Górnik pierwszy widzi to, czego nikt nie widział od milionów lat. Byliśmy we wnętrzu kopalni soli w Kłodawie

Czytaj dalej
Fot. Adam Jastrzębowski
Nicole Młodziejewska

Górnik pierwszy widzi to, czego nikt nie widział od milionów lat. Byliśmy we wnętrzu kopalni soli w Kłodawie

Nicole Młodziejewska

Jak górnicy dostają się do kopalni? Dlaczego różowa sól jest szara? Czy w kopalni jest gorąco? I jak wygląda droga soli? Odpowiedzi na te pytania znaleźliśmy... 800 metrów pod ziemią.

Kłodawa to dla mnie sentymentalne miejsce. Stąd pochodzi cała moja rodzina, a i ja spędziłam tam pierwsze lata swojego życia.

Nie da się ukryć, że w tym niewielkim miasteczku położonym we wschodniej Wielkopolsce, to właśnie kopalnia soli stanowi główne miejsce pracy. W kopalni pracuje niemal każdy kłodawianin - dziadek, ojciec, syn, wuj, kolega czy sąsiad. Moi dziadkowie także tam pracowali - jeden był sztygarem, a drugi brygadzistą. Z tego względu wizyta w kopalni była dla mnie szczególnie ważna.

Co robią Barbara, Michał i Chrobry w Kłodawie?

Kopalnię widać z daleka jeszcze przed wjazdem do Kłodawy. Na horyzoncie wyłaniają się trzy charakterystyczne potężne szyby. To „Michał” - od imienia pierwszego dyrektora kopalni, „Barbara” - od patronki górników i „Chrobry” - z okazji obchodzonego w 1966 roku 1000-lecia Państwa Polskiego.

Do kopalni prowadzi prosta droga, którą otaczają rodzinne ogródki działkowe. Na jej końcu wyłania się duży napis „Kop Kłodawa”, a za nim kompleks budynków.

Kopalnia w Kłodawie to największa i najgłębsza kopalnia soli w Polsce. Ma ona podziemną trasę turystyczną, która przebiega na poziomie 600 metrów pod ziemią. To najniżej położona atrakcja turystyczna w Polsce.

W 2007 roku odbył się tam nawet koncert. Muzycy z Filharmonii Kaliskiej oraz solista skrzypek Dmitrij Vasiljew zagrali „Cztery pory roku” Antonio Vivaldiego. Wydarzenie to zostało wpisane do Księgi Rekordów Guinnesa, jako koncert na największej głębokości.

My jednak nie zamierzamy zwiedzać trasy turystycznej. Chcemy zobaczyć prawdziwą kopalnię, a nie wersję z efektami. Chcemy dowiedzieć się, jak wygląda podziemie kopalni, jak pracują górnicy, a także co dzieje się z wydobytą już solą. Pierwszą część naszej kopalnianej przygody mamy rozpocząć właśnie w podziemiach.

Zanim jednak w ogóle rozpoczniemy naszą wyprawę po kopalni, w pierwszej kolejności musimy przejść szkolenie z obsługi aparatu tlenowego. To bardzo ważne, ponieważ używa się go w przypadku zagrożenia. Szkolenie trwa około 20 minut. Po nim jedna z pracownic prowadzi nas do szatni, w której dostajemy ubrania - ciemnoniebieskie spodnie, kraciaste koszule flanelowe i ciężkie buty.

Następnie Grzegorz Bartłomiejczak, kierownik działu górniczego, który tego dnia jest naszym przewodnikiem, zabiera nas do cechowni. To miejsce, w którym codziennie rano kierownicy spotykają się ze swoimi zespołami na odprawie. Dostajemy kaski i cały górniczy ekwipunek: latarkę, torbę z przyborami ochronnymi, jak okulary czy zatyczki do uszu, a także kolejną torbę, w której znajduje się aparat tlenowy. Tak wyposażeni są zawsze wszyscy górnicy.

Dostajemy dwa blaszane breloczki z numerkami. Jednak jeszcze nie wiemy do czego one posłużą. Na razie numerki które na nich widnieją mamy wpisać do specjalnej księgi i obok nich złożyć swoje podpisy wraz z godziną zjazdu pod ziemię.

Kierownik robót górniczych prowadzi nas przez wąskie klatki schodowe. W pewnym momencie wyłania się przed nami spora metalowa konstrukcja. To szyb, którym zjedziemy w dół.

