Dominika Cicha

Jedynkę stawia się łatwo. W dzienniku szkolnym zajmuje bardzo mało miejsca

Jedynkę stawia się łatwo. W dzienniku szkolnym zajmuje bardzo mało miejsca
Dominika Cicha

Ma tysiąc pomysłów na minutę. Oto Remigiusz Pacyna, młody geograf z krakowskiego gimnazjum nr 43, który współrzędne geograficzne pokazuje uczniom na… arbuzach

Zawsze marzył Pan o szkole?

Najpierw chciałem być księdzem. Taki to ma dobrze, myślałem - mówi, a wszyscy go słuchają (śmiech). A że lubię mówić, szukałem sobie słuchaczy. I tak trafiłem do szkoły. Już w podstawówce miałem swój własny dziennik, wpisywałem oceny i tematy lekcji. Pani nauczycielka była wtedy dla mnie największym autorytetem, chciałem być taki, jak ona.

Nie mógł Pan znaleźć sobie wdzięczniejszej pasji?

Nie kręci mnie dłubanie przy samochodach czy innych urządzeniach. Lubię gadać z ludźmi, wymieniać poglądy, doświadczenia. Największym sukcesem jest dla mnie zaciekawienie młodego człowieka, rozbudzenie w nim pasji. Nie wmawiam uczniom, że geografia, której uczę, jest najważniejsza. Chcę im pokazać kawałek świata, a przede wszystkim rozpalić w nich chęć do poznania tego, co ich naprawdę interesuje i do pracy nad samym sobą.

Jak nauczyciel, niewiele starszy od swoich uczniów, traktuje ich. Jak kolega?

Najważniejsza dla nauczyciela, a szczególnie młodego, jest pierwsza lekcja w danej klasie. To na niej budujemy swój autorytet. Jeśli pokażę wtedy uczniom, że do klasy wszedł nieco starszy kolega, to tak już zostanie. Dlatego na początku staram się stwarzać pozory poważnego i srogiego. Ale z biegiem czasu poznaję swoich uczniów i wiem, w której klasie na ile mogę sobie pozwolić.

Kieruje się Pan konkretnymi zasadami?

Uczę ludzi, a nie przedmiotu. Staram się zrozumieć uczniów. Jest mi o tyle łatwiej, że nie zapomniałem jeszcze, jak to było siedzieć po drugiej stronie biurka. Dziś rola nauczyciela jest inna. Kiedyś tę relację określano mianem mistrz - uczeń. To nauczyciel był skarbnicą wiedzy dla swoich uczniów i prowadził ich przez świat swojej dyscypliny. Ja staram się być dla gimnazjalistów raczej przewodnikiem po geograficznym świecie.

Bo nastolatki nie szukają już w nauczycielach autorytetu?

Młodzi ludzie mają tyle możliwości dotarcia do wiedzy, że nie potrzebują mędrca, który im to wszystko powie. Sami potrafią wyszukać w internecie potrzebne informacje. Zadaniem współczesnego nauczyciela jest wykorzystać ich entuzjazm, wskazać, które informacje są wartościowe, gdzie ich szukać i jak na tej podstawie budować wiedzę o współczesnym świecie.

Młodzi chcą się dziś uczyć, czy trzeba ich zmuszać?

Podchodzą do nauki z dystansem. Często na lekcji słyszałem: „ale po co nam to potrzebne? Przecież wszystko jest w googlach”. Ale zdarzają się i tacy, którzy bardzo chętnie, bez dodatkowych „bodźców”, zdobywają wiedzę. Dużo zależy od rodziców i ich podejścia do procesu edukacji. Jeśli dziecko wzrasta w warunkach, gdzie naukę darzy się szacunkiem, kształtuje swoją osobowość, rodzi się w nim wewnętrzna motywacja do nauki. Niestety, większość z nich potrzebuje bodźców zewnętrznych i jeśli one wypływają z domu, to chwała Bogu!

Na rodzica nie zawsze można liczyć?

To rodzic przede wszystkim powinien wzbudzić u dziecka pasję do zdobywania wiedzy. Nauczyciel przeprowadza dziecko przez świat pewnej dziedziny wiedzy. Na tej płaszczyźnie potrzebna jest współpraca, której często niestety brakuje. Na nauczyciela zrzuca się cały trud edukacji, a niekiedy i wychowania dziecka. Gdy ono sobie nie radzi, winę ponosi nauczyciel. Często doświadczamy roszczeniowych postaw rodziców. A żeby osiągnąć efekty, potrzebujemy współpracy.

W tym zawodzie do białej gorączki doprowadza mnie papierologia: plany, sprawozdania, analizy, opinie. To zabiera wiele energii

Uczniowie zaskakują?

