Historia tarnowskiego rocka zaczęła się na długo przed Ziyo czy Totentanzem

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Łukasz Winczura

Historia tarnowskiego rocka zaczęła się na długo przed Ziyo czy Totentanzem

Łukasz Winczura

Krzysztof Borowiec żałuje, że w Tarnowie nie pamięta się o genialnym muzyku Kazimierzu Ożga. Artyści z tarnowskim rodowodem grali między innymi w Budce Suflera, Exodusie czy Maanamie.

Zacznijmy od zagadki. Kiedy po raz pierwszy usłyszano o kapeli z Tarnowa?

Wietrzę podstęp, więc odpowiem dyplomatycznie. Dawno.

W XVI wieku. Na ślubie Zygmunta Augusta grała orkiestra dworska hetmana Jana Tarnowskiego.

Pysznie, ale marynary tam chyba nie fruwały.

No, jeśli już, to raczej kontusze. A te marynary, to właśnie, od kiedy?

Trochę później niż w innych miastach, szczególnie tych z Wybrzeża, gdzie w 1958 roku powstał pierwszy zespół rock and rollowy w Polsce. W Tarnowie marynary zaczęły fruwać w połowie lat 60. Ale nieco wcześniej, bo w latach 50. w Tarnowie już działały zespoły rozrywkowe.

Gdzie grały?

Przy zakładowych domach kultury. Myślę przede wszystkim o dwóch zespołach. Pierwszy to grupa Kazimierza Ożgi, która występowała w kasynie obok Azotów. I drugi zespół rozrywkowy, który występował w domu kultury Zakładów Mechanicznych „Mariensztat”. To byli Niweltowie, którzy przyjęli nazwę od nazwiska lidera.

A tarnowskie mocne uderzenie? Kiedy wybrzmiało?

W połowie lat 60. Wtedy działał w Tarnowie zespół Filipy. I jednego jestem pewien. Gdyby grali oni na przykład w Warszawie, byliby formacją o znaczeniu ogólnopolskim. To byli tacy tarnowscy Czerwono-Czarni. Przez ten zespół przewinęło się wielu utalentowanych muzyków, na czele z wielokrotnie nagradzanym wokalistą, Markiem Kobielskim.

Późniejszym dyrektorem I Liceum Ogólnokształcącego?!

A wcześniej moim nauczycielem wychowania technicznego w III LO. Tak jest, tym samym. Nagradzano go na prestiżowych festiwalach makroregionalnych, na przykład w Rybniku czy Cieszynie.

Czyli Filipom brakło, mówiąc dzisiejszym językiem, menedżera?

A właśnie, że nie. Z Filipami współpracował na zasadzie szefa muzycznego, menedżera, legendarny dziennikarz radiowy z Rzeszowa Ryszard Ataman. To było w latach 1963-1964.

Ataman - ulubiony dziennikarz Wojciecha Manna.

Mann był jego fanem do tego stopnia, że namawiał nawet rodziców, na przeprowadzkę do Rzeszowa. A to z powodu muzyki, którą Ataman puszczał w swoich audycjach. I tenże dziennikarz troszczył się - mówiąc dzisiejszym językiem - o PR zespołu. Filipy mieli w miarę jednakowe stroje: białe koszule z wyhaftowaną literką „F”, bilety wizytowe z adresem skrzynki pocztowej i nawet własną papeterię, żeby odpisywać fankom i fanom.

Tarnowskie trio „Kefirki” śpiewało przed koncertem Rolling Stonesów w 1967 roku

Mieli gruppies?

Na pewno, skoro rokrocznie zdobywali laury najpopularniejszego zespołu bigbitowego w Tarnowie. Raczej na pewno głosami dziewcząt.

A gdzie wówczas chodziło się na koncerty?