Wraz z nami pod ziemię ma jechać jeszcze kilku górników. Mężczyźni pewnie wchodzą do metalowej klatki. Ustawiają się przodem w kierunku drzwi. Robimy to samo. Stoimy jeden za drugim, w dwóch rzędach.

- Będziemy jechać na dół szybem „Michał”, z prędkością około 6 metrów na sekundę. Zjedziemy z 14 metrów nad poziomem morza na poziom 600 metrów pod ziemią

- informuje nasz przewodnik Grzegorz Bartłomiejczak.

Jeszcze przed startem dostajemy wskazówkę, że mamy już włączyć lampy. Górnicy za naszymi plecami zapalili je wcześniej. Mam problem z uruchomieniem swojej, ale finalnie, z pomocą pana Grzegorza udaje mi się ją włączyć.

Pracę szybu koordynują pracownicy - jeden na górze, drugi na dole. To oni uruchamiają windę. W pewnym momencie rozlega się podwójny ostrzegawczy sygnał dźwiękowy. „Szczęść Boże” - niemal jednym głosem mówią będący z nami w szybie górnicy. Ten zwrot będziemy słyszeć później na każdym kroku.

- Na dole nie mówimy „dzień dobry”, czy „cześć”, mówimy „szczęść Boże”. To typowe górnicze pozdrowienie

- wyjaśnia kierownik działu górniczego.

Pracownik zamyka za nami drzwiczki szybu i zasuwa zewnętrzną kratę. Mocne szarpnięcie... i jedziemy. W szybie jest ciemno, oświetlają nas tylko nasze latarki. Prędkość z jaką jedziemy, jest na tyle duża, że tworzy się spory wiatr, który rozwiewa moje włosy we wszystkie strony. W trzęsącym się dźwigu rozlega się grzechotanie i dzwonienie - samej konstrukcji szybu, ale też wszystkich klamerek i przypiętego do nas i górników sprzętu. W pewnym momencie do tych dźwięków dochodzi głośne i szybkie pikanie jakichś urządzeń.

- Spokojnie, nic się nie dzieje, to tylko czujniki tlenu. Jest szybka zmiana ciśnienia i sprzęt nie zdążył się jeszcze skalibrować

- wyjaśniają nam górnicy.

Zmieniające się ciśnienie powoduje również, że czuję, jak zatykają mi się uszy. Zupełnie jak w czasie lotu samolotem. Zjazd na poziom -600 metrów zajmuje około minuty.

Tuż przed dotarciem na dół, ponownie słyszymy ostrzegawczy sygnał dźwiękowy. Chwilę później dźwig się zatrzymuje. Zaskakuje mnie, że tym razem nie odczułam szarpnięcia, hamowanie było w miarę łagodnie. Podniesienie kraty, otwarcie drzwiczek i jesteśmy pod ziemią.

600 metrów pod ziemią - tu zaczęła się historia

Podążamy za naszym przewodnikiem, który prowadzi nas do pewnego pomieszczenia. Na jednej ze ścian wisi tablica z gwoździkami, na których górnicy zawieszają metalowe znaczki - te, które sami dostaliśmy jeszcze na górze. My również mamy powiesić po jednym z nich, a drugi schować do kieszeni.

- Jesteśmy 600 metrów pod ziemią. Tutaj tak naprawdę zaczęła się cała historia kopalni. To tu powstał pierwszy wykop. Na początku miała to być kopalnia soli potasowej, bo myślano, że tu są spore jej złoża. Ale gdy wydrążono szyby, okazało się, że niestety tej soli nie jest wcale tak dużo. Odkryto za to bardzo duże złoża soli kamiennej. I tak, po wojnie, kopalnia przekształciła się na kopalnię właśnie tej soli

- opowiada Grzegorz Bartłomiejczak.

Przez dłuższą chwilę idziemy wąskim podziemnym korytarzem, w którym wciąż wieje silny wiatr. Jest chłodno, a ziemia jest wilgotna. Gdzieniegdzie trafiamy nawet na kałuże. Idziemy wzdłuż ciągnących się pod naszymi nogami torów. To właśnie nimi poruszają się wagoniki z wydobytymi już kamieniami soli, które następnie szybem trafiają na powierzchnię. Ciemną przestrzeń oświetlają lampy jarzeniowe, a po ścianach wije się tysiące kabli. Na jednej ze ścian znajdują się też spore rury - to one wpuszczają powietrze do wnętrza kopalni. Całość dopełnia zapach wilgoci, kurzu i okablowania.

