Ładne kwiatki... Czego ludzie mogą pozazdrościć roślinom?

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Maria Mazurek

Ładne kwiatki... Czego ludzie mogą pozazdrościć roślinom?

Maria Mazurek

Po co przycinamy kwiaty, które rośliny są „antysmogowe” i skąd zła sława hibiskusa - mówi prof. Zbigniew Pindel z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie

Kupuje Pan kwiaty dla żony?

Od czasu do czasu. Kiedyś było mi łatwiej - na naszym wydziale ogrodniczym panował zwyczaj, że studenci po egzaminach magisterskich czy doktorskich obdarowywali opiekuna pracy bukietem kwiatów. Taka niewinna łapówka. Więc ja później uzyskane w ten sposób kwiaty dawałem żonie. I wszyscy się cieszyli. Ale dzisiaj tego zwyczaju już praktycznie nie ma. Coraz bardziej przypominamy kraje zachodnie. Nie wiem, czy pani wie, że Polska jest jednym z nielicznych krajów na świecie, gdzie kogoś obdarowuje się kwiatami. Ten zwyczaj nie jest znany w krajach Europy Zachodniej czy w Ameryce.

Tam nie ma zwyczaju wręczania takich prezentów?

Każdy kupuje sam, jak każdy inny towar, mleko czy chleb. Idzie się w piątek na zakupy do marketu i oprócz wszystkich towarów spożywczych czy środków czystości kupuje się również kwiaty do domu. Profesor Zbigniew Gertych, nieżyjący już specjalista od sadownictwa i agrotechniki, pojechał kiedyś w delegację do Holandii, odwiedzić tam słynnego holenderskiego profesora. Ponieważ ten zaprosił go do domu na przyjęcie, prof. Gertych kupił żonie swojego gospodarza duży bukiet róż. I okazało się, że ta kobieta dostała wtedy pierwszy raz w życiu kwiaty. Od Polaka. Słynny pan profesor, który był specjalistą od roślin ozdobnych, nigdy w życiu żonie kwiatów nie dał!

Często kupuję dla kogoś kwiaty - bo widzę, jak większość kobiet się z nich cieszy. Ale osobiście wolę dostać skarpetki - znacznie to tańsze i praktyczniejsze od kwiatów, które za dwa dni zwiędną.

Jak pani pójdzie do Biedronki i kupi sobie za sześć złotych na przykład taki cyklamen, niepoprawnie nazywany fiołkiem alpejskim, to będzie to pani stało i kwitło przez kilka tygodni. Tylko trzeba pielęgnować: podlewać, od czasu do czasu nawozić. Ale ma pani rację, że w tym zwyczaju obdarowywania się i ozdabiania domów kwiatami jest coś nienaturalnego. Kwiaty, zacznijmy od tego, nie są po to, żeby ludzi zadowalać (choć w Biblii jest napisane: „czyńcie sobie ziemię poddaną”, co niektórzy błędnie interpretują, jak na przykład minister Szyszko, który na tej podstawie rżnie Puszczę Białowieską).

Kwiaty są po to, żeby rośliny się rozmnażały. Są ich narządami rozrodczymi. My się zachwycamy, jakie one piękne, pachnące i kolorowe, a to roślinna wagina i członek.

Ma pani rację, kwiaty to organy rozrodcze roślin i taka jest ich rola. Chociaż my już nauczyliśmy się produkować rośliny na taką skalę i takimi sposobami, jakie w przyrodzie nie mogą istnieć. Niektóre z tych sposobów są niezwykle wyrachowane, łącznie z metodami in vitro, konkretniej: z metodą kultur tkankowych. Rośliny tak naprawdę rozmnażają się dość podobnie do nas: w kwiecie jest organ męski, organ żeński, jest pyłek, woreczek zalążkowy, pyłek zapładnia, powstaje zygota. Coś to pani przypomina? Dlatego dla mnie ktoś, kto neguje ewolucję, jest kompletnym nieukiem. Czy wie pani, że chlorofil - związek odpowiadający za zielony kolor u roślin, ale przede wszystkim za to, że roślina tylko przy wykorzystaniu dwutlenku węgla i energii słonecznej jest w stanie stworzyć sobie pokarm - łudząco przypomina naszą hemoglobinę, najważniejszy składnik krwi? Ma niemal identyczną budowę chemiczną. Różni się tylko jednym pierwiastkiem.

