Jestem kobietą z pazurem

Czytaj dalej
Fot. Halina Gajda
Halina Gajda

Jestem kobietą z pazurem

Halina Gajda

Nadkomisarz Dorota Tokarz, zastępca komendanta powiatowego policji w Gorlicach opowiada o powodach wstąpienia do służby. - Już od dziecka zamiast lalek wolałam żołnierzyki i pistolety - mówi wprost.

Gdy przyszła Pani do Gorlic, do komendy kierowanej do tej pory tylko przez mężczyzn, nie słyszała za plecami: matko, to teraz baba będzie nami rządziła!?

Nie. (śmiech) W pracy, bez względu, gdzie to było, zawsze stawiałam na dobre kontakty z ludźmi, które opierają się na zaufaniu i wzajemnym szacunku. Zresztą, zazwyczaj pracowałam w męskim gronie i panowie nigdy nie mieli z tym problemu.

Jest Pani jedyna w Małopolsce…

I pewnie dlatego wszyscy przyglądają mi się nieco uważniej niż panom sprawującym te same funkcje. (śmiech) Kobieta, która decyduje się na pracę w policji, musi być odważna, profesjonalna w każdym calu i pewna siebie, by mężczyźni dostrzegli w niej partnera, nie tylko kobietę.

Chodzi po prostu o złamanie stereotypów. I jeszcze musi być elastyczna, by umiejętnie łączyć pracę i obowiązki rodzinne.

Skąd taki wybór drogi zawodowej? Była pani może szefem jakiejś dziecięcej „bandy”?

Coś w tym jest, bo rzeczywiście, gdy tylko bawiliśmy się na podwórku w „policjantów i złodziei” to zawsze byłam policjantem.

Poza tym, bardziej ciągnęło mnie do pistoletów, samochodzików i żołnierzyków niż do lalek. Notabene, żadnej nie miałam. Z zabawek, które można by uznać za dziewczęce, był tylko płaczący miś.

Ma Pani brata? Pytam, bo może te militarne inklinacje wynikały z jego zainteresowań.

Owszem, mam brata, ale młodszego, więc z inspiracjami mogłoby być odwrotnie, a mnie zawsze ciągnęło do munduru. Jako mała dziewczynka budowałam na podłodze skrzyżowania, ustawiałam autka, a sama stawałam pośrodku jako kierująca „ruchem”.

Nadkomisarz Dorota Tokarz pracuje w gorlickiej komendzie od września minionego roku
Halina Gajda Nadkomisarz Dorota Tokarz pracuje w gorlickiej komendzie od września minionego roku

Policjantka jawiła mi się jako kobieta inteligentna, która potrafi sobie świetnie sama radzić, sprawna fizycznie. Taka baba z pazurem, która umie obchodzić się z bronią.

Jako kilkulatce wydawało mi się to mało realne, ale już jako nastolatka wiedziałam, że wyobrażenia można urzeczywistnić.

Naturalnie, po szkole pierwsze kroki skierowała Pani do komendy…

Nie tylko kroki, ale i podanie o przyjęcie do pracy. (śmiech) Jeszcze w komendzie wojewódzkiej policji w Nowym Sączu.

Otworzyli szeroko ramiona?

Ani ramion, ani w ogóle niczego za bardzo nie otworzyli. Po prostu dostałam odmowę, bez specjalnego uzasadnienia. I tak było dwa razy. Już wtedy wiedziałam, że o marzenia trzeba walczyć. Czasem długo.

Co więc zrobiła nastolatka z dyplomem szkoły średniej w ręku, tak „brutalnie” sprowadzona na ziemię?

Nie marnowałam czasu, tylko poszłam do szkoły - studium nauczycielskiego o kierunku wychowanie plastyczne. Skończyłam i znowu poszłam z podaniem o pracę w policji…

Nie przyjęli…

A właśnie, że przyjęli! Tyle że na etat cywilny, nie policyjny, ale to już był krok do przodu. Po mniej więcej półtora roku, dostrzeżono moje zaangażowanie i obowiązkowość, zaproponowano mi służbę w mundurze.

I co, po tylu podejściach, chciała Pani jeszcze?

Pewnie, że chciałam. Zostałam nawet przyjęta do wydziału prewencji Komendy Rejonowej Policji w Nowym Sączu.

Do biurka czy na krawężnik?

Na początek, jak najbardziej na krawężnik! (śmiech) Byłam wtedy pierwszą kobietą w pieszym patrolu w całym Nowym Sączu. Mój teren - ulica Jagiellońska i Rynek ze wszystkimi ich dziennymi i nocnymi kolorami.

To była prawdziwa szkoła życia i jednocześnie pracy w policji. Pracowałam w zasadzie we wszystkich pionach i wydziałach, od wspomnianej prewencji, drogówki przez logistykę, wydział kryminalny. Również w terenowych jednostkach, choćby w komisariacie w Piwnicznej-Zdroju. Będę szczera - bardzo cenię sobie pracę w ruchu drogowym i też w prewencji.

Nie kochamy policjantów z „suszarką, którzy na dodatek wypisują mandaty.

Wiem, ale przecież to troska o nasze bezpieczeństwo i zdrowie. Wielu złości się na kontrole prędkości, mandaty. Tylko ci sami, gdy wyjeżdżają za granicę, przestrzegają przepisów drogowych co do literki.

Dlaczego tak samo nie może być u nas? To samo z pracą dzielnicowych - mają być blisko ludzi, znać ich problemy, być tam, gdzie toczy się życie. Zabrzmi to jak slogan, ale przecież zagrożenia, które w porę ujawnimy, zdążymy na czas wyeliminować.

