Gdy jadą na przeszczep, mówię do nich: Czekam po tej stronie życia

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Maria Mazurek

Gdy jadą na przeszczep, mówię do nich: Czekam po tej stronie życia

Maria Mazurek

Małgorzata Rejdych 21 lat temu, razem z nowym sercem, dostała nowe życie. Stara się wykorzystać je najlepiej, jak potrafi. Cieszy się każdym dniem i założyła stowarzyszenie zrzeszające ludzi po przeszczepie, bo - jak mówi - takie doświadczenie kompletnie zmienia spojrzenie na życie. Uczy cieszyć się codziennością.

Co pani o nim wie?

Praktycznie nic, polskie prawo zabrania. Tyle że to był młody chłopak, z północy Polski, po wypadku. Jak już się udało, doktor Garlicki powiedział mi: Małgosiu, serce masz wspaniałe.

Musiał mieć rację. Minęło 21 lat, a ono wciąż bije.

Mówi się, że po 20 latach można już uporządkować grób. Czyli: z ciała już nie ma nic. A czasem również niewiele zostaje z pamięci o człowieku. 21 lat! A jego serce wciąż bije we mnie. Jest w tym piękna metafizyka.

Dlaczego pani go potrzebowała?

Powikłania po grypie.

Zwykła grypa?

Grypa nie tak rzadko bywa chorobą śmiertelną. A ja, zamiast położyć się, łykałam aspirynę i biegałam dalej. Praca, dziecko, dom, wszędzie biegiem, biegiem. Nabawiłam się kardiomiopatii rozstrzeniowej, która jest najczęstszą przyczyną przeszczepów.

Co to?

Po nagromadzeniu wirusa grypy w sercu mięsień przestaje być elastyczny, powstają zwyrodnienia włókniste. Przez to serce, które powinno być jak sprężysta piłka, kurcząca się i rozkurczająca na przemian, robi się coraz słabszym flakiem. Ciśnienie spada, nie da się złapać tchu, wszystko się rozregulowuje. Na początku myślałam, że to przesilenie wiosenne. Ale było coraz gorzej. Jeden lekarz, drugi lekarz. Początkowo mówili, że wystarczy wymienić zastawki, ale uciekałam przed tym, miałam takie życzeniowe myślenie: samo przejdzie, jakoś to będzie. Trudno jest przestawić coś w swojej głowie, dopuścić myśl, że wszystko się zmienia. Nie miałam nawet czterdziestki. Byłam zawsze bardzo aktywną osobą, z planami na całe dziesięciolecia, chodziłam po górach, jeździłam na rowerze, miałam apetyt i otwarcie na świat, a nagle wejście na trzy schody okazywało się nadludzkim wysiłkiem, bo dostawałam takiej arytmii, że po prostu mdlałam. Wyjście na ulicę stało się dla mnie problemem - bo czegoś mogę się przestraszyć i padnę. Po półtora roku karetka przyjechała po mnie po raz pierwszy. Basia, moja córka, miała zaprzysiężenie klas pierwszych, szła do szkoły średniej, koniecznie chciałam być wtedy przy niej. Ale w nocy serce oszalało. To był pierwszy pobyt w szpitalu, potem było ich jeszcze dużo. Lekarze wszyli mi rozrusznik, który miał pobudzić serce w razie, gdyby stanęło. I znów myślałam, że to już wystarczy. Trudno, mam coś wielkości pudełka od zapałek wszczepione pod skórę, nie jest to komfortowe i ładne, ale teraz już wszystko będzie dobrze.

Nie było?

Rozrusznik nie spełniał swojej funkcji. W miarę dobrze czułam się tylko w łóżku, o wyjściu z domu nie było mowy, zawsze ktoś musiał przy mnie być. Czasem bez jakiejkolwiek przyczyny - bez nerwów, bez emocji - serce nagle przyspieszało, zaczynało się migotanie przedsionków. Lekarz powiedział, że skieruje mnie do poradni transplantologii, aby profesor Dziatkowiak i doktor Garlicki zakwalifikowali mnie do przeszczepu. Ostatecznie zrobili to tylko na podstawie dokumentacji szpitalnych, bo nie byłam już w stanie przyjechać z domu. To był listopad 1997 roku. Przeszczep miałam 8 lutego 1998.