Czego jeszcze, oprócz zdolności wytwarzania pokarmu ze słońca i powietrza, możemy zazdrościć roślinom?

Zdolności do regeneracji. Jak w jakimś wypadku stracimy rękę czy nogę, albo ktoś nam ją zje, to możemy co najwyżej liczyć na dobrego chirurga, który przyszyje z powrotem. Ale taka kończyna na pewno sama nam nie odrośnie. Rośliny nie mają takich problemów. Są zaopatrzone w specjalną tkankę twórczą, która pozwala na regenerację tego, czego została pozbawiona. Stąd podcinanie roślin nie tylko nie robi im krzywdy, ale jest wręcz wskazane - wbrew niesłusznym obawom miłośników flory. Cała sztuka ogrodnicza opiera się na umiejętnym przycinaniu. Nie mielibyśmy w sklepach winogron, jabłek, gruszek, pomidorów czy papryki, gdyby nie ten zabieg, który służy nadawaniu formy lub zmuszaniu roślin do owocowania. A nawet - choć może to zabrzmieć dziwnie - podcinanie roślin je odmładza. Jak ma pani w mieszkaniu jakiegoś starego figowca, który jest już łysy od dołu, to może go pani odmłodzić krótko przycinając. Odrosną wtedy nowe pędy, będą żywotne, będą szybko rosnąć.

Kwiaciarki zawsze przypominają, żeby przycinać - od dołu oczywiście - kwiaty cięte, zanim wsadzimy je do wazonu z wodą. Panie profesorze, czy taki zabieg rzeczywiście jest uzasadniony?

Oczywiście. W łodydze roślin znajdują się naczynia, którymi transportowana jest woda (ku górze) i asymilaty (na dół). W miejscu, gdzie łodyga została ścięta - szczególnie, jeśli taka roślina przebywa chwilę poza wodą - te rurki służące do transportu przyschną i zamkną się. Trzeba więc końcówki co jakiś czas - a już na pewno zanim wsadzimy je do wody - podcinać, żeby stały się na nowo drożne. Taki zabieg odświeżający. Niektóre rośliny, mniszek lekarski na przykład, mają też specjalne mleczko. O, albo wilczomlecz, zna pani taką roślinę?

Nie.

Niepoprawnie zwaną gwiazdą betlejemską?

No to tak.

To jak uszkodzi pani jej liść, natychmiast pojawi się na nim kropla mleczka. To sposób rośliny na zabezpieczenie rany, bo to mleczko zastyga i chroni przed dalszym uszkodzeniem. Ale jeśli my te rośliny zawierające mleczko (czasem jest to lateks) zetniemy na bukiet, to natychmiast zrobi się tam taki korek i zatka rurki, którymi woda ma dostawać się do kwiatów. I kwiaty natychmiast zwiędną. Więc za każdym razem, kupując taki bukiet, my musimy tego korka (czyli zasklepienia rany) pozbyć się. Czyli najpierw ścinamy je jak jajko na twardo - podgrzewając zapalniczką albo wsadzając na chwilę do wrzątku, po czym usuwamy.

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać, kupując kwiaty cięte?

Żeby pewnych gatunków nie łączyć ze sobą. Istnieje zjawisko allelopatii roślin, to znaczy wzajemnego ich oddziaływania na siebie. Rośliny w ten sposób komunikują się ze sobą - nie za pomocą jakichś czarów czy kosmicznych fluidów, ale prostych sygnałów chemicznych. I niektóre gatunki zwalczają inne. Jak chodziła pani kiedyś po lesie, to wie pani pewnie, że tam, gdzie rośnie orlica pospolita (popularna paproć; ma wysokie, pojedyncze liście), nie spotka pani borówek. Na tej samej zasadzie jak wstawi pani do flakonu kwitnące tulipany i dołoży pani do nich kwitnące narcyzy, to te tulipany błyskawicznie przekwitną. Bo one źle się czują w swoim sąsiedztwie. Podobnie zresztą jest z fiołkami wonnymi i z konwaliami. Proszę ich ze sobą nie łączyć.