- Strop, ocios, spąg

- instruuje nas pan Grzegorz, wskazując kolejno na górę, bok i dół korytarza. Krótki spacer doprowadza nas wprost w ciemność. Jedyne światło pada z naszych latarek. Okazuje się, że jesteśmy w samym środku soli - jest pod naszymi butami, nad głowami i po bokach.

Podziemny off-road po solnych zaspach

Większość kopalnianej trasy mamy przejechać samochodem. W pewnym momencie podjeżdża po nas żółty pojazd. Wygląda jak wóz terenowy bez dachu i szyb. Z tyłu na pace są miejsca dla ośmiu osób. Samochód pełni tutaj rolę podziemnego autobusu, który przewozi górników w poszczególne miejsca. Tym razem oprócz pracowników zabiera też nas.

Samochód prowadzi Jacek Perkowski, który jest sztygarem zmianowym, odpowiada za koordynację robót strzałowych, czyli tych związanych z używaniem materiałów wybuchowych do kruszenia skał. W kopalni pracuje już 13 lat.

Adam, nasz fotoreporter wsiada na pakę z kierownikiem robót górniczych i pozostałymi górnikami. Mi przypada jedyne wolne miejsce z przodu, obok kierowcy.

Dźwięki samochodu są tak głośne, że zagłuszają rozmowy górników siedzących za moimi plecami. Jazda po soli przypomina przeprawę przez piaskowe zaspy. Samochód szarpie na prawo i lewo, przebijając się przez ciemne korytarze, które stopniowo rozświetlane są przez jego światła. Jest niemal jak na off-roadowej przejażdżce. Mam wrażenie, że jedziemy niezwykle szybko.

- Ten samochód ma ograniczenie jedynie do 22 km na godzinę, więc nie jest to wcale duża prędkość. Ale fakt, że nie ma w nim ścian i to, że jedziemy przez długie, wąskie i ciemnie korytarze powodują takie wrażenie

- wyjaśnia pan Jacek.

Zjeżdżamy do poziomu 690 m pod ziemią. Co jakiś czas przejeżdżamy przez wiszące w korytarzach plastikowe, ciężkie zasłony. Jak tłumaczy sztygar, są to tamy regulujące przepływ powietrza. Przed każdą z nich kierowca naciska klakson, dając znać ewentualnym pojazdom jadącym z naprzeciwka. W ten sposób unika się tutaj kolizji.

Drogi, którymi się przemieszczamy to tzw. drogi upadowe. Są one wyryte bezpośrednio w złożu, czyli w soli. Upadowe są bardzo kręte. Niektóre z zakrętów są tak ostre, że pan Jacek musi trochę manewrować - podjeżdżać do przodu, cofać i wykręcać.

Zaskakuje mnie, jak płynnie porusza się po tej kopalnianej przestrzeni, w której - przynajmniej dla mnie - wszystkie drogi wyglądają tak samo. Nie ma tu przecież żadnego oznakowania.

- Długo zajęła panu orientacja w tym terenie, że tak sprawnie i bez nawigacji się pan tutaj porusza? - pytam sztygara.

- Ja wiem, czy długo… - zastanawia się. - Jakiś czas na pewno trzeba było przeznaczyć, żeby to poznać. Ale jak się jest codziennie w pracy, to nie sprawia to trudności. Z czasem się człowiek nauczy - odpowiada bez wzruszenia.

- A przejechał pan już wszystkie te podziemne trasy? - dopytuję.

- Tam, gdzie prowadzimy prace, to nawet niejednokrotnie. Oczywiście są jeszcze na kopalni takie miejsca, których nie poznałem - mówi. I po chwili żartuje: - No, ale na pewno, gdyby pani teraz wysiadła , to nie miałaby pojęcia, jak i dokąd wrócić.

Różowa sól w kopalni jest szara, a biała wygląda jak śnieg

W pierwszym etapie naszej przejażdżki mijamy ściany, które są szare, miejscami nawet czarne.

- To pole piąte, gdzie jest sól różowa. Teraz wjedziemy w pole drugie. Tu znajduje się już sól biała

- objaśnia pan Jacek.

Różowa barwa soli w podziemiach kopalni jest trudna do zauważenia. Jak mówi nam Grzegorz Bartłomiejczak, wynika z to podejmowanych tam prac. Sól różowa po rozkruszeniu daje szary pył. W wyniku prac górników pokrywa on wszystkie ściany, zasłaniając tym samym ten odcień złoża. Co ciekawe, kopalnia w Kłodawie jest jedyną w Europie, w której wydobywa się sól o takim kolorze.

