Krakowianie wśród nomadów

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Nicole Makarewicz

Krakowianie wśród nomadów

Nicole Makarewicz

Rozmowa z Marią Kolber i Łukaszem Niecio, parą podróżników, twórców bloga henhendaleko.pl, którzy wrócili z wyprawy do Kirgistanu, gdzie śledzili niezwykle ciekawe Igrzyska Nomadów.

Gazeta Krakowska: Z Krakowa do Stambułu mieliście dotrzeć autostopem. Obyło się bez problemów?

Maria Kolber i Łukasz Niecio: W Bułgarii straciliśmy połowę dobytku. Skradziono nam część sprzętu, więc nasza podróż zaczęła się smutno. Przez to ledwo zdążyliśmy na samolot w. Kiedy jednak trafiliśmy już do samolotu, co byłoby niemożliwe bez pomocy nieznajomych, to poczuliśmy, że właściwie wszystko najgorsze, co mogło się wydarzyć już się wydarzyło i teraz będzie już dobrze.

Ta przygodna zniechęciła was na tyle, by do domu nie wracać autostopem?

Absolutnie nie. Ta historia wydarzyła się dlatego, że odwiedziliśmy miejsce typowo turystyczne, czego w szczycie sezonu należy tego unikać. Na komisariacie spotkaliśmy też miłego pana z Polski, który stracił dość drogi samochód. Było też kilku obcokrajowców. To nam trochę poprawiło humor.

Nawet przez chwilę nie pomyśleliście o przerwaniu wyprawy?

Skądże. Nie było o tym mowy. Podróżując trzeba założyć, że takie rzeczy po prostu się zdarzają. Zazwyczaj mówi się tylko jasnych stronach podróży, a te mniej przyjemne kwestie są pomijane. Niewiele osób mówi o chorobach, mniej przyjemnych przypadkach losowych, czy też o tym, że czasem trzeba zmienić swój plan. To nie jest powód do chwalenia się, ale uważamy, że to nadaje smak każdej kolejnej podróży, bo w pewnym momencie człowiek zdaje sobie sprawę, że cokolwiek by nie zrobił, jakby się nie przygotował, czy jakby wszystkiego nie zaplanował, to i tak z losem nie wygra. Czasem po prostu trzeba oddać się fortunie. To nawet postawiło przed nami spore wyzwanie, bo gdy pojawiliśmy się na Igrzyskach, to nasz wizerunek jako dziennikarzy, bo tę rolę mieliśmy tam pełnić, legł w gruzach. Bez części sprzętu wyglądaliśmy dość licho..

To był problem? Większość dziennikarzy wygląda licho

Czytaliśmy wspomnienia Kapuścińskiego o tym, jak on jeździł z Polski w różne strony świata i spotykał się ze swoimi kolegami z Zachodu. Miał chyba Zorkę czy Zenita, co przy sprzęcie reporterów z zachodniego świata wyglądało amotorsko. Myślę, że czuliśmy się podobnie, jak on wtedy.

Waszym głównym celem było zobaczenie Igrzysk Nomadów. Mówiliście, że najpierw zachwyciły was przekazy medialne z Igrzysk pokazujące ich rozmach. Rzeczywistość też była tak zachwycająca?

Rozmach nie był aż tak wielki. Jak na Kirgistan i jego możliwości, to rzeczywiście impreza była duża. Był tam hipodrom, bardzo nowoczesny obiekt na tysiące kibiców. Na pewno duże środki przeznaczono przeznaczono na ochronę. To był czas, który mogli wykorzystać miejscowi złoczyńcy z prowincji, gdyż większość służb znajdowała się na miejscu (śmiech). O umiarkowanych możliwościach finansowych organizatorów mówi też wysokość nagród dla sportowców. Przykładowo wygrywając zawody zapaśnicze otrzymywało się nagrodę odpowiadającą kilku tysiącom złotych, więc dziewczyna, która na Igrzyska przyjechała z Kolumbii, za drugie miejsce mogła liczyć co najwyżej zwrot pieniędzy za podróż. To, co przykuwało uwagę, to ogromna mobilizacja całego społeczeństwa i to niezależnie od regionu. 10 dni przed Igrzyskami przejechaliśmy się po Kirgistanie i gdziekolwiek się nie znaleźliśmy, każdy wiedział o tym, co ma mieć miejsce. Wszyscy byli nie tylko dumni, ale każdy czuł się też uczestnikiem tej imprezy. Mobilizacja kibiców była ogromna, Kirgistan wygrał klasyfikację medalową w cuglach…

Chyba nie mogło być inaczej.

