Maria Mazurek

Jak zmienia się mózg i umysł na starość? Opowiada psychiatra [fragment książki]

Jak zmienia się mózg i umysł na starość? Opowiada psychiatra [fragment książki]
Maria Mazurek

O tym, jak zmienia się mózg i psychika osób starszych opowiada prof. Dominika Dudek, psychiatra. To fragment książki „Nie tylko mózg. Opowieść psychiatry o ludzkim umyśle” Dominiki Dudek i Marii Mazurek, wyd. Mando, 2020.

Kiedy zaczyna się starość?

W „Lalce” Prusa pada określenie: 50-letni starzec. Dzisiaj roboczo przyjmuje się, że starość zaczyna się w 65. roku życia. Tyle że mam znajomych 80-latków, o których trudno powiedzieć, że są starcami. Żyją na pełnych obrotach, cieszą się z każdego dnia, nie zwalniają tempa. Zmieniamy się całe życie, od poczęcia do śmierci. Proces starzenia to nie jest zatem jakiś konkretny punkt w historii życia człowieka, gdzie zaczynają bić dzwony.

Czy na starość ludzie stają się trudni do współżycia?

Jeśli ktoś przez całe życie był zgorzkniałym, sfrustrowanym człowiekiem, to na starość też taki będzie. A w zasadzie będzie jeszcze gorszy, bo starość poniekąd uwypukla nasze wady. Poza tym u starszych ludzi pojawiają się czasem takie cechy, jak sztywność myślenia, konserwatyzm, wrogi stosunek do współczesności. Seniorzy często krytykują młodych. To w istocie mechanizm obronny; ma przywracać poczucie wartości tego starszego człowieka spychanego na margines życia. Może pojawić się u seniorów autorytarność, która daje złudzenie mocy. Starcy potrafią być w męczący sposób gadatliwi; jak już cię dorwą, będą mówili bez końca.

To się bierze z samotności?

Tak. W osobach starszych może irytować jeszcze to, że „chodzą po lekarzach”. I im nie chodzi tylko o to, żeby się badać, ale głównie o to, że w przychodni spotkają znajomych, pogadają, a lekarz przynajmniej na chwilę się nimi zainteresuje. To, co my nazywamy starczą hipochondrią, jest czasami wołaniem o zainteresowanie otoczenia. Pamiętam pacjenta, który kilka lat po przejściu na emeryturę (a zajmował kierownicze stanowisko) zaczął „chodzić po doktorach”. Nie było dnia, żeby nie poszedł do jakiegoś specjalisty. A to serce go bolało, a to chrypkę miał. Rodzina miała dosyć. Sytuacja rozwiązała się, gdy któreś z jego dzieci zaczęło budować dom i zaangażowało go do nadzoru, bo on był inżynierem. Senior ustawiał robotników od rana do wieczora i nagle wszystkie dolegliwości mu minęły.

Starość wiąże się też z większym ryzykiem chorób psychicznych, prawda?

To uogólnienie. Wiele chorób psychicznych - schizofrenia czy choroba dwubiegunowa - zazwyczaj zaczyna się w młodym wieku. Jednak niewątpliwie w okresie senioralnym dość często występują zaburzenia psychiczne.

Głównie otępienie?

Tak by się pozornie wydawało - ale dwukrotnie częściej ludzi starszych dotykają zaburzenia depresyjne. Po części to wynik samego procesu starzenia się mózgu. Druga sprawa: osoby starsze cierpią na choroby przewlekłe i w sposób przewlekły są leczone. To nie pozostaje bez wpływu na psychikę. Najbardziej typowym przykładem są somatogenne zaburzenia majaczeniowe. Zdarzają się dość często u osób po operacjach; pojawiają się zaburzenia świadomości, pobudzenie, halucynacje. Bywa, że chory próbuje uciekać, przeżywa lęk, że na przykład pielęgniarka chce go zabić albo że łażą po nim robaki. Poza tym niektóre schorzenia somatyczne wywołują zaburzenia psychiczne. Świetnym przykładem jest niedoczynność tarczycy, łącząca się z dużym spadkiem nastroju i mogąca dawać objawy quasi-depresyjne. Same leki stosowane w chorobach somatycznych też mogą wywoływać zaburzenia psychiczne, na przykład interferon przyjmowany w zapaleniu wątroby lub cytostatyki w chorobach onkologicznych. Do tego dochodzi reakcja psychiczna: na ból, na niepewność diagnozy, na to, że musimy być zależni od innych, że boimy się śmierci i tak dalej. Ze starzeniem się wiążą się też problemy społeczne.

Temat rzeka.

Starość to w zasadzie ciągłość utrat. Czas przeżywania wiecznej żałoby po kimś lub po czymś. Człowiek traci zdrowie, sprawność psychiczną. Nawet zostawmy poważne choroby, onkologiczne i tak dalej, a skupmy się na drobnych dolegliwościach: gorzej się widzi, gorzej słyszy, nogi bolą, pojawia się problem nietrzymania moczu. Niby każda z tych dolegliwości nie jest niczym groźnym, no cóż, nie umiera się na to. Jeśli jednak ktoś gorzej widzi, to się męczy, bo nie może czytać, a całe życie kochał to robić. Ktoś gorzej słyszy - czuje się niezręcznie w sytuacjach towarzyskich, bo nie dosłyszy i palnie głupstwo wyrwane z kontekstu. Kogoś bolą nogi i musi poprosić innych, żeby przynieśli mu zakupy. Kumulują się więc różne problemy zdrowotne, które odbierają człowiekowi autonomię. Traci on przy tym swoją atrakcyjność fizyczną.