Po chwili jesteśmy na poziomie 690 metrów, w soli białej. Tutejsze tereny wyglądają bardziej jak krajobrazy zimowe. Na tym poziomie wysiadają podróżujący z nami górnicy, właśnie zaczną swoją zmianę. My jedziemy dalej, na sam dół - na poziom 800 metrów.

Im niżej zjeżdżamy, tym bardziej wzrasta temperatura. Na samym dole jest naprawdę gorąco, zwłaszcza w długich spodniach i flanelowej koszuli.

- Im niżej, tym bliżej jądra ziemi, dlatego jest ciepło i rośnie też ciśnienie. Mamy tu nieco ponad 27 stopni. Na powierzchni taką temperaturę odczuwa się zupełnie inaczej, bo jest tam wilgotno. Tutaj tej wilgoci nie ma, dlatego mamy wrażenie, że już samo powietrze w kopalni jest bardzo ciepłe

- wyjaśnia Grzegorz Bartłomiejczak.

Sól wydobywana w kopalni to około 15-20 proc. całego dostępnego pod ziemią złoża. Górnicy nie mogą jednak wydobywać jej więcej - głównie ze względów bezpieczeństwa.

- Reszta złoża musi zostać na filary ochronne, na filary międzykomorowe i po to, by ustrzec się warstwy wodonośnej poza złożowej. W kopalni zostawiona jest około 150-200 metrowa solna półka bezpieczeństwa, gdzie nie eksploatujemy. Z boku również zostawiamy półkę soli - w zależności od poziomu - do 75 metrów. Można więc powiedzieć, że drążymy w środku takie jaskinie - mówi kierownik działu górniczego.

Jedziemy na jedno z pól, w którym obecnie trwają prace wydobywcze.

- Każda eksploatacja zaczyna się od geologicznego sprawdzenia złoża. Trzeba sprawdzić, gdzie, jakie warstwy przebiegają. Sprawdza się to robiąc specjalne otwory wiertnicze. Następnie przystępuje się do drążenia wyrobisk chodnikowych

- wprowadza nas w temat Grzegorz Bartłomiejczak.

Wysad solny w Kłodawie podzielony jest na poziomy eksploatacyjne. Zaczynają się one od poziomu 600 i rozłożone są co 30 metrów w dół. Szyb dojeżdża tylko do poziomu 600, dlatego pozostałe, niższe poziomy połączone są ze sobą wyrobiskami chodnikowymi.

- Kiedy wydrążymy już wyrobiska chodnikowe, to dochodzimy do drążenia właściwych wyrobisk komorowych. Najpierw mają one 6 metrów szerokości i 3,5 do 4 metrów wysokości. Następnie to wyrobisko poszerza się do gabarytów przewidzianych w tym miejscu. Akurat tu, gdzie się znajdujemy mamy wyrobisko na ok. 12 metrów szerokości i 4 metry wysokości. Później schodzi się 4 metry niżej i eksploatuje się to wyrobisko warstwami - tłumaczy.

Wielkie wiertło i wybuchy

Stoimy w jednej z takich komór. Wszystko od ziemi, przez ściany, po strop pokryte jest solą, która mieni się w światłach z naszych latarek. Wygląda to, jak wielka jaskinia ze zbitego grubego śniegu, który ktoś obsypał brokatem. Przed nami znajduje się wielka zaspa. To, jak mówią górnicy „przodek”, czyli główne miejsce prac kopalnianych.

Obok nas stoi też nietypowy sprzęt. Wygląda trochę, jak duży samochód, jednak cały opleciony jest grubymi kablami. Z jego przodu wystaje długie ramię, na końcu którego znajduje się coś, co przypomina ogromnych rozmiarów karabin maszynowy. To wiertło.

- Drążenie takiego wyrobiska polega na tym, że przyjeżdża wiertnica i wierci otwory wspomagające, tzw. kanonowe, a następnie otwory strzałowe. Ich średnica ma ok. 41 mm, ale długość, w zależności od przodka, może osiągnąć nawet 4 metry. Później przychodzą górnicy strzałowi, którzy montują w nich materiał wybuchowy

- relacjonuje pan Grzegorz.

Możemy oglądać, jak wygląda wiercenie otworów strzałowych. Ogromne wiertło wbija się w przodek. Maszyna robi dużo hałasu, słychać jak przebija się przez pierwsze jego warstwy. Po zaledwie chwili nie widać już nic, bo wszystko dookoła pokrywa się pyłem z soli. Osadza się ona na naszych ubraniach, wpada do oczu i nosa.