Zawodowy sukces to...

Praca przy wielowątkowych sprawach kryminalnych związanych z korupcją.

Były takie chwile, które wryły się w pamięć, zmieniły jakoś postrzeganie swojej pracy?

Tak. I tkwią w głowie do dzisiaj. Mnie najbardziej dotykają te z udziałem dzieci. Jakieś cztery lata temu przyszło mi jechać na miejsce samobójstwa 13-latka. Takich widoków się nie zapomina.

Tak samo jak zdruzgotanej rodziny dziecka, ich pytań o przyczynę tragedii. Starałam się ich jakoś wesprzeć, pozwolić wypłakać, wygadać. Sama jestem matką, wtedy mój syn był w podobnym wieku. Przyjechałam do komendy, szłam po schodach do swojego pokoju, czułam jak z każdym stopniem łzy coraz bardziej cisną mi się do oczu.

To może dla równowagi - najbardziej zabawne zdarzenie?

O, te to na pewno z drogówki. Był czas, gdy obsługiwałam fotoradar. Wiadomo - kontrola prędkości i „pamiątkowe” zdjęcie. Potem taki kierowa dostaje wezwanie do stawienia się, by wskazał, kto prowadził wówczas samochód. Któregoś dnia przyszedł do mnie pan z żoną - dostali wezwanie, ale nie wiedzieli którego z nich sprawa dotyczy.

Od dziecka ciągnęło mnie do wszelkich militariów, od lalek wolałam pistolety i żołnierzyki

Mieli ze sobą bukiet kwiatów owinięty w ozdobny papier. Pomyślałam, że pewnie gdzieś potem jeszcze idą. Pokazałam zdjęcie, pomiar. Pan przyznał ze skruchą, że to on jechał. Przyjął mandat bez słowa, po czym ściągnął papier i wręczył mi kwiaty.

Jak mówił, za profesjonalną i kulturalną obsługę. Z lekka osłupiałam. Koledzy potem dowcipkowali, że z taką gracją wręczam mandaty, że dostaję kwiaty. Trochę mi się zrymowało. (śmiech)

No właśnie - wiem, że Pani komendant pisuje wierszem. A więc Mickiewicz czy Stachura?

Mickiewicz. Ballady i Romanse to moja ulubiona lektura. Tyle w nich ciepła, miłości, ale też ludowość i tajemniczości, czasem motywów zbrodni, zdrady. Lubię te jego rymy. Sama zaś piszę o rzeczywistości, najczęściej o konkretnych ludziach.

O kolegach z pracy?

Niekoniecznie. (śmiech) Zdarzyło mi się natomiast pisać humorystyczne, wierszowanie opowiadania o moich znajomych. Wręczam im je zazwyczaj z okazji imienin, okrągłych jubileuszy, urodzin. Kiedyś, opisałam wierszem historię karczmy, która prowadzi mój znajomy. Był zachwycony.

Za każdym razem staram się, by te moje opowieści były poprzeplatane wątkami z życia osób, którym są dedykowane. Mają być wesołe, takie na poprawienie humoru.

I rzeczywiście tak jest, ale zdarzyło mi się napisać biografię św. Jana Pawła II. Dla mnie to wyjątkowo ważna postać. O ile wcześniej pisywałam od czasu do czasu, to historia papieża jakoś tak mnie zmotywowała, że robię to wciąż.

Również ochoczo, jak po pióro sięga Pani po pędzel...

Koledzy potem dowcipkowali, że z taką gracją wręczam mandaty, że dostaję kwiaty

Wprawdzie nie mam pracowni, a sztalugi stoją po prostu w salonie. Rzeczywiście, malowanie mnie relaksuje. Kocham kwiaty, więc nie trudno się domyślić, że często pojawiają się na moich płótnach. Tak samo jak morze i pejzaże.

Pewnie pełno ich w domu.

Właśnie nie, bo ich nie gromadzę. Jak już coś namaluję, to zostawiam na sztalugach albo od razu podaruję znajomym, bliskim, przyjaciołom. Bywa i tak, że ktoś do mnie przyjdzie, pochwali, powie, że mu się podoba. Wtedy mówię; bierz, jest twój.

Mówiła Pani o ogrodzie i kwiatach...

Eksperymentuję z przesadzaniem i rozmnażaniem roślinek. Efekty bywają zaskakujące. Lubię aktywny wypoczynek, to relaksuje mnie najbardziej.

Na koniec - w pracy szefuje pani rzeszy mężczyzn. Kto rządzi w Pani domu?

Nie powiedziałabym o „domowym rządzeniu”. W ogóle nie lubię tego słowa. Cały czas budujemy z mężem związek partnerski. Jeśli pojawiają się kłopoty, to siadamy i szukamy wspólnie rozwiązania. W tych rozmowach bierze udział również nasz syn. To samo, gdy decydujemy choćby o grubszych wydatkach, remontach. Potem, cieszymy się z efektów albo wspólnie martwimy, gdy coś nie wypali

Halina Gajda

Moja praca to przede wszystkim ludzie. Z małych społeczności, wiosek z dala od centrum powiatu, jeszcze dalej od wielkich miast. Ich kłopoty, troski, radości – dla jednych banalne, dla nich o wielkiej wadze. Czasem jest to dziura w drodze, innym razem choroba kogoś bliskiego albo po prostu wnuk, który wygrał ważną olimpiadę. W każdej sytuacji staram się być blisko nich. Wszyscy oni już na zawsze zostają w pamięci. Widujemy się później na ulicy. Skinienie głową, dzień dobry, cześć - zwykłe gesty, ale dla nas ważne. Bo pamiętamy o sobie. 

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.