„Kroke” w języku jidysz oznacza Kraków

Czytaj dalej
Fot. mat. prasowe
Paweł Gzyl

„Kroke” w języku jidysz oznacza Kraków

Paweł Gzyl

Grupa Kroke celebruje w tym roku 25-lecie działalności wydaniem nowego albumu - „Traveller”. Jej kontrabasista, Tomasz Lato, mówi nam o niezwykłych losach tria.

Nowa płyta Kroke ma tytuł „Traveller”, czyli „Podróżnik”. Dla zespołu ważniejsze jest odwiedzanie różnych krajów czy podróż muzyczna po odmiennych kulturach?

Zdecydowanie to drugie. Ale wiąże się to z podróżowaniem fizycznym. Odwiedzając różne kraje, poznajemy różne kultury, różnych muzyków i różną muzykę. Dzięki temu mamy mnóstwo doświadczeń, które przekładamy na nasze utwory.

To, co dzieje się dzisiaj w Europie, sprawia, że zamykamy się na inne kultury. Jakie macie podejście do tej kwestii?

Ci, którzy nie podróżują, nie mogą obiektywnie stwierdzić, jak wyglądają obce im kultury, bo przecież to, co przekazują media, jest zniekształcone. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z zagrożenia terroryzmem. Ale nasze doświadczenie mówi, że w każdym kraju, w każdym narodzie, w każdej religii są ludzie dobrzy i źli. Może to zło jest trochę inne niż kiedyś, co jest znakiem czasów, ale musimy pamiętać, że było ono zawsze na świecie. Nie można obarczać winą za nie jedną nację czy kulturę.

Wasza muzyczna podróż zaczęła się w 1992 r. od muzyki żydowskiej. Słychać ją i na nowej płycie. Co Was w niej zafascynowało?

To nie była wyłącznie muzyka żydowska. Byliśmy też zauroczeni muzyką bałkańską. Jedno z drugim się wiąże, bo aszkenazyjscy Żydzi, którzy emigrowali z Izraela, wędrowali przez wschód i południe Europy. Dlatego w ich muzyce pojawiły się potem naleciałości z wszystkich tych krajów, które przewędrowali. Są w niej elementy folkloru polskiego, rosyjskiego, ukraińskiego czy bałkańskiego. Wszystko to słychać też w naszych nagraniach. Zaczynaliśmy jednak faktycznie od muzyki typowo klezmerskiej, jak ją nazwano w USA, bo występowaliśmy na krakowskim Kazimierzu.

Wtedy był to bardzo mało znany gatunek w Polsce.

To efekt życia prawie pół wieku w komunizmie. Po tym, co się wydarzyło podczas II wojny światowej, Polacy nie mieli okazji styczności z żydowską kulturą. Do tego doszły wydarzenia z 1956 i 1968 roku. To wszystko spowodowało, że ta muzyka poszła w niepamięć. Kiedy pani Zosia Łuczyńska spotkała nas grających na jednej z ulic Krakowa, powiedziała: „Przecież wy idealnie pasujecie na Kazimierz!”. Tymczasem było to zupełnie nieświadome. Dopiero na tym Kazimierzu zaczęliśmy powoli dowiadywać się, czym był Kraków dla kultury żydowskiej. Zachwyciliśmy się nią.

Potem jednak poszliście własną drogą.

To prawda. Zaczęliśmy tworzyć autorskie kompozycje. Okazało się, że nie musimy się naginać do żadnych trendów, a to, że występujemy na Kazimierzu, nie powinno determinować naszej twórczości. Liczy się bowiem tylko to, jak my sami postrzegamy to, co dzieje się wokół nas. Oczywiście pozostaliśmy w kręgu muzyki etnicznej, ale zaczęliśmy korzystać z tego, że jesteśmy wykształceni klasycznie i kochamy jazz. Uwielbiamy smyczkowe aranżacje i możemy sobie w tej materii pofantazjować. Dowodem tego jest płyta „Feelharmony” nagrana z Sinfoniettą Cracovią.

Te wszystkie wątki spotykają się w „Travellerze”. Gdzie leży wspólny mianownik między odmiennymi estetykami, jak etno, jazz i klasyka?

Uwielbiamy improwizację. Pewnie dlatego, że jazz zawsze nas fascynował. Słychać to głównie w harmonii. Na nowej płycie jest ona wyjątkowa: rozbudowana, spektakularna. Może mniej wyrafinowany słuchacz tego nie usłyszy, natomiast słuchając tego albumu uchem muzyka, można na nim znaleźć wiele ciekawych pomysłów. Przykładem tego są liczne partie smyczków - co oznacza, że powinniśmy tę płytę promować koncertami z kwartetem smyczkowym. I w Krakowie to się wydarzy - zagramy z Kwartetem Dafo 24 kwietnia w Operze Krakowskiej.

Nie fascynowała Was polska muzyka ludowa?

Kiedy graliśmy kiedyś na Zachodzie, ktoś napisał recenzję, że choć sięgamy po elementy etno z Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu i muzyki klezmerskiej, to wszystko i tak jest przyprawione „słowiańskością”. I tutaj jest odpowiedź na pana pytanie: wystarczy, że jesteśmy stąd i czujemy, jak tutaj się czuje. Nie musimy odtwarzać polskiego folkloru, bo i tak w filozofii naszego grania jest typowo polskie nastawienie. Zresztą zespołów rewitalizujących polską muzykę ludową jest u nas aż za dużo. Po co więc jeszcze jeden?

Macie fanów w tak odmiennych krajach jak Hiszpania, Niemcy czy Skandynawia.