I tak wszystkie kwiaty, które trafią w moje ręce, czeka szybka śmierć. Oprócz mojego ulubionego aloesa, o którym przypominam sobie raz na trzy tygodnie. A on wciąż żyje i nawet rośnie.

Bo aloes jest sukulentem, to znaczy gromadzi wodę. Sukulenty - wśród nich najbardziej znane są kaktusy - są przyzwyczajone do warunków, gdzie muszą super oszczędzać wodę. Nie mogą pozwolić sobie na szybki wzrost. Skoro na co dzień nie pamięta pani o podlewaniu kwiatów, mogę jeszcze polecić pani roślinę, która nazywa się zamiokulkas, o mięsistych, grubych liściach, pełno tego jest w centrach ogrodniczych. Może pani sobie pojechać na dwa tygodnie na wakacje i zapomnieć o podlewaniu, a zamiokulkas i tak przeżyje - jak pani aloes.

Ale te sukulenty się przystosowały.

Nie tylko one. Weźmy te wszystkie rośliny tak zwane mięsożerne. Rosiczkę pani zna? Ma liście pokryte włoskami z lepkimi kulkami; jak komar się do tego przyklei, liść się zamyka i owad ginie w sokach trawiennych. Albo muchołówki, rosnące w bardzo jałowych warunkach, gdzie nie mogą korzystać ze składników zawartych w glebie - bo ich tam nie ma, więc muszą uzupełniać menu. Pomagają im w tym specjalne włoski, które również reagują na obecność owada. Albo dzbaneczniki, które są epifitami, a więc rosną na innych roślinach, ale nie są ich pasożytami. W związku z tym nie mają jak pobierać składników z gleby. No to wykształciły takie perfidne dzbanki na liściach i jeszcze oszukują owady, wydzielając na nich zapach nektaru. I idzie taka głupia mrówka, poślizgnie się, wpadnie do środka i wyjść już nie może. A na dole dzbanka jest płyn: woda i soki trawienne. I po mrówce.

Rośliny mięsożerne też można kupić w naszych sklepach, ale ich w domach trzymać nie polecam. Ewentualnie w jakiejś zamkniętej witrynie czy naczyniu, gdzie panuje zwiększona wilgotność powietrza.

Rośliny rozmnażają się podobnie do nas: w kwiecie jest organ męski, organ żeński, jest pyłek, woreczek zalążkowy, pyłek zapładnia...

Kiedyś byłam w Ogrodzie Botanicznym na projekcji filmu „Feed me”. Głupi horror o roślinach, które zaczęły pożerać człowieka.

Takich filmów było kilka. Mój syn również napisał opowiadanie, jak roślina połyka swojego opiekuna.

To niby śmieszne, ale przecież rośliny się zmieniają, przystosowują, a niektóre już potrafią „polować” na owady. Czy więc możliwe…

Że kiedyś rośliny będą pożerać ludzi? Nie sądzę. Rośliny owadożerne nie zastawiają pułapek na owady z chęci zabijania, a z braku wyboru. Nie wierzę, że kiedykolwiek pojawią się rośliny, które będą pożerały ludzi.

Niektóre rośliny długo były okryte złą sławą…

Zadbali o to radiesteci, czyli ludzie łażący wszędzie z wahadełkiem i oceniający, czy coś jest dobre, czy złe. Jak wahadełko rusza się tam i z powrotem, to jest dobrze, a jak w poprzek - oj, to niedobrze. No więc ci radiesteci najpierw uwzięli się na różę chińską, zwaną też ketmią bądź hibiskusem: w latach siedemdziesiątych oskarżyli ją o to, że jonizuje dodatnio powietrze, co jest szkodliwe dla ludzi - namawiali więc, żeby powyrzucać wszystkie hibiskusy.

