Krzysztof Krawczyk zawiesił karierę, ale nie może żyć bez śpiewania

Czytaj dalej
Fot. Robert Wozniak
Paweł Gzyl

Krzysztof Krawczyk zawiesił karierę, ale nie może żyć bez śpiewania

Paweł Gzyl

Otwarcie przyznaje, że nie jest świętoszkiem: był czas, że żył ponad miarę. Z biegiem lat uderzył się jednak w piersi. Dziś jest wierny Bogu, zonie i muzyce.

Kiedy jesienią zeszłego roku ogłosił, że zawiesza karierę, fani byli niepocieszeni. Trudno mu się jednak dziwić: w ostatnich latach nieco podupadł na zdrowiu. Cierpi na uciążliwą arytmię serca, do tego przeszedł operację biodra i musi się poruszać o lasce. Na razie wykorzystuje więc czas pandemii na podreperowanie formy. Czy jeszcze zaśpiewa dla nas na żywo?

- W moim zawodzie nie ma emerytury. Będę śpiewał dopóki publiczność zechce mnie słuchać. Kiedy zauważę, że na koncerty przychodzi coraz mniej widzów, a płyty rozchodzą się w coraz mniejszym nakładzie - wycofam się. Póki co - jest dobrze. Dlatego wierzę, że zaśpiewam jeszcze niejedną nową piosenkę - podkreśla w „Dzienniku Polskim”.

*

Jego rodzice byli aktorami, ojciec pochodził z Sosnowca, a matka z Bielska. Poznali się w czasie wojny w fabryce amunicji. Od razu wpadli sobie w oko i kiedy wzięli ślub, zamieszkali w Katowicach, gdzie przyszedł a świat ich pierwszy syn – Krzysztof. Potem rodzina przenosiła się kilkakrotnie, ponieważ ojciec dostawał angaże w kolejnych teatrach. Rodzice chcieli, by Krzysztof poszedł w ich ślady, dlatego zapisali go do szkoły muzycznej, gdzie uczył się grać na fortepianie. Sam natomiast sięgnął po gitarę.

- Już jako małolat byłem zafascynowany Armstrongiem i Beatlesami. Ale przede wszystkim Tommy’m Steelem z filmu „W rytmie rock’n’rolla”. Stałem tuż przed telewizorem i nie mogłem się od niego oderwać. A odkryłem, że mam to „coś” dopiero, gdy zacząłem śpiewać piosenkę Ricky’ego Nelsona z „Rio Bravo”. To był mój popisowy numer – opowiada w „Playboyu”.

Kiedy miał szesnaście lat, ojciec ciężko zachorował i zmarł. Chłopak był zrozpaczony. „Boga nie ma!” – krzyknął na pogrzebie. Jako najstarszy w rodzinie, musiał zarabiać na jej utrzymanie. Dlatego rzucił naukę i został gońcem. Postanowił jednak zrobić maturę w szkole wieczorowej. Tam poznał starszą od siebie Grażynę Adamus. Zakochał się po uszy – i niebawem para wzięła ślub.

W międzyczasie założył z kolegami własną grupę. Trubadurzy dali się porwać modzie na big-big: występowali na przeglądach młodzieżowych zespołów, zdobywając z koncertu na koncert coraz większą popularność. W końcu stało się o nich głośno w całej Polsce. W czasie swej największej popularności grali po 30-40 koncertów miesięcznie. Po każdym występie fanki szturmowały garderobę muzyków – a ci nie odmawiali sobie korzystania z uroków sławy.

*

Na początku lat 70. skład zespołu zaczął się sypać. Wtedy Krawczyk dostał propozycję rozpoczęcia solowej kariery. Łącząc w sobie męską zmysłowość w stylu Elvisa Presleya z uwodzicielską elegancją w rodzaju Toma Jonesa, rozkochał w sobie wszystkie Polki. Jedną z nich była jego koleżanka z Trubadurów – Halina Żytkowiak. Kiedy gwiazdor rozwiódł się z pierwszą żoną, natychmiast poprowadził młodą wokalistkę do ołtarza. Owocem tego związku szybko stał się syn – Krzysztof Junior.