W sumie, gdzie popadnie. Były wspomniane domy kultury. Ale jeden z najbardziej historycznych koncertów tych czasów odbył się... w hali produkcyjnej ZBACh na Azotach. To była bodaj wiosna 1965 roku. Przyjechał do nas kwartet Włocha Marino Mariniego. A że Marini z wykształcenia był inżynierem akustykiem, to jego koncerty brzmiały tak, że publice kapcie spadały. Do tego światła, no, sznyt Zachodu. A nasi bigbitowcy, między innymi Filipy, grali często na ręcznie robionych gitarach.

Stąd pewnie wzięła się nazwa szarpidruty?

Niewykluczone (śmiech).

Wracamy na tarnowską scenę rockową.

Ważnym, choć niezbyt długo istniejącym zespołem był projekt muzyczny Kazimierza Ożgi. W 1960 roku pojechał on do Wrocławia na amatorski przegląd. Wówczas jego kwartet jazzowy i śpiewająca z nim Zofia Boryczko zostali obsypani nagrodami, między innymi jako najlepszy zespół w Polsce i wokalistka. Ten festiwal przerodził się później w Jazz nad Odrą. Wówczas nie przyznano drugiej nagrody, były dwa trzecie miejsca.

A teraz Kazimierz Ożga w kontekście mocnego uderzenia.

Hyrni.

Jak?!

Hyrni. Na mój gust to pierwszy zespół mocnego uderzenia w Polsce, który łączył bigbit z folklorem ziem górskich.

Jak Brathanki czy Zakopower?

To dziś. A wówczas na przykład Skaldowie podobne propozycje prezentowali kilka lat po Hyrnych. Dlatego grupa Ożgi była pierwsza w naszym kraju.

Kazimierz Ożga przeszedł jednak do historii jako osoba znacząca w muzyce poważnej i jest niezwykle szanowany nie w Polsce, a w Norwegii.

Bo Kazimierz Ożga miał iskrę Bożą. W Tarnowie był znany też jako twórca muzyki rozrywkowej, tekściarz, konferansjer. Najwybitniejsza postać tarnowskiej estrady, muzyki rozrywkowej w kategorii „Człowiek Orkiestra”. Ale w sierpniu 1964 roku wyjechał z Polski do Norwegii.

Dostał bilet w jedną stronę?

Nie. PAGART wymyślił sobie wówczas taką sprawę, że najzdolniejszych naszych muzyków „eksportowano” przede wszystkim do Skandynawii. Oni tam grali w klubach, a PAGART kasował lwią część ich dochodów zarabianych w dewizach.

To chyba najbardziej zapomniany artysta w Tarnowie? Bardziej znany jest jego brat Jan, ale ze względu na tradycje piekarskie.

Ze względu na wagę dokonań, Kazimierz jest rzeczywiście w Tarnowie niedoceniany czy zapomniany. I jest mi z tego powodu bardzo przykro. Ale tak przy okazji Janek Ożga to bardzo dobry perkusista, który bębnił w różnych miejscach w Europie.

Za co w Norwegii jednak doceniono Kazimierza Ożgę?

Po kolei. Tu trzeba powiedzieć o wielkiej przemianie artystycznej Kazimierza Ożgi. Najpierw w daleko wysuniętym na północ Trumso z grupą muzyków, również z Polski, grał muzykę rozrywkową. Ale jego życie artystyczne się zmieniło, gdy przeczytał ogłoszenie, że Opera i Balet Narodowy w Oslo poszukuje muzyka czy akompaniatora. Z czasem doszedł do roli kogoś rodzaju kapelmistrza.

Mówiono o nim ”człowiek renesansu”.

I słusznie. Rysował też piórkiem, portretując swoich kolegów z baletu czy opery, tłumaczył literaturę polską na język norweski, napisał musical „Punko”, który wystawiano na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni. I teraz dowód na wielki szacunek, którym się cieszył u Norwegów. Pod koniec lat 70 i w czasie stanu wojennego Ożga organizował olbrzymie charytatywne koncerty dla dzieci w Polsce. Wystawiał „Halkę” Moniuszki. A artyści norwescy w hołdzie dla jego osoby nauczyli się śpiewać arie po polsku. Zmarł w 1982 roku i ku uczczeniu jego pamięci w jeden z foteli wmontowano wizytówkę z jego nazwiskiem. Myślę, że dla pokolenia 60, a nawet 70 plus to postać kultowa.