Zła sława hibiskusa zaczęła się prawdopodobnie w jakimś ośrodku zdrowia, gdzie w poczekalni stał okaz hibiskusa, tak piękny, że pacjenci nie omieszkali sobie uszczknąć z niego (bo hibiskusy łatwo się rozmnaża; wystarczy kawałek pędu dać do doniczki). Więc któryś z lekarzy wpadł na pomysł, jak ochronić hibiskusa: napisać karteczkę, że on jest szkodliwy dla zdrowia i nie powinien być uprawiany w mieszkaniach. I fama poszła. Kiedyś byłem na wykładzie księdza, który również udowadniał, że hibiskus jest szkodliwy. A jak ksiądz mówi, to ludzie wierzą. I Polska była jedynym krajem, gdzie ludzie wyrzucali chińskie róże. A herbatki z hibiskusa pani pija?

Nie.

Ale dużo osób pije. A one mają susz pochodzący z kielicha z jednego gatunku hibiskusa. Bardzo zdrowa rzecz. Radiesteci rzucili również klątwę na kaktusy - tu również chodziło o ich rzekome zdolności jonizowania powietrza (a wie pani, że taki monitor czy świetlówki jonizują powietrze znacznie bardziej niż mogłyby robić to rośliny, a i tak tego im nie udowodniono), że na tych cierniach - bo to ciernie, nie kolce - tworzą się ładunki. Potem zabrali się za figowce. W takiej gazecie, nazywała się „Kobieta i Życie”, przeczytałem informacje oczerniające figowce. W tym artykule występowały dwie panie, z imienia i nazwiska, których mężowie zmarli przez trzymanie w domach hibiskusów: jeden na raka, drugi na zawał serca. W polemice, bo też lubię sobie czasem artykuł napisać, niegrzecznie zapytałem: „A dlaczego obie panie żyją?”. Doczepili się tych figowców biednych. A wie pani, że jest taka roślina, figowiec bengalski - ona wypuszcza z gałęzi takie wielkie korzenie i to może osiągać średnicę pół kilometra. I w Indiach czy w Bangladeszu pod takim figowcem buduje się całe wioski, w których mieszkają ludzie, razem ze zwierzętami. I im to nie szkodzi. Ale nie czytają „Kobiety i Życia”.

Dziennikarze czepiali się również roślin ozdobnych, strasząc, że są trujące. Owszem, niektóre z nich - na przykład konwalie - mają trujące alkaloidy. Ale może właśnie dlatego takie rośliny nazywa się „ozdobnymi”, a nie „jadalnymi”. Prawdopodobnie straszenie konwaliami wzięło się z tego, że ktoś wstawił taki bukiet do szklanki z wodą, a potem kwiaty wyrzucił, wodę zostawił. A ktoś inny przyszedł, najpewniej na kacu, i tę wodę po konwaliach wypił. I szlag go trafił na miejscu. „Mrożące krew w żyłach” historie dotyczyły też cantedeskii.

Co to za roślina?

Nie kojarzy pani? Taka biała pochwa zwana mylnie kalią? Kiedyś uważana za roślinę pogrzebowo-cmentarną (często widzimy ją w wieńcach), dziś wraca do łask. Jedna pani, znów w „Kobiecie i Życiu”, opisała, że dziecko znalazło na śmietniku tę roślinę i zatruło się po zjedzeniu łodygi. Okej, ale rośliny ozdobne są do ozdoby, nie do jedzenia - a w śmietnikach można znaleźć wiele znakomitszych delikatesów. Podobnie było z diffenbachią - jeden Angol wysłał drugiemu jej łodygę i oświadczył, że to trzcina cukrowa. To ten, głupi, wgryzł się w nią i zaczął wysysać sok, jak to się robi w wypadku trzciny. Potem zaczął zachowywać się jak szaleniec, więc teraz ta roślina w Anglii nazywa się „crazy sugarcane”. Bo samo „sugarcane” to trzcina cukrowa.