Zaskakuje mnie wiercenie otworów strzałowych i tego, że w kopalni cokolwiek wybucha. Jak się okazuje, wybuchy ułatwiają rozdrabnianie ścian. Z opowieści górników dowiadujemy się, że podczas odpalania materiałów wybuchowych wszystkie osoby pracujące pod ziemią muszą wyjść na powierzchnie. Stamtąd też odpalane są ładunki.

- I tak jest robionych kilka, a nawet kilkadziesiąt przodków na zmianę. Po wszystkim zjeżdżamy i zajmujemy się wybieraniem urobków przodka

- wyjaśnia dalej nasz przewodnik.

- To niby monotonna praca, bo tylko się wierci otwory. Ale trzeba pamiętać, że jak taki górnik przychodzi na przodek, to ten przodek zawsze jest inny, to zawsze jest coś nowego. To zawsze jest dalej, do przodu. A to, co on widzi po tym ostrzale, jest widziane po raz pierwszy właśnie przez niego. Nikt przez miliony lat tego nie widział.

Gdzie się podziali górnicy?

W kopalni nie spotkamy już nigdzie górnika z kilofem, „dłubiącego” w wielkiej solnej ścianie, co znamy z filmów czy książek. Obecnie wszystko wykonuje się z pomocą dużych maszyn. Ogólnie ma się wrażenie, że górników w kopalni jest niewielu. Gdzieniegdzie mijamy jedną lub dwie osoby. Każdy z nich bez pośpiechu obsługuje jakąś maszynę. Nie dostrzega się też u nich zbytniego przemęczenia.

W kłodawskiej kopalni pod ziemią pracuje łącznie około 450 osób. Na pierwszej zmianie zwykle jest 150 pracowników - nie tylko górników, ale też mechaników, elektryków, geologów.

- Są miejsca, gdzie pracuje więcej ludzi, np. w warsztatach mechanicznych, gdzie jest kumulacja tych pracowników. Ale w polach zazwyczaj jest tak, że brygady składają się z 3, maksymalnie 4 osób, które mają do obsługi kilka miejsc i wciąż się przemieszczają

- tłumaczy Grzegorz Bartłomiejczak.

Przechodzimy kawałek dalej, do innego przodka, w którym już wcześniej wykonano wybuchy. Tam również spotykamy tylko jednego górnika. Siedzi on w maszynie, która zbiera skruszony przodek i ładuje go na stojący obok samochód.

- Jestem operatorem maszyn i urządzań takich, jak ładowarki czy wiertnice. Codziennie rano każdy z nas otrzymuje polecenie, na którym polu ma się pojawić i każdy idzie wykonywać swoją pracę. Po prostu. Pracuję tutaj od 10 lat. Nie jest to może trudna praca, ale łatwą też bym jej nie nazwał. Przede wszystkim utrudnia ją ta wysoka temperatura i ciśnienie - opowiada Aleksander Syncerz.

Kawałek dalej, przy drugiej maszynie wiertniczej, ale nieco mniejszej niż ta, którą widzieliśmy wcześniej stoi Sebastian Dopierała. Jego zadaniem również jest przygotowywanie otworów, ale nie strzałowych, a kanoniczych. Te z kolei służą rozluźnieniu przodka. Są one wsparciem dla ładunków, by po wybuchu cała część uległa rozbiciu.

- Bardzo lubię tę pracę, sprawia mi ona frajdę i wcale się przy tym nie nudzę. Przede wszystkim jestem fanem dużych maszyn, to takie zabawki dla dużych chłopców

- śmieje się pan Sebastian.

Co dalej dzieje się z solą, która zostaje załadowana na samochody? Tego dowiadujemy się w następnym punkcie naszej wyprawy na poziomie 770 metrów pod ziemią. Dojeżdżamy do kolejnego korytarza. Ten jednak wygląda inaczej niż poprzednie.

Na taśmę, do wagoników i na powierzchnię

Dokoła po ścianach wije się okablowanie. Wzdłuż jednego z boków ciągnie się czarna taśma, której końca nie sposób dostrzec z miejsca, w którym stoimy. Cała jest w kryształkach soli. Kawałek dalej dostrzegam ogromną kratę na ziemi, pod którą znajduje się dziura sporych rozmiarów. Jak się później okazuje, to do niej zsypywany jest zebrany wcześniej urobek. Cały sprzęt bardzo głośno pracuje.

