Hańczowa. Szukając szczęścia

Czytaj dalej
Fot. Marcin Makówka
Maria Mazurek

Hańczowa. Szukając szczęścia

Maria Mazurek

Opowieść o szukaniu szczęścia. O tym, jak Warszawę i Kraków zamienić na Beskid Niski. Jak zarządzanie gazetami zamienić na rąbanie drewna, a przejmowanie się zwalnianiem ludzi - na przejmowanie się, czy dobrze doprawiło się zupę...

O tym, żeby rzucić pracę, miasto, dotychczasowe życie i wyprowadzić się gdzieś daleko na wieś, hen, najlepiej na koniec Polski, gdzie ma się święty spokój, a ser kupuje się od sąsiada, marzy wielu mieszczuchów. Marzenia realizuje garstka. Wśród nich Tomasz i Indira Lachowicz. Półtora roku temu on rzucił pracę (30 lat w mediach, w tym wiele na stanowisku redaktora naczelnego, między innymi „Super Expressu” i „Gazety Krakowskiej” też), ona nieco ograniczyła (jest trenerem oświatowym, jeździ po Polsce, nie pracuje codziennie) i założyli pensjonat w Hańczowej, gmina Uście Gorlickie.

Odwaga? - Tomasz chwilę się zastanawia. - Raczej brak odwagi. Do zmagania się ze zmieniającą się rzeczywistością, do szarpania się, dalszego życia na wysokich obrotach. W życiu człowieka jest taka faza, że wypada przeć do przodu, osiągać cele, zarabiać na dom, na dzieci. A potem dzieci, w liczbie dwóch, wylatują z gniazda i okazuje się, że w zasadzie to człowiek zarabia już głównie dlatego, że przyzwyczaił się do wydawania pieniędzy, kupowania niepotrzebnych rzeczy. Jak wyprowadzałem się z Krakowa, wyciągnąłem z szafy 50 koszul. I pomyślałem sobie: no i po cholerę mi 50 koszul? Teraz już ich nie używam. Inny świat.

Pierwszym krokiem do zmiany życia była dla Lachowiczów już przeprowadzka z Warszawy do Krakowa w 2007 roku. Inne miasto, inna energia, inni ludzie. Ale już wtedy po głowach chodziła im myśl o przeprowadzce na wieś. Wracali wieczorami do domu, siadali przy winie i godzinami rozmawiali o swoim wymarzonym domu na wsi. Gdzie będzie? Jak go urządzą? Wybudują obok winnicę?

- Taki pomysł dojrzałego małżeństwa - tłumaczy Tomek. - Małżeństwa z takim stażem jak my wiedzą już o sobie wszystko. Kiedy zaczyna im brakować nowych tematów, ich życie robi się smutne i byle jakie. My takiego losu uniknęliśmy, bo cały czas mieliśmy o czym rozmawiać, co planować, na co czekać.

Był jeszcze jeden powód, żeby „rzucić wszystko i wyjechać na wieś”: - Media przestały być moje. Przestałem odnajdywać się w tym, że gazety przenoszą się do internetu, że się tabloidyzują, choć sam je przecież tabloidyzowałem. Coraz mniej ekscytowało mnie już robienie gazety. Jeśli to jej 458. albo 1458. wydanie, co nowego można wymyślić? Poza tym jak zarządza się ludźmi - czytaj również zwalnia ludzi - człowiek zaczyna być gorszym człowiekiem. Mniej empatycznym, mniej współczującym, trochę gruboskórnym. Ja już tak nie chciałem. A gdybym wtedy tego nie zrobił, już pewnie bym nie zrobił. Niedługo kończę 60 lat.

Z dala od wszystkiego

Lachowiczowie dość szybko przeszli z etapu snucia luźnych opowieści przy winie do etapu - wprawdzie przemyślanej, dość ostrożnej i powolnej - realizacji tych marzeń. Znaleźli w Hańczowej stary dom (a w zasadzie pozostałości po domu). Taki położony pośrodku górskich pastwisk, na wysokości prawie 500 metrów (przez tę wysokość, za dużą nieco, nie bardzo mogą założyć wymarzoną winnicę, więc chyba skończy się na alpakach), do którego zimą najlepiej dojeżdżać autem z napędem na cztery koła. Z dala od uczęszczanych dróg, marketów, zgiełku i gwaru.

- Uwielbiam w Beskidzie Niskim to, że tu żyje się wolniej, ciszej, inaczej - tłumaczy Tomasz. - Tu nie ma jeszcze wielu turystów, komercji, chciwości. Z drugiej strony to miejsce wielokulturowe, gdzie obok siebie w zgodzie mieszkają Polacy i Łemkowie, gdzie stoją cerkwie i kościoły, miejsce również boleśnie doświadczone przez historię. I dzięki temu, jak sądzę, tak otwarte, tolerancyjne, gościnne. Miejscowi przyjęli nas życzliwie. Nie słyszę: „O, przyjechał pajac z Warszawy i uczy się rąbać drewno”. Wręcz przeciwnie, zawsze mogę liczyć na pomoc sąsiadów.

Zatem jak znaleźli ten dom, wiedzieli, że tu zamieszkają. Oszczędzali, by zainwestować w ten dom, odbudować go, a 100 metrów dalej, na nieogrodzonych łąkach - postawić banię. Żeby goście prosto z niej mogli wskoczyć do śniegu, a trzeba wiedzieć, śnieg jest tu wyjątkowo obfity.