Każdy naród ma swoje specyficzne cechy, które determinują jego sposób odbierania muzyki. Dlatego nie zastanawiamy się, dlaczego koncerty w różnych krajach są inne. Tym bardziej, że nie możemy się sugerować stereotypami. Skandynawowie wcale nie są zimni i powściągliwi: kiedy niedawno moja żona była na koncercie Kroke, który odbył się w ruinach starej huty w Szwecji, widziała za kulisami, jak dwaj organizatorzy wręcz płakali podczas koncertu. Podobnie jest z publicznością w Skandynawii: reaguje niesamowicie energetycznie. Gdyby ktoś nie wiedział, gdzie odbywa się występ, mógłby pomyśleć, że to Hiszpania, a nie Norwegia.

Można powiedzieć, że Steven Spielberg otworzył nam drzwi na świat. Ale sami o to nigdy nie zabiegaliśmy.

W jednym z wywiadów opowiadaliście, że dostaliście kiedyś list od fanki z Hiszpanii, która napisała, że Wasza płyta odwiodła ją od popełnienia samobójstwa.

Teraz aż ciarki mnie przeszły, kiedy przypomniał pan tę historię. Zdarzają się różne sytuacje - ale tak dojmującą mieliśmy na szczęście tylko raz, właśnie wtedy. To dlatego, że choć nie jesteśmy nieomylni i perfekcyjni na scenie, działamy na widzów mocnymi emocjami. W momencie, kiedy uda nam się w nie wciągnąć publiczność, reaguje ona często bardzo uczuciowo. To jak zakochanie - po prostu nasz mózg przestaje racjonalnie myśleć.

Wspomniał Pan o występie Kroke w starej hucie. W jakich miejscach najczęściej występujecie w Polsce i na Zachodzie?

Rozpiętość jest niesamowita. Zdarzało nam się grać tylko dla kilkudziesięciu osób. Takie kameralne koncerty dawaliśmy najczęściej w Anglii. Odbywają się one w miejscach, gdzie urządza się wykwintne kolacje z muzyką. Do domku położonego pod Londynem zjeżdżają elegancko ubrani widzowie, zazwyczaj jakieś 50 osób. W tym domu mijaliśmy się z Midge’em Ure’em z Ultravox czy Robertem Plantem z Led Zeppelin, tego typu osobistości tam występują. Ale grywamy też w klubach, w filharmoniach, na scenach festiwalowych, a dla największej publiczności wystąpiliśmy na Przystanku Woodstock - oglądało nas wtedy pół miliona ludzi.

Obecnie koncentrujecie się na działalności w Polsce. W latach 90. występowaliście wyłącznie na Zachodzie. Mniej wtedy rozumiano Kroke nad Wisłą?

Dzisiaj publiczność w Polsce jest bardziej wyedukowana. A 25 lat temu tak nie było. I mówię to świadomie. To nie dlatego, że naród polski jest ciemny, tylko wtedy nie mieliśmy możliwości obcowania z taką muzyką. Za komuny możliwość kupienia dobrej płyty z zagranicy w polskim sklepie graniczyła z cudem. Zachodniej muzyki można było posłuchać tylko w radiu. Jasne, były rzeczy wspaniałe, jak Jazz Jamboree czy Krakowskie Zaduszki Jazzowe, ale dostęp do kultury był mocno reglamentowany. Tak zubożeni ludzie reagowali na Kroke z niezrozumieniem.

To Steven Spielberg otworzył Kroke drogę na świat?

A już cieszyłem się, że nie padnie to pytanie. (śmiech) Bo wszyscy nas o to zahaczają. No cóż: na pewno było coś takiego. Uważamy jednak, że pojawiliśmy się z naszą muzyką w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Bo gdybyśmy założyli Kroke kilka lat później, wszystko mogłoby się inaczej potoczyć. W 1993 roku graliśmy na Kazimierzu w „Arielu” - i tam zobaczyła nas Kate Capshaw. I to ona przyprowadziła na nasz koncert swego męża, który akurat kręcił w Krakowie „Listę Schindlera”.

Dostał od nas kilka kaset - i przekazał je Peterowi Gabrielowi, kiedy ponoć przypadkiem spotkali się w samolocie. Były wokalista Genesis zaprosił nas potem na wielki festiwal WOMAD w Reading pod Londynem, a tam zobaczyło nas wiele osób z branży. To spowodowało lawinę koncertów Kroke w różnych miejscach Europy. Można więc powiedzieć, że Spielberg otworzył nam drzwi na świat. Ale sami o to nie zabiegaliśmy.

Stawiacie na kobiecy śpiew. Nagrywaliście z Edytą Geppert, Mają Sikorowską i Anną Marią Jopek.

Tak naprawdę we wszystkich tych kooperacjach zafascynowała nas muzyczna odmienność prezentowana przez te wokalistki. Edyta Geppert - to poezja śpiewana, Maja Sikorowska - melodie greckie, a Anna Maria Jopek - jazz. Do tego trzeba zaliczyć kobiecy zespół Tindra z Norwegii, grający ludyczny folk, oraz Urnę Chahar Tugchi, mongolską wokalistkę, z którą też nagraliśmy płytę.

Twórczość Kroke wyrasta z muzycznej tradycji Krakowa. Kraków nadal Was inspiruje?

Ta inspiracja była dużo większa na początku. Choćby sama nasza nazwa - Kroke - to w jidysz Kraków. Gdybyśmy się jednak od tego chcieli odciąć, pewnie byśmy ją zmienili. Nadal czujemy jednak nierozerwalną więź z Krakowem.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.