Szybko.

Byłam na samej górze listy pacjentów oczekujących. Mój stan był już taki, że pogotowie trzeba było wzywać dosłownie co chwilę. Później okazało się, że to serce, które bije we mnie - to było trzecie serce dla mnie. Po raz pierwszy miałam za bardzo rozrzedzoną krew, serce trafiło do kolejnej osoby z listy. Drugie serduszko, które zostało pobrane z myślą o mnie, okazało się uszkodzone.

Do trzech serc sztuka.

Bałam się niesamowicie. Wprawdzie już wtedy miałam kontakt z osobami po przeszczepie, które mówiły: zaskoczy, będzie dobrze. Ale z drugiej strony miałam świadomość, że do takiej operacji trzeba wyciągnąć stare serce i w razie, gdyby coś poszło nie tak - to ono już nie może wrócić na miejsce. A nowe mogło przecież nie „zaskoczyć”.

Jak się pani dowiedziała?

Leżałam w szpitalu Rydygiera, na OIOM-ie. Przyszedł doktor Hładij i pyta: jak się pani dzisiaj czuje? Przecież pan widzi, mówię. Byłam podłączona do monitorów, widać było pracę serca. Mimo że leżałam, ono zwalniało, przyspieszało, było niestabilne. Ale już wtedy czułam, że lekarz nie przyszedł do mnie po to, żeby zapytać o samopoczucie. I rzeczywiście, mówi w końcu: polecieli po serce, czekamy na badania, czy się nada. Dostałam lek uspokajający. Poprosiłam tylko o jedno: żeby nie mówili mojej rodzinie.

Dlaczego?

Nie chciałam, żeby się denerwowali w czasie operacji. Wolałam, żeby dowiedzieli się o wyniku - albo pozytywnym, albo negatywnym. Jak pacjent choruje, choruje cały dom. W tym sensie moja rodzina była już dostatecznie schorowana. Chciałam im przynajmniej tego stresu oszczędzić. Ale tak się nie stało, koordynatorka prawdopodobnie pomyliła numery i zadzwoniła do męża. Momentalnie się zorientował. Pojechał po córkę do szkoły, przyjechali. Tyle lat, a ja wciąż mam to w głowie.

Płacze pani.

Proszę sobie wyobrazić, jak przeprowadza się z najbliższymi rozmowę, która - w waszej świadomości - prawdopodobnie jest tą ostatnią. Moja córka, dziś dorosła kobieta, do dzisiaj nie chce do tego wracać. My o tym nie rozmawiamy, to dla niej była tak okropna trauma. Ona mi powiedziała dopiero z dwa lata temu: mamo, ja tak naprawdę w tym dniu już cię pochowałam.

O czym wtedy, przed przeszczepem, rozmawialiście?

Prosiłam męża, żeby nie zapomniał o moich rodzicach, odwiedzał ich. Żeby ułożył sobie życie z kimś innym, ale pamiętał przy tym, że najważniejsza jest Basia. Córce powiedziałam, że marzę, żeby - gdy przyjdzie dzień jej ślubu - tata poprowadził ją do ołtarza. Trochę praktycznych rzeczy opowiadałam, z papierami, z prowadzeniem domu. Ale głównie płakaliśmy. W takim stanie przewieźli mnie do kliniki. Lekarze wiedzieli, że jestem strasznie spanikowana, znów podali mi więc leki uspokajające. Skoro już tu jestem, skoro dożyłam do tego dnia - szkoda by było, żeby serce nie wytrzymało w tych ostatnich minutach. Przyszedł doktor Garlicki - to on mnie operował - i powiedział: „widziałem serce, jest dobre”. Sam musiał sprawdzić.

