Kibic Sandecji - to brzmi dumnie!

Czytaj dalej
Fot. Stanisław Śmierciak
E. Mikołajewicz, D. Rogoziński

Kibic Sandecji - to brzmi dumnie!

E. Mikołajewicz, D. Rogoziński

Dla sympatyków klubu liczą się nie tylko wyniki. Najważniejsze jest dla nich poczucie wspólnoty. Pełni podziwu przypominają o wychowankach drużyny, którzy walczyli o niepodległą Polskę.

Mówią, że najważniejsze jest poczucie wspólnoty. Futbol jest tylko dodatkiem. Kibice biało-czarnych pękają z dumy, ale równie ważna jak wynik jest dla nich historia kubu. Z Sandecji wywodzą się wojenni bohaterowie, których potyczki to gotowy scenariusz na film.

Julia Sandecja to najmłodsza kibicka w Nowym Sączu. Drugie imię zawdzięcza sportowej pasji swojego ojca Miłosza, urzędnicy ratusza przychylnym okiem spojrzeli na oryginalny pomysł rodziców. Wiadomość wywołała sensację i obiegła media, a tata ma nadzieję, że to dobra wróżba na przyszłość. Bo z takim imieniem, jak tu nie kochać biało-czarnych?

- W dobrym zdrowiu utrzymuje mnie kibicowanie - mówił Jan Płachta, pytany o receptę na długowieczność. Zmarł w 2012 roku w wieku 103 lat i zyskał sławę najstarszego kibica na świecie. Na mecze ukochanej Sandecji chodził nieprzerwanie od czasów przedwojennych do swojej śmierci.

- Już dosyć mam tej zimy i siedzenia w domu. Nie mogę się doczekać, kiedy znów usiądę na trybunach! - powtarzał 9 lutego, każdego roku, gdy w dniu urodzin odwiedzała go delegacja dziennikarzy i urzędników. Wypominał wówczas przedwojenne mecze Sandecji. Ówczesna prasa rozpisywała się o chuligańskich wybrykach rozemocjonowanych kibiców. „Łobuzeria hula na boiskach”, „Sukces paryski i wstyd sądecki” - grzmiały nagłówki. Historię kibicowania przypomina dziś historyk Piotr Kazana, który dokumentuje dzieje klubu.

Ogień na trybunach

- Nie byłoby piłki nożnej bez kibicowania - rozpoczyna Kazana. Pierwsze relacje prasowe o sympatykach miejskiej drużyny nie były zbyt pochlebne.

Sprawozdawcy skarżyli się na karygodne wybryki podczas meczów. - W 1922 roku po meczu towarzyskim Sandecji i Wojskowego Klubu Sportowego 1 Pułku Strzelców Podhalańskich, ogólnopolski „Przegląd Sportowy” donosił: „Może by Krakowski Związek Okręgowy Piłki Nożnej otoczył większą opieką miasto N. Sącz. Nie tylko gracze, ale i publiczność zachowuje się tutaj niemożliwie!” - opowiada Piotr Kazana.

Mirosław Kazana: Nie byłoby piłki nożnej bez kibicowania, a nas bez Sandecji

Innym razem kibice mieli wbiec na murawę z parasolkami i zaatakować sędziego, gdy ten podyktował rzut karny dla drużyny przeciwnej. Z lat 30. zachowała się relacja o kibicach Sandecji, którzy na ciężarówkach pojechali za swoją drużyną ma mecz do Krakowa.

Wśród miłośników drużyny było wielu ówczesnych oficjeli. Tak jak dziś prezydent Nowak, tak niegdyś wielkim kibicem drużyny był Roman Sichrawa, który regularnie bywał na meczach Sandecji. Zasłużony burmistrz Nowego Sącza przez pewien czas był nawet prezesem klubu.

Sportowe dzieje Sandecji układały się różnie, ale jak przypomina Piotr Kazana, nie tylko wyniki są dumą kibiców. Jest nią przede wszystkim historia jej wychowanków, bohaterów walki o niepodległość. Wielu z nich zasiliło legiony Piłsudskiego. Inni jak: Zbigniew Ryś, Roman Stramka i Jan Freisler, dzięki wielkiej odwadze i sportowej brawurze, wiedli prym na zielonym szlaku w czasie II wojny światowej. W 2014 roku z inicjatywy Stowarzyszenie Kibiców Sandecji na blokowiskach powstały murale z ich wizerunkami i herbem drużyny.