To prawda, władzom bardzo zależało na wygranej. Największa rywalizacja przebiegała na linii Kirgistan – Kazachstan. Kirgizi mają wobec Kazachstanu kompleks starszego, większego brata, któremu się zazdrości., ale też się poniekąd podziwia.

Co was najbardziej zaskoczyło na Igrzyskach?

To, że niektóre sporty, które nie są charakterystyczne dla tej kultury, były organizowane w ramach Igrzysk jako mistrzostwa świata. Kirgizi zdobyli pozwolenia od różnych federacji, by na swoich Igrzyskach, niby koczowniczych, przeprowadzać np. mistrzostwa swiata w mass wrestlingu. To był bardzo dobry zabieg marketingowy. Ale ja mam swój typ. Igrzyska trwały siedem dni i po pewnym czasie można było być zmęczonym nadmiarem sportów siłowych. Jestem fanką koni i one nigdy mi się nie znudzą, więc zachwyciła mnie fantastyczna konkurencja, która nie polegała na popisywaniu się siłą fizyczną, była bardziej wysublimowana i dowcipna.

Dlaczego akurat ta dyscyplina najbardziej Ci się spodobała?

Dyscyplina nazywa się cirit i z pochodzenia jest sportem tureckim, który miał za zadanie ćwiczyć umiejętności rzutu oszczepem w szeregach wojsk. Naprzeciwko siebie stoją dwie drużyny, które są rozstawione na odpowiednich stanowiskach i w odpowiednim momencie zawodnik podbiega do przeciwnej drużyny, oczywiście na koniu, dobiega do linii, kiwa się, stroi miny i wybiera ofiarę. Ma za zadanie ją trafić krótkim oszczepem. Zawodnik może co prawda nabawić się siniaków , ale wciąż jest to jedna z mniej kontaktowych dyscyplin prezentowanych. Przeciwnicy gonią „dowcipnisia” i próbują mu się zrewanżować. Przy tym sporcie było dużo śmiechu, bo przecież można trafić przeciwnika tak, że spadnie mu czapka, albo można też wycelować w tyłek.

Na miejscu udało wam się poznać jakiś zawodników?

Tak, z Pabianic!

Jak to?

To była grupa pod opieką dość zasadniczej pani trener. Spotkaliśmy ich pierwszego dnia i trzeba przyznać, że dziewczyny odniosły spore sukcesy. Przywiozły do Polski srebrny i brązowy medal. Konkurencja, w której rywalizowały polega na tym, że poprzeczna deska rozdziela dwie zawodniczki. Mierzą się opierając stopy na desce, w siadzie prostym i trzymają drążek, który muszą przeciągnąć na swoją stronę. Polska reprezentacja w ogóle poradziła sobie lepiej niż na igrzyskach w Rio. W Kirgistanie byliśmy na 20. pozycji w klasyfikacji medalowej.

Igrzyska to nie był jednak wasz jedyny cel podróży. Chcieliście lepiej poznać kirgiską duszę. Udało się?

Mieliśmy ku temu dobre narzędzie, ponieważ poruszaliśmy się po Kirgistanie UAZ-em 452, popularnie zwanym między innymi „tabletką”, na taki przydomek zasłużył dlatego, bo w założeniu pokonuje wszystkie przeciwności i używano go jako ambulans. Oczywiście to samochód produkcji radzieckiej, obecnie rosyjskiej. Produkowany nieprzerwanie od lat 60. Właściwie, to można powiedzieć, że podróżowaliśmy w trójkę, bo samochód bardzo angażował nasz czas, a także czas ludzi, których spotykaliśmy - co chwilę się psuł, albo generował różnego rodzaju problemy.

Samochód pomógł wam bliżej poznać Kirgizów?