- Jesteśmy na punkcie załadunkowym, gdzie wszystkie ładowarki przywożą urobek. Wsypywany jest on na przenośnik zgrzebłowy. Po tym następuje wstępne kruszenie, a później trafia na przenośnik taśmowy. Stąd sól wywożona jest do poziomu 750 i przesypywana urządzeniem, które nazywane jest zsypką, do wozów kopalnianych. Dalej transportem szynowym przejeżdża pod szyb „Barbara”, którym wychodzi na powierzchnię już do przeróbki

- szczegółowo opisuje cały proces kierownik Bartłomiejczak.

Ogromne podziemne jaskinie i solna kapliczka

Przewodnik zabiera nas w kolejne miejsce. Tam oglądamy już całkowicie wyeksploatowaną komorę.

- Ona ma już 12 metrów szerokości i 12 metrów wysokości. Tutaj nie są prowadzone żadne prace - wyjaśnia nam kierownik robót górniczych.

- Ale przecież tutaj wciąż jest sól - słusznie zauważa nasz fotoreporter Adam.

Okazuje się, że ze względów bezpieczeństwa złoża nie są w pełni wybierane. Chodzi przede wszystkim o to, by kopalnia nie uległa zawaleniu.

- Z każdej strony zostawiamy 18 metrów soli - z dołu, z góry i z boku. Dopiero za tymi filarami mogą powstawać kolejne komory. Bezpieczeństwo jest najważniejszą rzeczą na kopalni. Dlatego tak bardzo potrzebne są te filary bezpieczeństwa

- tłumaczy pan Grzegorz.

- Gdyby spojrzeć na to przez przekrój, to przypomina to trochę blok mieszkalny. Okna to nasze komory, a mury to te filary.

W tym miejscu nasza podziemna podróż prawie dobiega końca. Jeszcze przed wyjściem kierownik robót górniczych prowadzi nas do podziemnej kapliczki. Cała zrobiona jest z soli. Obok niej wisi tabliczka z napisem „Górniczej pracy szczęść Boże”.

- Tutaj mamy figurę świętej Kingi, która jest patronką górników solnych

- mówi górnik.

W kapliczce możemy dostrzec nie tylko sól białą, ale także oczyszczoną z pyłu różową, z której wykonana została cała figura św. Kingi. Obok znajduje się mały ołtarz. Ten zrobiono z soli białej. Strop kapliczki także jest różowy, ale gdzieniegdzie wyłożony jest kryształami białej soli. Nie brakuje również kwiatów. Na jednej ze ścian wisi tablica z listą nazwisk 20 górników, którzy stracili życie pod ziemią.

- W Dniu Górnika odprawiana jest tu msza, zjeżdża tutaj ksiądz i zbieramy się wszyscy razem - mówi Bartłomiejczak.

Do szybu wracamy już pieszo. Podróż przez solne zaspy zajmuje nam około 20 minut. Momentami nachylenie podłoża jest spore, a sól na nim na tyle wyślizgana, że trzeba naprawdę uważać. Kierownik instruuje nas, by stawać na większych usypiskach, bo wtedy łatwiej się idzie i jest bezpieczniej.

Przed wejściem do szybu ponownie musimy wziąć z haczyka metalowy breloczek z numerkiem, który odwiesiliśmy na tablicę przed wejściem. Jak tłumaczą górnicy, są one bardzo istotne, ponieważ oznaczają osoby znajdujące się w kopalni. Przed każdym wybuchem sprawdzana jest tablica - na tej podstawie wiadomo, czy wszyscy górnicy opuścili podziemne korytarze. Co więcej, gdyby coś się stało, w przypadku jakiegokolwiek wypadku, na podstawie drugiej części breloczka, którą górnicy mają zawsze przy sobie, można rozpoznać pracownika.

Na powierzchnię również wracamy szybem „Michał”.- Szczęść Boże - ponownie mówią do siebie górnicy.

Jak sól dostaje się na powierzchnię?

Teren kopalni na powierzchni składa się z wielu budynków - mniejszych i większych, wyższych i niższych. W części z nich znajduje się dział przeróbki mechanicznej, po której oprowadza nas Michał Płachta, sztygar z działu przeróbki mechanicznej.

Prowadzi nas pod jeden z zielonych budynków, znad którego wystaje ogromny niebieski szyb.