- Rzadko który klub może pochwalić się taką historią. Dlatego nasze Stowarzyszenie od lat zagłębia się w biografie znakomitych wychowanków - podkreśla Jarosław Wróblewski ze Stowarzyszenia Kibiców Sandecji. - Zarażamy tą historią innych, inspirujemy młodszych kolegów. Często wspominamy naszych bohaterów w oprawach meczowych.

Ekstra wychowankowie

Zbigniew Ryś brał udział m.in. w legendarnej akcji odbicia emisariusza polskiego rządu Jana Karskiego. „Po barkach Głoda wspiąłem się na przybudówkę na wysokości pierwszego piętra i chwycił Karskiego i ostrożnie wzdłuż rynny opuściłem go w dół. W kostnicy ubraliśmy naszego emisariusza w garnitur i rozpoczęliśmy marsz” - opowiadał po wojnie Ryś.

Nie mniej spektakularne wyczyny miał na swoim koncie Roman Stramka. Potrafił uciec z domu pełnego gestapowców, którzy mierzyli do niego z broni. Potem także z transportu, który jechał wprost do Oświęcimia. Udało mu się wysunąć ręce z kajdanek i wyskoczyć z pociągu.

Filmową ucieczkę Stramka zaliczył również na kurierskim szlaku. Więziony na słowackim posterunku zdołał wsunąć broń pod szafę tuż przed przeszukaniem. Gdy Słowacy upewnili się, że więźniowie nie są uzbrojeni, opuścili na chwilę pomieszczenie. Wówczas Stramka sięgnął po swojego visa, skrępował policjantów i ruszył w dalszą drogę na Węgry. Koniec wydawał się pewny, gdy trafił wreszcie do celi śmierci.

„Żryj, bo rano będziesz ziemię żarł” - rzucił strażnik więzienny, podając mu ostatni posiłek. Z aluminiowej łyżki Stramka zmajstrował wytrych, którym otworzył celę.

Jarosław Wróblewski: Mamy solidny zespół, który uwierzył w siebie

Z Sandecji wywodzi się też Jan Freisler. Kursował między Budapesztem, Krakowem i Warszawą. Przeprowadzał ludzi, przenosił pocztę i broń. Współtworzył Oddział Partyzancki AK „Świerk”. Był zaangażowany w budowę łączności kurierskiej powojennej organizacji konspiracyjnej Wolność i Niezawisłość z polskim rządem na emigracji w Londynie. Był jednym z najbardziej zasłużonych kurierów. Pięćset razy przekroczył zieloną granicę.

Wszystkie te historie kibice Sandecji znają na pamięć i przekazują młodym.

Nie tylko futbol

Jarosław Wróblewski złapał kibicowskiego bakcyla na swoim pierwszym meczu. Miał wówczas pięć lat. Od tamtej pory był niemal na każdym spotkaniu rozgrywanym przez Sandecję. W jego domu wisiały plakaty, szaliki i kibicowski rynsztunek.

- Jako nastolatek na mecze chodziłem z paczką kolegów, którzy podobnie jak i ja, świata poza lokalnym klubem nie wiedzieli. No i tak zostało niektórym z nas do dziś i coś przejść nie chce - uśmiecha się Wróblewski. Mówi, że kibicowanie daje adrenalinę i poczucie wspólnoty. Mecz, stadion, dziesiątki zdartych dopingiem gardeł, specjalne oprawy, to tworzy atmosferę.

- Zdarza się jechać przez połowę Polski na mecz i dojechać na ostatnie 20 minut spotkania - dodaje kibic. - Ale to nie jest ważne. Liczy się atmosfera. Futbol jest dodatkiem.

Awans do ekstraklasy to dla sądeckich kibiców spełnienie marzeń. Na niedzielny mecz z Wisłą Puławy, ostatni na stadionie w Nowym Sączu, przygotują coś specjalnego dla swojej drużyny. Zapowiadają, że będzie to najlepsza oprawa meczu, na jaką ich stać. - Mamy solidny zespół, który uwierzył w siebie. Liczymy więc, że przygoda z ekstraklasą nie okaże się epizodem. Może na wiosnę zagramy w „grupie mistrzowskiej” - wieszczy Wróblewski.

E. Mikołajewicz, D. Rogoziński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.