Tak, był medium poprzez które byliśmy w stanie poznać ich mentalność, ich sposób myślenia na tematy bardziej przyziemne, jak komfort życiowy, po zagadnienia bardziej abstrakcyjne. Na podstawie kontaktów z miejscowymi, dla których to było oczywiste żeby komuś pomóc, dowiedzieliśmy się bardzo wiele o samych Kirgizach.

Jacy są Kirgizi?

Są bardzo bezpośredni jeśli mają w tym interes. Czasem tym interesem jest zwykła ciekawość i chęć uzyskania odpowiedzi na proste pytania. Z tą ich bezpośredniością jest tak, że czasem potrafią w środku nocy zapukać do samochodu i zapytać czy ma się papierosy.

Odmienność przeszkadzała Wam w kontakcie z Kirgizami?

Nie do końca, ludzie bardzo chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami i zapatrywaniem na rzeczywistość, które jest bardzo uproszczone. Dla nas dużym zaskoczeniem było to, że młodzi decydują się na powrót w góry, czyli do tradycyjnego sposobu życia na okres od kwietnia do października. Właśnie we wrześniu byliśmy świadkami jak społeczności z gór schodzą do miast. To duży przeskok, bo z życia pod jurtą przenoszą się socjalistycznych miasteczek. Spędzają czas pół roku tu, pół tam. Starsi już niekoniecznie wracają w góry, przeszli transformację, ale młodzi chcą wracać do swojej kultury, bo w górach mają wolność. Co ciekawe, okazuje się, ze pasterstwo dla młodych jest dochodowe.

Planujecie tam jeszcze wrócić?

Do poznania jest jeszcze dużo. Można powiedzieć, że zrobiliśmy dopiero wstępne rozeznanie. Mimo miesięcznego, intensywnego pobytu, bo poza Biszkekiem i załatwianiem formalności nie byliśmy właściwie ani jednego dnia w tym samym miejscu. Dzięki temu, że mieliśmy samochód, który był naszym domem, codziennie spaliśmy gdzieś indziej. Co miało swoje plusy i minusy.

Jakie były plusy?

Metodą szeptaną dowiadywaliśmy się o miejscach, do których moglibyśmy dotrzeć kolejnego dnia, poznaliśmy wielu ludzi, mamy po co tam wracać. Szczególnie interesują nas rzeczy, których z początku się nie dostrzega. W Kirgistanie jest dużo ludzi dobrej woli, którzy wypełniają lukę w brakach socjalnych tego kraju. Państwo nie zajmuje się ludźmi, pieniądze rozchodzą się w próżni, choćby na Igrzyska, a większość tego, co dobre dzieje się dzięki ludziom z różnych fundacji. Istnieje wielka, czarna dziura, w której jest dużo biedy, ona generuje wiele ludzkiej tragedii i problemów, które dotykają nie tylko całe rodziny, ale całe społeczności. Nam udało się poznać ludzi, którzy próbują z tym walczyć. Mieliśmy szczęście spotkać osoby, które pomagają dzieciom z sierocińców.

Co to byli za ludzie?

Różni, spotkaliśmy na przykład panią pedagog, która całe swoje życie poświęciła temu żeby założyć dom, który jest jedynym prywatnym sierocińcem w Kirgistanie. Spotkaliśmy też polskich misjonarzy, którzy nad jeziorem Issyk-kul prowadzą ośrodek rehabilitacyjny dla niepełnosprawnych dzieci. Ich działalność to potężne dzieło serca, trudna i wymagająca praca, która rozpisana jest na lata i owoce przynosi powoli. Spotkaliśmy również ludzi, którzy prosili, by mówić o nich, że są społecznie zaangażowani biznesmenami, bo obawiali się władz. To też nie jest proste żeby w tych rejonach pozwolić sobie na taką działalność.

Kolejnym celem będzie poznanie tych ludzi bliżej?

Złapaliśmy taką nitkę i można powiedzieć, że chcielibyśmy dotrzeć kłębka. Zbadać ten temat poważniej, bo ilość informacji o takich działaniach mocno nas zaskoczyła. Przykładem mogą być protestanci z Ukrainy, którzy współpracują z naszymi Jezuitami na rzecz wyciągania ludzi z alkoholizmu przy okazji pracy na farmie drobiu. To działania, które wyrastają znikąd. Zaczynają się od prostej historii i potem obrastają dobrem.

Nicole Makarewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.