- To jest szyb wydobywczy - „Barbara”. Ma dokładnie 830 metrów. Wciąga on na górę zasobnik, do którego jeszcze pod ziemią trafia sól. W szybie znajdują się dwa takie zasobniki. Jeden mieści około 12,5 tony soli. Pracują one na zmianę - gdy jeden jest zasypywany na dole, to z drugiego sól wysypywana jest u góry. Na powierzchnię wyjeżdżają naprzemiennie co ok. 3 minuty. Ale zależy to oczywiście od zapotrzebowania w danym momencie

- tłumaczy nam Michał Płachta.

Budynek pod szybem jest piętrowy. W środku znajdują się kręte drewniane schody, które prowadzą bezpośrednio do góry szybu. Przez cały obiekt ciągnie się długi taśmociąg, przy którym na poszczególnych piętrach stoją pracownicy. Tu, podobnie, jak pod ziemią, wszystko pokryte jest solą.

- Tymi taśmociągami z góry na dół transportowana jest sól. Tutaj jest ona przesiewana i kruszona - wyjaśnia sztygar.

Po drewnianych schodach przechodzimy na górę budynku. I wyżej, tym mniej miejsca. Na samym szczycie przestrzeń to małe, bardzo ciasne pomieszczenie, które wygląda raczej jak kabina. W środku spotykamy pana Zdzisława.

- Obsługuję całą sygnalizację szybu. Pracownik, który na jest na dole, pod ziemią i sypie sól do skipu, daje mi podwójny sygnał, gdy skip jest zasypany. Ja „odbijam” ten sygnał i idzie on do maszynisty, a maszynista wyciąga ten skip do góry

- opowiada Zdzisław Grzelak, rewident szybowy.

- To jest teoretycznie wszystko, co robię - śmieje się. - Ale to jest bardzo ważna rola. Muszę uważać, żeby szyb nie jechał zbyt szybko, bo wtedy sól znajdująca się w skipie nie tylko się wysypie, ale też zasypie pracowników przy urządzeniach przerabiających sól i cały szyb. Muszę to wszystko bacznie obserwować i kontrolować.

U rewidenta jesteśmy chwilę przed wjazdem kolejnego zasobnika. Pan Zdzisław specjalnie dla nas otwiera okno, przez które widzimy nadjeżdżający skip. - Musimy to zrobić szybko, bo zaraz się zapylimy - ostrzega.

Widzimy, jak wielki kontener zapełniony solą podjeżdża do góry. Słychać pisk maszyny. Skip się zatrzymuje. Nagle cały pojemnik obraca się wnętrzem w naszą stronę. Sól zsypuje się na specjalne taśmy. Mijają zaledwie sekundy i wszystko pokrywa się białym pyłem. Pan Zdzisław zamyka szybko okno i daje kolejny sygnał maszyniście. Skip jest pusty.

W całym budynku panuje duży hałas, który spowodowany jest pracą wciąż działającego taśmociągu i pozostałych urządzeń.

- Tu jest krucharka, która kruszy sól na bryły. W takiej formie trafiają one na przenośniki taśmowe i w zależności od przeznaczenia, w odpowiedniej formie, trafia ona do poszczególnych budynków

- wyjaśnia sztygar Michał.

Duże linie automatyczne, taśmociągi i roboty

Z tego powodu taśmociągi wychodzą z budynku z szybem na wszystkie strony. Stojąc na terenie zakładu produkcji można dostrzec, że tak naprawdę łączą one ze sobą większość hal.

Jednym z takich budynków jest tzw. brykietownia. To tu sól przerabiana jest m.in. na lizawki solne dla zwierząt. W tym miejscu jest zupełnie inaczej. Nie ma już sypiącej się dookoła soli, jest czysto, a całość pomieszczenia zajmują ogromne automatyczne linie.

Widzimy jak jedna z maszyn zajmuje się lizawkami solnymi. Produkty są już zaklejone i z etykietami. Robot układa na palecie kolejne kostki, jedna na drugiej i obok siebie. Łącznie znajduje się na niej 60 sztuk. Każdą z warstw układa na osobnej folii, którą wcześniej sam pobiera z innego miejsca. Moment, gdy przejeżdża nad taśmą z folią, wygląda jakby przelatywał w powietrzu, trzymając w małych robocich rączkach przezroczysty latawiec. To dosyć zabawne.

