Dzidzianna: słynna wróżka odeszła z kartami w rękach

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Gazety Krakowskiej
Katarzyna Janiszewska

Dzidzianna: słynna wróżka odeszła z kartami w rękach

Katarzyna Janiszewska

Jeśli ktoś nie znał Dzidzianny Solskiej, nie był chyba prawdziwym krakusem. Równie barwna co kontrowersyjna. Najbardziej znana wróżka Krakowa. Jej wróżby nigdy się nie sprawdzały - twierdzą jedni. Bzdury, uratowała mi życie, w porę ostrzegła - mówią inni.

Ekscentryczka. Dama, najprawdziwsza hrabina. Aż dziw bierze, że nikt nie sfilmował jej fascynujących losów. Bo jeśli wierzyć w to, co opowiadała, życie miała niezwykłe. Wróżyć nauczyła ją babka. Ona sama zgłębiła tajniki parapsychologii, mnemotechniki i telepatii.

Występowała na scenach świata jako iluzjonistka. Z Piotrem Skrzyneckim uciekała pociągiem towarowym przed aresztowaniem. Pozowała studentom krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Nago. Odważna, gdy trzeba bezczelna, niezależna. W nieprawdopodobnie barwnych strojach, w niełatwych PRL-owskich czasach.

Ile w tych opowieściach prawdy? A jakie to ma znaczenie? Jak mówił Jan Himilsbach przyłapany na nieścisłościach w swoim życiorysie: kto by chciał słuchać w kółko tego samego? Edith Piaf zmyśliła całe swoje życie. A i tak wszyscy ja kochali.

Hrabina prawdę ci powie

Dzidziannę Solską można było spotkać na krakowskim Rynku. W podcieniach Sukiennic od strony ul. Brackiej rozkładała swój mały stoliczek, krzesełko i wróżyła: czeka cię długie i szczęśliwe życie, dorobisz się majątku, będziesz mieć parcelę, trójkę dzieci.

- I to w niej było właśnie ujmujące: że każdemu chciała powiedzieć coś pozytywnego - zauważa Mieczysław Czuma, były naczelny „Przekroju”. - Ja też dałem się skusić. Po takiej wróżbie, jak człowiek wstawał rano, to od razu chętnie się golił, ubierał i maszerował do zajęć. Gdy organizowaliśmy spotkania z publicznością, ona była ich okrasą, atrakcją.

Po takiej wróżbie, jak człowiek wstawał rano, to od razu chętnie się golił, ubierał i maszerował do zajęć.

Aleksander „Makino” Kobyliński dodaje: Śpiewałem jej „Tango Milonga”, „Skrwawione serce”, „Ta ostatnia niedziela”, lubiła takie stare tanga. Przez te 40 lat, jak występowałem na Rynku, zawsze po skończonym koncercie podchodziłem do niej zapytać, jak się podobało. Lubiliśmy sobie pogadać, ja krakus, ona krakowianka, takich prawdziwych krakusów jest dziś coraz mniej.

Jej babka była - podobno - Rumunką, matka - Romką. Ona sama, jak twierdziła, była hrabiną po mężu, wnuczką Solskiego, tego znanego aktora. Zawsze zadbana, z makijażem, starannie ułożonymi włosami, koralami na szyi, diademem na głowie, kolorowo ubrana.

- Niektórzy się śmiali, nie wierzyli, że jest hrabiną. Ale była - opowiada Jurij Mokriszczew, iluzjonista, bliski przyjaciel Dzidzianny. - Miała maniery, mnie czasem upominała, że zachowuję się nie tak, jak trzeba. Roztaczała wokół siebie aurę szacunku. Przy niej człowiek czuł się bezpiecznie. Sprawiała wrażenie, że wszędzie wejdzie, wszystko załatwi, tu i tam ma znajomych, potrafiła się znaleźć w każdej sytuacji.

Poznali się w 1991 roku. Razem zaczęli jeździć z występami po kraju. On robił sztuczki, ona wróżyła. Lubiła, gdy ludzie się nią zachwycali, oczy im błyszczały.