Kto z rodzimych artystów wybił się ponad Tarnów?

Na arenie ogólnopolskiej zaistniało kilka zespołów. Szczególnie w latach 70. To choćby zespół Leliwa, w którym grali bracia Gostkowie. Tam swoje pierwsze kroki stawiali utalentowani wokaliści, jak Marek Niedzielko i Bronisław Kornaus, który śpiewał wczesnej u schyłku działalności Filipów.

Ale bardziej znamy ich z kariery, którą zrobili w popularnym zespole Partita.

Tak, tworzyli trzon tego jednego z najbardziej popularnych zespołów wokalnych damsko-męskich w Polsce. Z kolei Niedzielko wszedł do innego projektu Janusza Gostka, czyli zespołu Va Banque, gdzie teksty pisał Krzysztof Nowak.

Znany skądinąd tarnowski dziennikarz.

Ale przy okazji niezwykle utalentowany tekściarz, który pisał dla wielu innych znanych artystów w Polsce, jak choćby dla Magdy Umer. A Va Banque za piosenkę „Święto błaznów”, którą napisali Gostek i Nowak, zdobył nagrodę na festiwalu w Opolu w kategorii debiutów. Kolejny zespół, o którym pisało się w Polsce jako o bardzo utalentowanej kapeli to Bałtowie.

Bałtowie w Tarnowie?!

Skoro był już zespół Wiślanie i Polanie, wolni zostali tylko Bałtowie (śmiech). To początek lat 70. Prowadził ich Roman Stępień. I oni ściągnęli do siebie człowieka, który całe życie chciał bębnić, choć wcześniej był świetnym tenisistą. Był nim Tomasz Zeliszewski, od 1976 roku rozwijający swoje skrzydła w Budce Suflera. Ale swoje pierwsze nagrody jako perkusista zdobywał właśnie w Bałtach.

Która tarnowska grupa jest dla pana najbardziej zapomniana?

Sekta Fzchut.

O Boże, co za nazwa...

Ale jaka aluzyjna, jak kpiąca z ówczesnej polityki. Mistrzostwo świata. To dla mnie osobiście legenda polskiego undergroundu. Sektę Fzchut stworzyli bracia Kwiekowie. Śpiewali piosenki ludowe na rockową nutę. Coś w rodzaju Hyrnych. Każdy koncert zaczynali od czytania wycinków z gazet. Koncertowali w pomalowanej na czarno sali, gdzie dekorację stanowiła namalowana czaszka z połową kobiecej twarzy i płonącym krzyżem w tle. Na głośnikach ustawione koguty milicyjne. A mówimy o przecież latach 70.

Co na to cenzura?

Nic, może cenzor był mało ogarnięty. Ale faktem jest, że braci Kwieków w ich mieszkaniu przy ul. Wałowej kilka razy odwiedzali „smutni panowie”.

I na koniec - wisienka na torcie. To prawda, że artystki z Tarnowa występowały przed Rolling Stonesami w 1967 roku?

Prawda. Mówimy o siostrach Śmietanównych, które jako trio, pod nazwą Kefirki, śpiewały z zespołem Czerwono Czarni. A ta właśnie kapela rozgrzewała publikę w warszawskiej Sali Kongresowej przed Stonesami.

Łukasz Winczura

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

mknapik

ależ dyletanctwo...lata 70-te to nie prehistoria i działali wspaniali owszem ale bracia GOZDEK (co najmniej trzech) a ich zespół Va Banque to była najwyższa klasa i jego piosenki ( w ilości co najmniej na jedną dobrą płytę) znamy i nucimy do dzisiaj

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.