- Bardzo lubię tę pracę. Dla mnie ta technologia to jest najciekawsza sprawa. Linie automatyczne jednak wciągają człowieka. Kiedyś jak się takie rzeczy widziało w telewizji, to wydawało się, że to jakieś science-fiction, a tu mam z tym do czynienia na co dzień. To naprawdę fascynujące

- nie kryje pan Michał.

Lizawki na palecie przejeżdżają przez kolejne linie, aż w końcu gotowe są do zabrania. Przyjeżdża po nie operatora wózka widłowego, który przewozi palety do magazynu.

Wychodzimy z budynku. Oprócz brykietowni na terenie produkcji są również magazyny soli workowanej, jodowanej, kuchennej i wielu innych.

- Wszystko do wyboru, w zależności od upodobania

- śmieje się nasz przewodnik.

Przez kolejne kilkadziesiąt minut odwiedzamy poszczególne magazyny zakładu. Ich wnętrza w większości wyglądają tak samo - w każdym z nich stoją ogromne maszyny, tworzące wspólnie linie produkcyjne. Przy nich z kolei jest kilku do kilkudziesięciu pracowników, którzy nadzorują pracę tych urządzeń.

Na powierzchni pracują zarówno kobiety i mężczyźni. Jednak „ziemni” pracownicy zdecydowanie bardziej sprawiają wrażenie zabieganych. Przechodzą między poszczególnymi liniami, układają i przekładają worki, brykiety i paczki. Włączają przyciski i analizują dane na ekranach maszyn.

- W chwili obecnej na stanowiskach pracują 34 osoby. Ale ta liczba zależy od potrzeb produkcyjnych, od sprzedaży. Może być ich więcej, nawet ok. 50 osób na jednej zmianie

- wylicza sztygar.

Góra soli na środku budynku

Ostatni z oglądanych przez nas budynków robi na mnie największe wrażenie. To magazyn soli luzem. W ogromnej, niczym nie wypełnionej hali, widzimy olbrzymią białą górę, która zajmuje niemal całą przestrzeń budynku. Wygląda jak wielka śnieżna zaspa, która wciąż usypywana jest od góry.

To nic innego, jak sól. Właśnie do tego miejsca podjeżdżają tiry i ciężarówki, na które ładowarki załadowują luzem sól. W takiej luźnej formie najczęściej jest ona wykorzystywana do posypywania dróg zimą.

W kłodawskiej kopalni, oprócz soli drogowej produkuje się wspomnianą wcześniej sól dla zwierząt, ale także sól przemysłową, kąpielową czy spożywczą. Ale to nie wszystko. Wykonuje się tutaj także produkty do domu - są nimi przepiękne lampki solne. Większość z nich wykonywana jest właśnie z soli różowej, która po podświetleniu ma przepiękny pomarańczowy odcień.

Czy ta sól się kiedyś skończy?

Kłodawski wysad solny ma długość 26 km i osiąga maksymalną szerokość 2 km. Dziennie wybiera się stamtąd ok. 4,5 tys. ton soli. To największa kopalnia soli w Polsce.

W rozmowie z kierownikiem prac górniczych dowiadujemy się wielu zaskakujących rzeczy. Jedna z nich dotyczy sprzedawanej w internecie „soli sułtańskiej”. Jak mówi Grzegorz Bartłomiejczak, to nic innego jak kłodawska sól różowa.

Kolejna ciekawostka dotyczy z kolei kopalni w Wieliczce. Ta bowiem wydobycie zakończyło się już 1996 roku.

- W Wieliczce jest już tylko turystyka. Żeby było zabawniej, sól, którą można tam kupić, to właśnie sól kłodawska

- zaskakuje nas kierownik robót górniczych.

Zastanawia mnie, czy w takim razie kłodawskiej kopalni nie spotka podobny los, co Wieliczki. Jak długo jeszcze w Kłodawie będą wydobywać sól? Ile jej jeszcze zostało pod ziemią? Jak się okazuje, kopalnia posiada koncesję na wydobycie do 2052 roku.

- Jest tutaj jeszcze tyle soli, że spokojnie możemy przez te 30 lat to wydobycie prowadzić, w granicach ok. 700 tysięcy ton rocznie. Ale mamy też pewne rejony kopalni zostawione, w których nie prowadzimy na razie żadnych prac. One są na następną koncesję. Dlatego nawet po tym 2052 roku będą jeszcze złoża, które można eksploatować - wyjaśnia Grzegorz Bartłomiejczak.

- Wystarczy jej jeszcze dla potomnych.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 18,45 zł co 5 dni.

    już od
    18,45
    /5 dni
Nicole Młodziejewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.