Krawczyk miał wtedy złoty czas: sypał przebojami, jak z rękawa. Radio co chwilę emitowały kolejne jego piosenki: „Byłaś mi nadzieją”, „Parostatek”, „Rysunek na szkle”, „Byle było tak” czy „Pamiętam ciebie z tamtych lat”. Gościł niemal na każdym festiwalu, od Zielnej Góry i Kołobrzegu, po Opole i Sopot. Półki na meblościance w jego mieszkaniu uginały się pod ciężarem zdobytych trofeów. Aż wreszcie coś zazgrzytało.

- To było jakoś pod koniec lat 70. Ówczesny prezes Radiokomitetu, Maciej Szczepański, obraził się na mnie za to, że nie wygrałem festiwalu w Sopocie. Zamiast mieć pretensje do jury, uznał że to ja nie zaśpiewałem wystarczająco dobrze. W wyniku jego interwencji zostałem... zawieszony w czynnościach i otrzymałem szlaban w radiu i telewizji – wspomina w „Dzienniku Polskim”.

Jak przystało na rodzime gwiazdy estrady czasów epoki gierkowskiej, również i Krawczyk wyjeżdżał z koncertami za granicę.
Najpierw do bratnich krajów – ZSRR czy Wschodnich Niemiec. Tam przyjmowano go jak gwiazdę z Zachodu. Nic więc dziwnego, że z czasem zapragnął podbić Amerykę. Dzięki temu, że miał obrotnego menedżera, Andrzeja Kosmalę, w końcu udało mu się polecieć za ocean. A los chciał, że generał Jaruzelski akurat wprowadził w Polsce stan wojenny.

*

Krawczyk szybko przekonał się, że los emigranta nie jest łatwy. Początkowo śpiewał w klubach polonijnych i zarabiał przyzwoite pieniądze. Potem było trochę gorzej: kiedy nie miał zamówień na występy, musiał zatrudnić się na budowie i kładł papę na dachu czy tynkował werandy. Nie zrezygnował jednak z marzeń o wielkiej sławie – i jakimś cudem udało mu się podbić Las Vegas. Zaśpiewał w kilku tamtejszych kasynach i nagrał płytę z dawnym współpracownikiem Elvisa Presleya.

- Aby przeżyć trudne chwile podczas pobytu w Ameryce, zacząłem zażywać mnóstwo leków: przeciwbólowych, antydepresyjnych i uspokajających. Miałem przyjaciela-lekarza, którzy przepisywał mi wszystko to, co tylko chciałem. W pewnym momencie zorientowałem się, że jestem lekomanem – opowiada w „Gazecie Krakowskiej”.

Krawczyk mógł źle skończyć: ale po rozstaniu ze swą drugą żoną, zakochał się w młodej dziewczynie pracującej w jednym z polonijnych klubów Chicago. Ewa szybko postawiła go na nogi. Najpierw zawalczyła o to, by wrócił do Kościoła, a potem wyprowadziła go z lekomanii. Wszystko to sprawiło, że piosenkarz zatęsknił za Polską. Kosmala tylko na to czekał i zorganizował podopiecznemu powrót do ojczyzny.

Lata 90. nie były jednak łatwe dla dawnych gwiazd Peerelu. Chcąc, nie chcąc, wokalista musiał zacząć śpiewać... disco-polo. Szansą na powrót do łask słuchaczy okazała się dla niego wspólna płyta nagrana z Goranem Bregovićem. Dzięki niej w następnej dekadzie udało się Krawczykowi nawiązać współpracę z młodymi gwiazdami – Edytą Bartosiewicz czy Muńkiem Staszczykiem. Zmienił też repertuar i sposób śpiewania, stając się z czasem polskim odpowiednikiem... Leonarda Cohena.

- Nie mogę żyć bez muzyki. Ona jest dla mnie jak prąd w rzece: wskazuje kierunek i niesie ze sobą do przodu. Nie zapominam również o Kościele – staram się mu służyć. Pogłębiam swoją wiarę, dużo czytam książek, rozwijam się duchowo. Przygotowuję się w ten sposób na spotkanie z Ojcem w niebie – podsumowuje w „Dzienniku Polskim”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.