Filip Hagenbeck: Świata nie ocaliłem. Byłem zwyczajnym szpiegiem

Czytaj dalej
Fot. LFI/Photoshot/REPORTER
Anita Czupryn

Filip Hagenbeck: Świata nie ocaliłem. Byłem zwyczajnym szpiegiem

Anita Czupryn

To, co polski rząd zrobił, publikując raport o WSI, ujawniając zbiór zastrzeżony IPN - to wpuszczanie powoli działającej, śmiertelnej trucizny, której skutki będą odczuwalne za jakiś czas - mówi były oficer wywiadu Filip Hagenbeck.

Kapelusz to znak rozpoznawczy „zwyczajnego szpiega”?
Akurat ten kapelusz, który przywdziałem, kupiłem w Australii. Nosiłem go przez dwa lata w pewnym Gorącym Kraju, aż mnie stamtąd ewakuowano. Potem tam wróciłem, aby prowadzić „stabilizację” - od strony cywilnej, a nie wojskowej - nadal w tym kapeluszu na głowie. Wtedy koledzy z polskiego wojska, widząc mnie w kapeluszu, nabijali się ze mnie, pytając, dlaczego jestem taki „proamerykański”. Złośliwie żartowałem, że military intelligence (wywiad wojskowy - przyp. red.) w tym przypadku się blamuje, bo to kapelusz australijski. Zdarzyło się też, że w tym kapeluszu zobaczył mnie raz późniejszy premier Marek Belka. Premier Belka jest fanatycznym wręcz miłośnikiem nakryć głowy i od każdego próbuje wycyganić takie, które mu się podoba.

Udało mu się wycyganić od Pana?
Dałem skuteczny odpór. Też mam hysia na punkcie kapeluszy.

Ten hyś się zaczął jak został Pan szpiegiem?
Jeszcze wcześniej. Kiedy studiowałem socjologię, to obowiązywała mnie tak zwana praktyka robotnicza. Na tej praktyce, na ulicy Radzymińskiej, razem z grupą kolegów kopaliśmy rowy pod kable elektryczne. Wypłatę wydaliśmy między innymi na jarzębiak, który wypiliśmy z radości, że praktyka się skończyła. To poskutkowało tym, że do dziś nie znoszę jarzębiaku. Ale też z tej wypłaty kupiłem sobie parasol - czarny, czarny kapelusz z szerszym rondem i koniecznie chciałem czarny długi płaszcz. Ci, co oglądali Keanu Reeves’a w filmie „Matrix”, mogą sobie mniej więcej wyobrazić, jak to miało wyglądać.

Jak wypisz wymaluj - tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców.
Karramba! Niestety, w całej Warszawie nie było wtedy ciemnych, długich płaszczy. Za to nosiłem ciemne okulary - przepisał mi je na stałe okulista, jeszcze kiedy byłem w liceum, bo miałem problemy z oczami. Moja babcia, która mieszkała na dalekiej podkarpackiej wsi, jak zobaczyła mnie w tych okularach, powiedziała: „Przed kim ty te oczy tak chowasz?” Już wtedy było coś na rzeczy, jeśli chodzi o zestaw cech, z którymi kojarzy się szpieg.

Babcia nie dopatrzyła się cech wspólnych z generałem Jaruzelskim, który też za ciemnymi szkłami chował oczy?
Kiedy nastał Jaruzelski, to ja już byłem w służbie, bo wstąpiłem do niej w 1978 roku.. Akurat tej jesieni Karol Wojtyła został papieżem. Fakt ten poważnie oddziaływał na to, jak funkcjonowaliśmy w wywiadzie. Zmieniał reguły gry. Szkoliłem się wtedy w Starych Kiejkutach.

W słynnej polskiej szkole szpiegów. Które z zajęć i umiejętności, jakie Pan tam posiadł, podobały się Panu najbardziej?
To, co podobało mi się najbardziej w Kiejkutach, nie miało wiele wspólnego z zajęciami stricte branżowymi. Żadna praca pod obserwacją, żadne prowadzenie długich rozmów z potencjalnymi agentami, żadne kolekcjonowanie dokumentów i analizowanie ich. Nic z tych rzeczy. To jest standard, część rzemiosła. Mnie najbardziej spodobała się czysto techniczna część zajęc w ciemni fotograficznej. Szkolono nas również w robieniu różnych ciekawych rzeczy związanych z fotografią. Mikrokropek. Służbie też zależało na tym, żeby każdy oficer posługiwał się sprawnie aparatem fotograficznym. Generalnie nie ma nic podejrzanego w tym, że noszę go sobie na szyi i robię zdjęcia, prawda?

O to, jak stać się szpiegiem, nie będę pytać, bo dokładnie opisał Pan to w swojej książce „Zwyczajny szpieg”. Bardziej ciekawi mnie, czy chciał Pan zakasować, a może przyćmić swojego przyjaciela szpiega Vincenta V. Severskiego i dlatego napisał historię prawdziwą?
Zakasować Vincenta się nie da, bo to już marka sama w sobie. Nie ukrywam, że to trochę za jego sprawą zacząłem się zastanawiać, czy ja koniecznie muszę być w ukryciu? Ponieważ, jak pani dobrze wie, szpiedzy generalnie żyją w cieniu.

Tak jest. A podstawową zasadą szpiega jest milczenie.
I niewidzialność. Niewidoczny w tłumie - mówiono o kontrwywiadzie, a ściślej - o służbie obserwacji, która w tłumie miała być niewidzialna. Dlatego szpiedzy zawsze starają się wyciągać tę obserwację na otwarte przestrzenie, aby była widzialna. Sami zaś staramy się zachowywać w taki sposób, by nikomu nie wpadać w oczy. Kiedyś w jednym z krajów, gdzie przebywałem, mój młody kolega chciał mi zaimponować i powiedział: „To teraz pojedziemy operacyjnie”. I zaczął na jezdni uprawiać slalom! Musiałem mu wytłumaczyć, że oficer operacyjnie zachowuje się jak pierdoła. Jak ciamajda. Ma być spokojny, przewidywalny, by nie wnerwić obserwacji, która za nim chodzi. Niech się przyzwyczają. Jak będzie chciał się urwać, to i tak się urwie. Wracając do pani pytania, to nie zakasywanie Vincenta było moim celem, raczej to on sprawił, że zacząłem się interesować tym, czy jest sens w wyjściu z cienia. Przez długie lata tego sensu nie było. Nie było powodów.

Co takiego się stało, że dziś jest to możliwe?

Pozostało jeszcze 75% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 12,30 zł co 5 dni.

    już od
    12,30
    /5 dni
Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.