest bardzo ważny. Jak można go nawiązać stojąc tyłem?

To jest taki krwiobieg zamknięty. Dyrygent przekazuje swoje emocje do orkiestry, a orkiestra do publiczności. Orkiestra jest więc takim lustrem, w którym odbija się dyrygent.

Kiedyś podczas Letnich Koncertów w Limanowej mała dziewczynka zapytała: „Mamo, a czy tego pana nie bolą ręce od tego ciągłego machania?” No właśnie, nie bolą?

Nie bolą. Bardziej bolą nogi od ciągłego stania. Z pewnością jest to praca fizyczna i gdy się wkłada w nią jeszcze dużo emocji, to jest się po takim występie bardzo zmęczonym.

To jak pan odpoczywa? Ma pan czas na inne pasje, czy muzyka zmonopolizowała całe pańskie życie?

Robię wszystko, by właśnie tak nie było. Lubię uczyć się języków obcych, chodzić po górach, pływać, jeździć na rowerze. Czasem coś poczytać lub ugotować, celebrować takie codzienne życie. Uczę się też śpiewu klasycznego.

Zadam panu trochę niedyskretne pytanie. Czy kobiety lecą na batutę?

Hm... Może się im podobać to, że dyrygent stoi trochę na świeczniku. Że jest elegancki i ma ten element władzy, o którym rozmawialiśmy.

A co czuje pan, stając na tym świeczniku? Za panem wielka publiczność, cisza na sali i za chwilę, na pana skinięcie czarodziejską różdżką, rozpocznie się nowa, muzyczna historia.

Pewien skoczek narciarski powiedział, że kto nigdy nie stanął na progu skoczni, ten nigdy nie wie, co to za uczucie. Powiem tak samo. Kto nigdy nie stanął przed orkiestrą, ten nie zrozumie, co się wtedy czuje. Chociaż do tego zawodu dojrzewa się bardzo długo, to potrafi on dawać niesamowitą przyjemność i sprawiać prawdziwą frajdę.

Niektórzy twierdzą, że muzycy symfoniczni, w przeciwieństwie np. do rockmanów, to nudziarze.

Nie zgodzę się z tym. Wystarczy popatrzeć na Jerzego Maksymiuka. Swoją fantazją i sporą dozą artystycznego szaleństwa zawstydziłby niejednego rockmana.

Maksymiuk to bardzo barwna postać polskiej dyrygentury, która podczas koncertu zachowuje się jak prawdziwe „zwierzę sceniczne”. By osiągnąć oczekiwany dźwięk, pada na kolana, wyskakuje do góry. Jest pan zwolennikiem tak żywiołowej ekspresji scenicznej?

To indywidualna sprawa każdego artysty, w jaki sposób przekazuje swoją wizję. Wszystko jest w porządku, dopóki dyrygowanie nie „przesłania” samej muzyki, a więc, mówiąc prościej, opakowanie nie jest ważniejsze od produktu. Chyba bardziej imponuje mi większa powściągliwość gestu, ale i tak najważniejsze jest, żeby artysta był prawdziwy. Jeśli to, co chce przekazać, ma sens i nie jest sztuczne, raczej nie mam z tym problemu.

Krystyna Trzupek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.