Pamięta pani pierwsze chwile po przebudzeniu?

Otworzyłam oczy, zobaczyłam sufit, krzyż na ścianie. Pierwsza myśl: tak chyba nie może wyglądać niebo. Pomacałam się po piersi, wyczułam opatrunek. Wiedziałam, że jestem już po operacji. Zaczęłam wsłuchiwać się w bicie serca. Było równomierne, spokojne. Wiedziałam, że to nie jest moje stare serce. Obudziło mnie bicie nowego serca. Potem, jak już zrobiło się wokół mnie tłoczno, doktor Garlicki powiedział: ja zrobiłem już swoją robotę, teraz wszystko zależy od ciebie, czy chcesz żyć, czy nie chcesz (głos się jej łamie). Kto by nie chciał żyć? Początkowo byłam ostrożna. Myślałam: może uda się jeszcze rok pożyć, zrobić porządek z papierami, podopinać wszystko, prawnie i pod każdym innym względem. A po roku myślałam: no, to może jeszcze uda się dożyć matury Basi? A potem: a może by jeszcze studia skończyła. A potem: a może doczekam, aż pozna kogoś fajnego. A potem: może doczekam wesela. A potem: a może doczekam wnuka. I tak leci, dwudziesty drugi rok.

Doczekała pani tego wnuka?

Tak. Mam dwie wnuczki: Hanię i Jadzię. 11 i 8 lat. Mieszkają za granicą, pojadę do nich na święta. To będzie mój piętnasty lot samolotem w tym roku. Dużo podróżuję, lubię słońce, ruch. Po operacji wróciłam do swoich pasji sportowych: pływania, jazdy na rowerze, chodzenia po górach. Półtora roku po operacji pojechałam w słowackie Tatry i weszłam na Łomnicę. Zdjęcie wisi w klinice transplantologii, jest sygnałem dla wszystkich pacjentów przed przeszczepem: zobacz, po przeszczepie jest lepsze życie. Teraz robię koronę gór polskich, właśnie wróciłam z Opola, tam jest dużo pasm górskich. W ciągu 10 dni zdobyłam 10 szczytów, wprawdzie to nie jest tatrzańska trudność, ale trochę poruszać się trzeba. Czasem patrzę na prognozę pogody: o, jutro ma być ładnie. Nastawiam budzik na czwartą, autobus do Zakopanego, potem do Kuźnic i atakuję Kasprowy, schodzę przez Murowaniec, Nosalem.

Jak się wraca do formy po przeszczepie?

Cztery tygodnie spędziłam w szpitalu, kolejne cztery - w sanatorium. Tam pod opieką pielęgniarek i lekarzy pacjent musiał wstać, ubrać się, pościelić, zrobić makijaż, iść na gimnastykę. I uwierzyć w to, że teraz znów będzie dobrze. To nie jest łatwe, uwierzyć, że będzie dobrze, wymazać z głowy ten zły czas. Przestać się bać. Dwa czy trzy lata po przeszczepie pod nasz blok przyjechała karetka pogotowia. Akurat moja córka wracała do domu. Wpadła w panikę, myślała, że to po mnie - mimo że wszystko szło dobrze, czułam się wspaniale. Gdzieś ten ślad w psychice zostaje. Powoli nabieraliśmy wiary, odwagi. Powoli. Pamiętam pierwszy spacer z psem, pierwsze zakupy, pierwszy wyjazd za Kraków („a jeśli się coś stanie, czy zdążę dotrzeć do szpitala?”). Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Gdy wróciłam z sanatorium, był kwiecień, wszystko kwitło. To była najpiękniejsza wiosna w moim życiu. Przygotowanie do Wielkanocy, święta odrodzenia, z tą świadomością, że i ja się odrodziłam - to coś pięknego. Pierwszy wieczór po powrocie z sanatorium córka z mężem mówią: to my ci teraz pomożemy się wykąpać. Bo wcześniej, przed operacją, sama do wanny nie weszłam. A ja mówię: ale ja teraz myję się sama. Nie wierzyli, że z błota leżącego w łóżku, z człowieka-roślinki, można stać się osobą pełną wigoru z wielkim apetytem na życie.