W III klasie gimnazjum prowadziłem lekcję o klimacie Polski. Z racji, że podstawy na temat klimatu są realizowane w klasie pierwszej, poprosiłem uczniów, by zdefiniowali to pojęcie. Jeden uczeń wstaje i mówi: „Klimat, proszę pana, to jest wtedy, kiedy jest półmrok, pyszna kolacja i świece, a przy stole siedzi on i ona. To jest klimat!” (śmiech).

Nie ma problemu z telefonami na lekcjach?

To zmora każdej szkoły i każdego nauczyciela. Uczniowie już tego nie kontrolują. Używają telefonów wszędzie i kiedy im się podoba. Ciężko nad tym zapanować. Jeśli uczeń zaczyna się nudzić na lekcji, odruchowo sięga po smartfona. Zakazy, nakazy nic nie dają. Ale trudno im się dziwić! Młodzi wyrośli ze społeczeństwa informacyjnego. Pierwsze, co trzymali w rączkach po smoczku, to „elektroniczna niańka”.

Więc?

Często mówię do swoich uczniów, kiedy przerażonymi oczami patrzą na mnie, bo czegoś nie wiedzą: Po co wy macie te telefony? Wyciągać i szukać odpowiedzi. W dobie społeczeństwa informacyjnego nie możemy zakazywać korzystania z nowoczesnych technologii. Powinniśmy tylko wskazywać ich właściwe przeznaczenie.

Robicie z telefonów jeszcze jakiś użytek?

Wykorzystujemy je na przykład, gdy idziemy w teren. Pokazuję uczniom, że to, o czym się uczyliśmy na lekcji, mogą wykorzystać w praktyce. Co? GPS! Nie wszyscy wiedzą, jak z niego korzystać. Wielu nauczycieli powie, że jak pokażemy dzieciom nawigację w komórkach, to nie będą potem chciały uczyć się tradycyjnych metod lokalizacji w terenie. A to nieprawda. My, nauczyciele, często zaczynamy od tych tradycyjnych metod, a kończymy na nowoczesnych, co na starcie demotywuje ucznia. A jakby zacząć od GPS-a w telefonie, a później zapytać: A co gdy rozładuje ci się bateria? Jak się zlokalizujesz? Wówczas mamy idealny wstęp do lekcji o współrzędnych geograficznych i tradycyjnych metodach.

Czym może uczniów zaskoczyć geograf?

Moim autorskim pomysłem jest tłumaczenie współrzędnych geograficznych na arbuzach. Najpierw rysuję siatkę geograficzną, oznaczam kąty, później je wycinam i wspólnie z uczniami tworzymy definicję długości i szerokości geograficznej. A na koniec - uczta, pomoce dydaktyczne trzeba zjeść!

Czego młodzież nie lubi u nauczycieli?

Biadolenia! „Drogie dzieci nie róbcie tak, bo nie wypada, nie przystoi”. Młodzi są bezpośredni i tego oczekują też od nas.

Jest coś, co doprowadza Pana w tym zawodzie do białej gorączki?

Papierologia! Gdy podjąłem swoją pierwszą pracę na czwartym roku studiów, w podstawówce, gdzie uczyłem przyrody, zasypano mnie na początek stertą papierów. Wbrew pozorom nie były to prace moich uczniów, ale ogrom administracyjnej roboty. Plany, analizy, sprawozdania, opinie i wiele, wiele innych rzeczy, przez które musi przebrnąć każdy nauczyciel. Ta mozolna praca zabiera nam wiele czasu i energii.

Łatwo się stawia jedynki?

Bardzo! Zajmują najmniej miejsca w dzienniku. Ale tak naprawdę mam w głowie myśl, że stawiając jedynkę uczniowi, stawiam ją samemu sobie. Bo może nie potrafiłem kogoś nauczyć?

Jaka jest recepta na to, by się z młodzieżą dogadać?

Zbyt często bagatelizujemy problemy młodych. Często słyszą „co ty, dziecko, możesz mieć za problemy”. Wbrew pozorom każdy ma. Warto zatrzymać się nad nastolatkiem, wysłuchać go, doradzić, ale nie dawać gotowej recepty. Musimy zmusić młodych do refleksji nad swoim postępowaniem, dać im do myślenia, a nie działać za nich.

Bierze Pan przykład ze swoich nauczycieli?

Dziś widzę, że jestem podobny do mojej nauczycielki geografii z liceum. To była pasjonatka, która zawsze miała w swojej torbie kartkę z najnowszymi doniesieniami ze świata. Nigdy nie było wiadomo, z czym dziś „wyskoczy”. Taki powinien być geograf! Na jednej z rozmów o pracę usłyszałem od dyrektora, że mam chyba ADHD. Czy nie taki powinien być właśnie nauczyciel geografii? Jak można poznawać świat nie będąc aktywnym człowiekiem, nie mając stu pomysłów na minutę. Geograf to taki „pozytywny wariat”.

Dominika Cicha

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.