Byli więc na tę przeprowadzkę i na tę zmianę, przygotowani. W każdym wymiarze - też finansowym. Mimo wszystko, śmieje się Tomasz, pierwszy miesiąc, kiedy pensja nie wpłynęła na konto, był dziwny. - Człowiek na moment traci poczucie bezpieczeństwa. A potem wyzwala się z tego. Ostatnio wyprałem swojego iPhone’a. Nie stać mnie na nowego. Myślisz, że mi go brakuje? Niespecjalnie - opowiada.

Burger z buraka

Pewnie nie brakuje, bo Tomasz ma: salon z wielkimi oknami na góry, pachnący kawą i pomarańczami; hamaki na ganku, z których podziwia, popijając wino, zachody słońca; salon wypełniony książkami, które wreszcie ma czas czytać i którymi może dzielić się z gośćmi; zaprzyjaźnione łanie, które podchodzą pod sam dom; kuchnię z chyba wszystkimi przyprawami świata

To ostatnie szczególnie ważne, bo Tomasz gotuje dla gości. O której chcą, co chcą. Na śniadanie np. jajka na różne sposoby, smalec z fasoli, humus, pastę z ziaren słonecznika, sery od sąsiada i świeże bułki. Jeśli chodzi o obiady i kolację, stara się dopasować. Są tradycjonaliści, którzy będą się cieszyć z kotleta, a są tacy, którzy chętniej zjedzą burgera z buraka. Dzieci w zasadzie najlepiej nakarmić pomidorową i rosołem, a jeśli chodzi o drugie, to nuggetsami, makaronem lub pizzą. Do tego przyrządzają tu tysiąc słoików przetworów na zimę, robią wędliny, kwaszą kapustę. Dla przykładu, plan na dziś: zakwasić sok z buraków, żeby był na barszcz - wkrótce przyjeżdżają goście.

- Po prostu lubię karmić gości, sprawiać im przyjemność - mówi. Nie, to nie znaczy wcale, że kulinarny talent Tomasz rozwijał latami, wracając nocami po dyżurach. Wszystkiego uczy się teraz: eksperymentuje, inspiruje się, dopytuje, połyka stosy kucharskich książek. I próbuje. Jak kupili piec do pieczenia pizzy, to przez tydzień uczyli się wieczorami wyrabiać ciasto, zanim podadzą to danie gościom. Aż od tego testowania Tomek waży kilka kilogramów więcej.

Z innymi umiejętnościami, które przydają się w prowadzeniu pensjonatu (i ogólnie w życiu na wsi) jest podobnie - Tomasz się uczy. Bo to życie w Hańczowej to też ciężka, tyle że fizycznie, praca: porąbać drewno, pomalować ściany w pokojach, ziemią się zająć, ogródek uprawiać, wyprać tony - dosłownie - pościeli i ręczników. Nie oszukujmy się: większość z takich czynności Tomasz kiedyś po prostu zlecał, płacił za nie, sam nigdy nie musiał się ich uczyć. - Przynajmniej przed sześćdziesiątką posiadam nowe umiejętności, nowe wyzwania. Fajne, że mogę liczyć na pomoc miejscowych. Jak mi sąsiad drwal pokazał, jak używać piły łańcuchowej, by sobie rąk nie obciąć, tak do tej pory jakoś obie posiadam - śmieje się.

Tropiciel włosów

Jedną z głównych czynności, które zajmują Tomasza w nowym życiu, jest też… tropienie kobiecych włosów. Mają zdolność do osiadania w przeróżnych kryjówkach, pojawiania się pod łóżkami, pod szafkami, na szafkach i w każdym możliwym miejscu.

A on jest perfekcjonistą. - Tu musi być nieskazitelna czystość. Łatwo taki standard zbudować, gdy dom jest nowy. Trudniej utrzymać. Żona mnie ostatnio pytała, dlaczego maluję ściany, skoro nie są jeszcze brudne. Odpowiedziałem, że nie chodzi o to, by nie były brudne, a by były perfekcyjnie czyste - opowiada Tomasz.

Bo ta czystość to jeden z dwóch głównych powodów, dlaczego ludzie wybierają takie, a nie inne miejsce. Drugi to „efekt wow”. - Ostatnio przyjechali goście, dałem im większy pokój, bo akurat był wolny, nagrzałem w kozie, puściłem muzykę, zapaliłem świeczki. To drobne gesty, które nie kosztują, a sprawiają, że goście wracają do nas jak starzy przyjaciele - opowiada.

No, jest może jeszcze trzeci powód: magia tego miejsca. Beskid Niski ma to do siebie, że czas płynie tu inaczej, a po dwóch dniach wraca się stąd wypoczętym, rozluźnionym, jak po dłuższych wakacjach.

- Yossarian, bohater „Paragrafu 22”, ulubionej książki mojej młodości, wydłużał sobie życie, uprawiając nudę. Ja nudy może nie uprawiam, ale uczę się żyć w innym rytmie - mówi Tomasz. - Skoro ostatnia stacja jest mniej więcej znana, to nie ma co biec. Ja już się w życiu nabiegałem.

Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej; odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Moją ulubioną formą jest wywiad, a tematyką: nauka, medycyna, życie społeczne. Jestem współautorką siedmiu książek, w tym czterech napisanych wspólnie z neurobiologiem, prof. Jerzym Vetulanim (m.in. "Neuroertyka" i "Sen Alicji"), kolejne powstały z informatykiem, prof. Ryszardem Tadeusiewiczem i psychiatrą, prof. Dominiką Dudek. Moją pasją jest łucznictwo konne, jestem właścicielką najfajniejszego konia na świecie.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.