Takie doświadczenie zmienia człowieka?

Niesamowicie. To jest kompletne przewartościowanie. Przed operacją marzyły mi się wzniosłe rzeczy, a po przeszczepie - nauczyłam się cieszyć każdym dniem. Tym, że świeci słońce, że jest czyste powietrze i że dzisiaj dobrze się oddycha, że idę na spacer. Że się po prostu żyje. Mówi się o nas, że mamy ADHD potransplantacyjne: odbijamy sobie ten czas spędzony w łóżku. Kochamy życie. Nie znoszę, jak czas przecieka mi przez palce, bo mam świadomość jego upływu, chcę go maksymalnie dobrze wykorzystać.

Uważa pani, że to dobrze, że polskie prawo zakazuje kontaktu biorca-rodzina dawcy?

Nie dyskutuję z tym. Chodzi o różne względy, też materialne. Rodzice mogliby na przykład powiedzieć biorcy: „No, to skoro pan czy pani ma już to serce, to mógłby pan, pani mi teraz pomóc”. Z drugiej strony dzisiaj, w dobie internetu, jak obie strony bardzo się uprą, odnajdą siebie. Niektórzy piszą na forach, na facebooku: dostałem serce w tym dniu, tu a tu. Wystawiają się. Jeśli ktoś z rodziny szukałby tego serca, to dojdzie, gdzie ono jest.

Matka pani dawcy też mogłaby panią znaleźć. Podaje pani datę.

Pewnie tak. A może nie musi, bo gdzieś przeczytała, że żyję z tym sercem, że założyłam w Krakowie Stowarzyszenie Osób po Przeszczepie Serca? I może ta myśl, że serce jej syna bije, że uratowało komuś życie - dodaje jej otuchy? Jako szefowa stowarzyszenia nieraz miałam telefony, z różnych stron Polski, z pytaniem, czy nie wiem, czy takie serce, przeszczepione w tym a tym dniu - jeszcze żyje? Kiedyś zadzwoniła matka, z okolic Lublina, szukała serca syna. Powiedziała dokładnie, kiedy jej dziecko miało wypadek, kiedy umarło, kiedy było pobranie; wiedziała też, że to serce pojechało do Krakowa. Sprawdziłam: dostał je mój kolega. Musiałam zastanowić się, co z tym zrobić - bo nie znałam intencji tej kobiety, ale z drugiej strony to przecież matka, która zgodziła się, żeby oddać serce syna.

I co w końcu pani z tym zrobiła?

Powiedziałam tylko: Proszę pani, serce żyje, ma się bardzo dobrze. Co było zgodne z prawdą. Tyle jej mogłam powiedzieć. I to jej wystarczyło. Wie pani, to stowarzyszenie jest też formą wyrażenia wdzięczności dla rodzin dawców. I wsparcia dla tych, którzy oczekują na przeszczep, w tym wielkim strachu, w tej niepewności. Staram się ich przez to przeprowadzić, odwiedzam w szpitalu, szczególnie jeśli rodzina nie może przy nich być.

Nie wszyscy doczekują się na to serce, prawda?

Prawda. I to też się we mnie kumuluje, ale z drugiej strony - mam przynajmniej świadomość, że do końca tym ludziom pomagałam. Bo nie ma nic gorszego niż samotność na łóżku szpitalnym. Często jestem ostatnią osobą, która rozmawia z ludźmi, którzy idą na przeszczep. Klepnę jeszcze w plecy na szczęście i mówię im: Idź, czekam na ciebie po tej stronie życia.

Maria Mazurek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.