To szczególnie bolesne dla kobiet?

Zależy, jak patrzeć. Jest taki kawał: kobieta w wieku postmenopauzalnym staje przed lustrem i zauważa: tu fałda tłuszczu, tam fałda tłuszczu, piersi zwisają, wszędzie zmarszczki. Obraca się do tyłu, gdzie na łóżku śpi jej mąż, i mówi: a dobrze ci tak, stary dziadu. A tak serio - utrata atrakcyjności fizycznej jest bolesna. Szczególnie że żyjemy w czasach, kiedy wygląd jest bardzo ważny. Jesteśmy zalewani reklamami kremów na wieczną młodość, które oczywiście nie działają.

Paradoks, że produkty dla seniorów reklamują ludzie maksymalnie 50-letni.

To nie jest budujące dla kogoś, kto traci atrakcyjność fizyczną. Kolejna sprawa: przejście na emeryturę. Za tym, po pierwsze, idzie pogorszenie się sytuacji finansowej. Ale wcale nie to jest najbardziej bolesne. Człowiek najpierw całe życie wyobraża sobie: o, emerytura to takie długie wakacje, wreszcie sobie odpocznę. A potem, jak już przychodzi ten dzień, uzmysławia sobie, że to już na zawsze i zazwyczaj przestaje się cieszyć. Przecież praca zawodowa to nie tylko sama robota, ale też spotykanie kolegów, normalne życie społeczne, a czasem też - prestiż, władza. Utratę aktywności zawodowej lepiej znoszą kobiety, bo zwykle są przyzwyczajone do życia na kilku etatach: pracują, ale też zajmują się domem, dziećmi. Czyli obszar zawodowy nie wypełnia ich życia w stu procentach. Kobiety na emeryturze zazwyczaj znajdują jakąś pasję, zajęcie.

Kobiety chyba lepiej radzą sobie też z owdowieniem?

Kobiety w ogóle częściej zostają wdowami, bo żyją statycznie dłużej, a i częściej są młodsze od mężów. Tak, wydaje się, że radzą sobie lepiej. Co więcej, czasem po śmierci mężczyzny wręcz ożywają. Ale wracając do głównego wątku: starsza osoba często czuje się niepotrzebna, zdaje sobie sprawę z obniżenia swojej wartości społecznej. Starcy już nie uchodzą za mędrców, z którymi liczy się społeczeństwo; raczej są spychani na margines tego społeczeństwa. I to znów rodzi samotność.

Samotność ciągle nam się przewija w tej rozmowie.

Samotność jest najcięższą chorobą wieku starczego. I matką wszystkich innych problemów. Pamiętam pacjenta, starszego pana, który zresztą dożył setki. Mieszkał sam, był do końca sprawny intelektualnie, fizycznie też sobie radził, ale miał nocne lęki: budził się z kołataniem serca, przerażony, że coś mu się stanie. Bał się ponownie zasnąć. Miał jakieś dość banalne problemy kardiologiczne, więc czasem trafiał do szpitala na kilka dni. I za każdym razem, gdy spał na oddziale, lęk i bezsenność znikały. Wracały, jak był sam.

A spotykasz się ze starszymi pacjentami, którzy nie dość, że są pogodzeni ze śmiercią, to na nią czekają? Mówią: ja już chcę umrzeć?

Pamiętam pacjenta sprzed wielu lat; trafił do nas na obserwację po próbie samobójczej. Nie stwierdziliśmy żadnych zaburzeń psychicznych. Nie miał depresji. Nie miał psychozy. Za to bardzo racjonalnie tłumaczył, że już skończył pracę zawodową, owdowiał, jeszcze jest sprawny, ale zdaje sobie sprawę, że będzie coraz bardziej niedomagał. Mówił, że wszystkie sprawy pozałatwiał, jedynego syna zabezpieczył i że nie chce być dla niego ciężarem; chce odejść na swoich warunkach, godnie, a nie czekać, aż zacznie grzybieć.

Jak to się skończyło?

Zadzwoniliśmy po syna, on przyjechał po pacjenta. Co było potem, nie wiem. Ta historia zapadła mi w pamięć również dlatego, że jest pewnym wyjątkiem. To, o co pytasz - czy ludzie czasem po prostu chcą już umrzeć i nie jest to skutek choroby psychicznej - zdarza się rzadko. Instynkt życia jest bardzo silny, większość ludzi kurczowo trzyma się życia. Często niby mówią: no tak, przecież mam 90 lat, wiem, że już niedługo umrę. Ale to nie znaczy, że są w pełni świadomi zbliżającej się śmierci i że się na nią godzą.
Skróty pochodzą od redakcji.

Maria Mazurek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.