Jest ucho, bo są magiczne ręce chirurga

Czytaj dalej
Fot. Marcin Makówka
K. Janiszewska, K. Kojzar

Jest ucho, bo są magiczne ręce chirurga

K. Janiszewska, K. Kojzar

Pionierska operacja w Szpitalu im. L. Rydygiera: lekarze stworzyli pacjentowi ucho, którego nie miał. 15-latek urodził się bez małżowiny i bez przewodu słuchowego wewnętrznego. Teraz będzie słyszał.

Mikrocja. W dosłownym tłumaczeniu oznacza: małe ucho. Jest wadą wrodzoną polegającą na nieprawidłowym wykształceniu małżowiny usznej. Dwukrotnie częściej dotyka chłopców i dwukrotnie częściej występuje po prawej stronie. 15-latek z Krakowa był więc pod tym względem modelowym przypadkiem.

Ostatnia deska ratunku

Poniedziałek po południu. Na sali operacyjnej Szpitala im. L. Rydygiera od kilku godzin trwa skomplikowany zabieg. Pionierski. Pierwszy taki w całej Polsce. Po lekarzach nie widać zmęczenia. Czasem dla rozluźnienia ktoś powie coś o rodzinie, o planach na weekend.

W tle rozbrzmiewa muzyka Queen. Piosenka „We are the champion” idealnie pasuje do okoliczności. Słychać też miarowe, jednostajne pikanie: pik, pik, pik, odmierzające rytm serca pacjenta.

Jasny snop światła oświetla głowę młodego chłopaka. Reszta sali pozostaje w półmroku.

Przy stole operacyjnym znana mikrochirurg dr Anna Chrapusta i laryngolog Piotr Łach pracują w skupieniu. Rekonstruują ucho, którego wcześniej nie było. Przed nimi w taki sposób nikt tego jeszcze nie robił.

- Ta operacja to ostatnia deska ratunku dla naszego pacjenta - mówi dr Anna Chrapusta, ordynator oddziału chirurgii plastycznej i rekonstrukcyjnej Szpitala im. Rydygiera. - Wcześniej był już trzykrotnie operowany. Ale żaden z zabiegów nie zakończył się sukcesem. Pobrana z żebra chrząstka, na podstawie której odtwarzano ucho, z czasem się wchłonęła.

Tym razem lekarze postanowili więc zastosować inną metodę. Ale po kolei.

Jest ucho, bo są magiczne ręce chirurga
Marcin Makówka

Rekonstrukcja

Piętnastolatek urodził się bez małżowiny usznej i bez przewodu słuchowego. Nie słyszał na jedno ucho, bo było zarośnięt kością. To bardzo rzadka wada, która utrudnia życie.

- Pacjent, jako że słyszy tylko z jednej strony, ma problem ze zrozumieniem mowy czy rozpoznaniem kierunku, z którego dochodzi dźwiek - tłumaczy dr Piotr Łach, ordynator oddziału laryngologii, który razem z ekipą dr Chrapusty przeprowadzał tę innowacyjną operację.

Najpierw trzeba było odtworzyć wewnętrzny przewód słuchowy: otworzyć i „uporządkować” jamę bębenkową, a także odtworzyć błonę.

Następnie pałeczkę przejęli mikrochirurdzy, którzy musieli stworzyć ucho zewnętrzne.

Tym razem jednak nie użyto chrząstki pobranej z żebra, ale polietylenowego szkieletu małżowiny usznej. Pokryto go unerwionym płatem pobranym z okolicy skroniowej. A na to nałożono przeszczep skóry.

- Płat będzie przerastał konstrukcję, dzięki czemu organizm nie potraktuje ucha jako ciała obcego i go nie odrzuci - tłumaczy dr Chrapusta.

Jest ucho, bo są magiczne ręce chirurga
Marcin Makówka

Całkiem nowe ucho

Największą trudność podczas zabiegu stanowił fakt, że pacjent był już wcześniej operowany.

Pani mikrochirurg musiała usunąć cząstki chrząstek, które się wchłonęły. Masę czasu straciła na odseparowanie tkanki od blizn, jakie pozostały po poprzednich zabiegach.

- Gdyby to było „dziewicze” ucho, operacja mogłaby się skończyć nawet pięć godzin wcześniej - szacuje dr Anna Chrapusta.

Ostatecznie zabieg trwał 11 godzin. Zakończył się w poniedziałek, dokładnie o godz. 20.30.

Lekarze oceniają, że pacjent jest w bardzo dobrej formie. Widział już swoje nowe ucho na zdjęciu. I bardzo mu się podobało, choć jeszcze wystają z niego szwy.

- Kiedy się zagoi, będzie zdecydowanie ładniejsze - mówi dr Chrapusta. - Może nie będzie słyszał idealnie, ale to i tak poprawi komfort jego życia.

Zaś dr Łach dodaje: - Zwykle tego typu wady leczyliśmy w kilku etapach. Pierwszy raz udało się zrobić to podczas jednego zabiegu i zgrać tworzenie ucha wewnętrznego z jednoczesnym zrekonstruowaniem małżowiny usznej.

Na razie ucha nie widać, bo jest przykryte opatrunkiem pod ciśnieniem. Ssanie sprawia, że płat ściśle przylega do polietylenowego szkieletu. Na ostateczne efekty trzeba jeszcze poczekać. Proces gojenia się ran potrwa około pięciu tygodni. Ale lekarze są dobrej myśli. Wierzą, że operacja zakończy się sukcesem.

- To pierwszy taki zabieg, więc trochę niepewności jest - przyznaje dr Chrapusta. - Nie mamy w tym zakresie doświadczenia. Ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w przyszłości chcielibyśmy wykonywać 20 takich operacji rocznie.

K. Janiszewska, K. Kojzar

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.