Roztaczała wokół siebie aurę szacunku. Przy niej człowiek czuł się bezpiecznie.

- Dom miała ubogi, ale było w nim dużo dekoracji, i to dawało wrażenie pałacu, hrabiowskiego dworu: był pokój francuski, angielski, w różnych kolorach - mówi Jurij. - Każdego, kogo do siebie zapraszała, częstowała kawą, a później wróżyła mu z fusów. Lubiła rozmawiać ze mną po rosyjsku. Opowiadała, jak jeździła na Ukrainę handlować złotem i jako iluzjonistka oszukiwała celników. Tworzyła swój własny świat.

Modelka

Któż nie rysował jej rubensowskich kształtów? Wielu wybitnych malarzy ma u siebie jej akty. Prof. Czesław Dźwigaj poznał ją, gdy był studentem I roku ASP, na egzaminach wstępnych, w czerwcu 1972 r.

- Ona była już wtedy dojrzałą kobietą, mogła mieć 40, 50 lat - wspomina. - Pomimo wieku ciągle była kimś. Takich modelek w historii akademii było zaledwie kilka. To była osobowość, nie tylko na naszej uczelni.

Chwaliła się, że pozowała na akademii w Warszawie, Poznaniu, w Pradze. Miała w sobie to coś. Wnosiła do akademii takiego dziwnego, ale pozytywnego ducha. Znała wybitnych profesorów jeszcze z poprzedniego pokolenia, zaczynała pozować jako młoda dziewczyna. Była primadonną wśród modeli. Rządziła.

Odcinała się na tle reszty. Zawsze fantazyjnie ubrana, cała w bieli albo w czerwonym płaszczu, barwny ptak na tle PRL-owskiej szarzyzny. I nie wstydziła się tego, że pozuje. Wiele innych modeli to ukrywało. Ona się tym szczyciła. - Pozowanie to ciężka, fizyczna praca - opowiada prof. Dźwigaj. - A ona, jak już stanęła, to nie drgnęła przez 45 minut. Gdy byłem adiunktem, po doktoracie, robiłem korekty studentom. Jeden był nie bardzo porządku wobec mnie. Pamiętam to do dziś, jak Dzidzianna zeszła ze swojego podestu, jak go w łeb strzeliła: słuchaj, co pan profesor mówi, gdzie indziej się tego nie nauczysz!

Takich anegdot jest cała masa. Później Dzidzianna sama robiła studentom korekty, poprawiała ich prace: jak mnie malujesz? Ja tak wyglądam, taki mam brzuch? W złym świetle mnie stawiacie...

Żadnej czerni

Przestała pozować po 2000 r. Jej serce zawsze należało do wróżbiarstwa. W wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej” mówiła o sobie tak: - Przygotowywałam się do tego latami. Od początku wiedziałam, że będę wróżką, bo zawód modelki, aktorki cyrkówki, które uprawiałam, są krótkotrwałe. Nie chciałam zresztą całe życie być amantką.

Niemal do końcawróżyła pod Sukiennicami. Prof. Dźwigaj spotkał ją tam jeszcze w czerwcu zeszłego roku. - Zawsze się jej kłaniałem, gdy przechodziłem Rynkiem - opowiada. - A ona mnie pamiętała. Porozmawialiśmy, powspominaliśmy: co tam u tego profesora, co u innego.

Pod koniec życia miała już coraz większe problemy z chodzeniem. Ostatnie tygodnie spędziła w swoim domu w Podgórzu. Zmarła w wieku 87 lat, z kartami w ręku. Córka wyszła do kuchni zrobić jej herbatę. Gdy wróciła Dzidzia - bo tak mówili o niej bliscy - już nie oddychała. Pochowano ją w rodzinnym Hyżnem, tak jak chciała, w pięknej, niebieskiej sukni.

- Nawet swój pogrzeb wyreżyserowała - mówi Jurij. - Znajomym zapowiedziała, jak mają się ubrać: żadnej czerni.

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.