Pan Profesor wspomniał, że cantedeskia, czyli kalia, była kwiatem cmentarnym, ale się z nią przeprosiliśmy. To chyba niejedyny taki gatunek…

Nie. Kolejnym kwiatem, którego długo używaliśmy tylko do zdobienia grobów, są chryzantemy. Inna sprawa, że dlatego, że to roślina dnia krótkiego - bardzo późno kwitnie, akurat na listopadowe święto. Ale teraz sztucznie zaciemniamy szklarnie i chryzantemy kwitną cały rok, a są ładne, kolorowe i żadna gafa je wręczyć. My w ogóle trochę, jeśli chodzi o kwiaty, się przestawiliśmy. Dawniej ceniliśmy rośliny pachnące, jak fiołki, gardenie, konwalie czy tuberozy, o których śpiewał Grechuta. A dziś mamy słabość przede wszystkim do kolorów. Cenimy kwiaty za ich piękne barwy.

Jeśli chodzi o ostatni trend, cenimy je również za zdolności oczyszczania powietrza. Rzeczywiście są gatunki, które mogą chronić nas przed smogiem? I jakie?

Rzeczywiście. Wymienia się draceny, paprocie, figowce, sansewierie, czyli wężownice (jej też doczepili się radiesteci, pewnie dlatego, że w wielu językach sansewierie mają nazwę od węża, a w węża wcielił się szatan). Ale to rośliny zbadane, a oczyszczać powietrze będą wszystkie kwiaty, choć zasada jest taka: im większy i cieńszy liść, tym lepiej. Bo większa powierzchnia transpiracji.

Skąd wiemy, że te rośliny oczyszczają powietrze?

Ciekawe badanie robiła Amerykańska Agencja Kosmiczna, zwana NASA. Poszukiwała sposobu, jak oczyścić atmosferę z lotnych substancji, które są emitowane m.in. przez płyty wiórowe (czy raczej formaldehyd, którymi się je skleja; to on szczypie po oczach w sklepach meblowych), rozpuszczalniki, farby, lakiery, czy przez ten tusz z długopisu, którym pani pisze. Analiza powietrza pobranego z jednego z ośrodków spokojnej starości pod Waszyngtonem wykazała 360 substancji lotnych! Więc NASA urządziła takie komory roślinne (to się nazywa fitotrony), gdzie panują sztuczne warunki, jeśli chodzi o światło, wilgoć, ciśnienie. Do tych komór wstawiono różne rośliny, po czym zanieczyszczono komory formaldehydem, benzenem i pierwiastkami radioaktywnymi. Po paru godzinach ilość wszystkich trucizn się zmniejszyła, a po 24 - już w ogóle ich nie było. Po badaniach okazało się, że ta „utylizacja” odbywa się w strefie przykorzennej rośliny.

Wie pani, co jest śmieszne? Że wśród tych zbadanych roślin, które okazały się oczyszczać powietrze, była też sansewieria. A wcześniej radiesteci jej się czepiali. Ale w ich zachowaniu trudno doszukać się racjonalizmu. Była tu kiedyś jedna pani redaktor i ona też była radiestetką (rany, mam nadzieję, że pani nie jest) i patrzy na paprykę ozdobną, która stoi na parapecie, wyciąga wahadełko i ono się kiwa w poprzek, czyli źle. Ja pytam tę dziennikarkę: „A czy pani jest pewna, że to jest szkodliwa roślina?”. Ona, że tak, że proszę zobaczyć, że w poprzek się waha. Ja znów ją pytam: „A czy wie pani, że to jest papryka, uważana za bardzo zdrową roślinę?”. A ona: „To jest papryka?! Niemożliwe!”.

I wahadełko w mig w „dobrą” stronę zaczęło jej się kiwać…

Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej; odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Moją ulubioną formą jest wywiad, a tematyką: nauka, medycyna, życie społeczne. Jestem współautorką siedmiu książek, w tym czterech napisanych wspólnie z neurobiologiem, prof. Jerzym Vetulanim (m.in. "Neuroertyka" i "Sen Alicji"), kolejne powstały z informatykiem, prof. Ryszardem Tadeusiewiczem i psychiatrą, prof. Dominiką Dudek. Moją pasją jest łucznictwo konne, jestem właścicielką najfajniejszego konia na świecie.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.