Lem przewidział e-booki. Ale nie zgadł, że... przestaniemy czytać

Czytaj dalej
Fot. Fot. zosia zija i jacek pióro/materiały promocyjne
Julia Kalęba

Lem przewidział e-booki. Ale nie zgadł, że... przestaniemy czytać

Julia Kalęba

Rozmawiamy z Agnieszką Miśkiewicz, która jest prezesem Towarzystwa Nauczycieli Bibliotekarzy Szkół Polskich, Oddział w Krakowie

63 procent Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku ani jednej książki - wynika z raportu Biblioteki Narodowej. Spodziewała się pani takich wyników?

W dłuższej perspektywie widać, że liczba deklarujących regularne czytanie spada. Książka przegrywa z innymi formami spędzania czasu. Niemodne jest dziś czytanie w przerwie między lekcjami, niemodne jest nagrywanie wywiadów z politykami na tle zapełnionych woluminami regałów, choć kiedyś było to częstą praktyką. Przestajemy być wśród książek na co dzień. A jednak, i należy to docenić, 37 proc. z nas w ubiegłym roku miało w rękach przynajmniej jedną publikację. 10 proc. respondentów przeczytało w tym czasie przynajmniej siedem książek. W ostatnich kilku latach statystyki utrzymują się na podobnym poziomie. Być może to dobry znak. Poza tym, zwróćmy uwagę na to, że wśród respondentów była znikoma liczba uczniów.

Ponieważ badanie objęło osoby powyżej 15. roku życia.

Właśnie, w mojej bibliotece czytelnikami są już 6-latki. Od lat badania czytelnictwa wykazują, że najchętniej po książki sięga młodzież. Koniec edukacji dla niektórych bywa końcem regularnego czytelnictwa. Wszyscy zastanawiamy się, jak pokonać tę granicę. Co zrobić, by ze szkolnego, czasem przymusowego czytelnika stworzyć dorosłego odbiorcę, który będzie chętnie sięgał po książki i już świadomie dokonując wyborów, pójdzie w stronę, jednak, literatury.

Zna pani jakieś pedagogiczne rozwiązania? Metody? Triki?

Wydaje mi się, że znam jeden, bardzo ważny - obcowanie z książką. Jeżeli w dzieciństwie rodzice, następnie bibliotekarz i nauczyciel, a potem rówieśnicy będą doceniać wartość książki, to po skończeniu edukacji, dziecko nie będzie chciało z niej zrezygnować. Widzę tu ogromną rolę bibliotekarza, który może współpracować z nauczycielami ze szkoły, by ci odsyłali dzieci po książki tematyczne, wynagradzali dodatkowe lektury albo zdobywanie informacji z książek popularnonaukowych dla dzieci. Bibliotekarza, który może porozmawiać z dzieckiem i uchylić mu rąbka tajemnicy z powieści, by ono samo chciało dowiedzieć się więcej, wreszcie - który musi być na bieżąco z tym, co dzieje się na rynku wydawniczym, znać język dzieci i podrzucać im potencjalne hity. W „Pustyni i w puszczy” jest fantastyczną książką, ale dla wielu dzieci język Sienkiewicza może być archaiczny, zbyt trudny i zniechęcający. One wolałyby „Nelę”. Zresztą jest mnóstwo ciekawych serii wydawniczych, które interesują najmłodszych. Reforma edukacji proponuje wprowadzenie do kanonu lektur (obok tych tradycyjnych pozycji) dzieła autorów takich jak Andrzej Maleszka czy Rafał Kosik, którzy naszym młodym czytelnikom są bliżsi.

Zatem co dzieci najchętniej czytają? Przychodzi do pani biblioteki uczeń i mówi…

Poproszę lekturę. Przychodzi po konkretny tytuł, odbiera i wychodzi. To jedna grupa czytelników. Druga grupa to stali czytelnicy, którzy mają już swój gust. Wśród nich są tacy, którzy zdążyli przeczytać już większą część zamieszczonych w szkolnej bibliotece zbiorów beletrystycznych. Ci pytają, czy jest nowa część ich ulubionej serii, proszą, żeby im coś polecić albo sami spędzają przerwy na przeglądaniu zbiorów, regał za regałem, i wyszukiwaniu czegoś dotąd nieodkrytego. Trzecią grupą są dzieci, które wpadną tu, żeby posiedzieć, coś przeczytać, odpocząć w ciszy, porozmawiać. Nie są tak mało zaznajomieni z książkami jak grupa pierwsza, ale nie należą też do miłośników literatury. Są to sporadyczni czytelnicy, którym też mogę coś polecić.

I co wtedy im pani mówi?

Uczniowie czytają różne książki. Nie obrażam się na książki z obrazkami, w których jest mało tekstu, na różnego rodzaju udziwnienia, które coraz częściej się w nich pojawiają. Wypożyczam to, co może mu się spodobać. Kiedyś dzieci wybierały książki Małgorzaty Musierowicz i Lucy Maud Montgomery - teraz wolą sięgać po J.K. Rowling i nie ma w tym nic złego. Chcielibyśmy, żeby była moda na czytanie książek, więc musimy iść za tym, co jest nowe, na czasie. W wielu przypadkach tylko taka forma może zachęcić dziecko do czytania.

Wybory, których dokonujemy w dzieciństwie, przekładają się na czytelnictwo w przyszłości?

Zgadza się. Miłośnicy książek, którzy są wybrednymi czytelnikami, będą w gronie 10 proc. respondentów, którzy przeczytają siedem i więcej książek w ciągu roku. Ci, którzy czytają sporadycznie, ale do biblioteki przychodzą z przyjemnością i wiedzą, że mogą tu coś znaleźć, będą w tych 27 proc. badanych czytających jedną książkę rocznie. A pozostali, którzy przychodzą wyłącznie po lekturę, bo nie mają potrzeby sięgania po więcej, nie będą czytać wcale.

Chyba że pomogą różnego rodzaju akcje społeczne. Niedawno obchodziliśmy Światowy Dzień Książki; na targach w Krakowie czytelnicy wręcz polowali na niektóre tytuły.

Sama wzięłam w nich udział, żeby wyłapać coś ciekawego do szkolnej biblioteki. Takie wydarzenia aktywizują osoby, które chciałyby coś przeczytać, ale czekają na okazje albo chciałyby dostać coś polecanego. Dobrze sprawdza się akcja wymiany książek. Bookcrossing jest zagraniczną praktyką, która polega na nieodpłatnym udostępnianiu książek przez pozostawianie ich w miejscach publicznych (np. w kawiarniach) lub na specjalnie przygotowanych do tego regałach ustawionych w łatwo dostępnych miejscach. Jest wiele akcji, które mogą pobudzać do czytania. I zwykle cieszą się one zainteresowaniem.

Więc może wina za niski poziom czytelnictwa leży po stronie bibliotek? Chcemy czytać nowości, a te pojawiają się tam, gdy nowościami już nie są.

Pewną barierą jest finansowanie bibliotek. Bibliotekarze starają się kupować jak najwięcej pozycji, które dopiero wchodzą na rynek. Jednak to nie wystarcza, bo wtedy właśnie zapotrzebowanie na nie jest większe. Co roku biblioteki publiczne w ramach programu promującego czytelnictwo otrzymują od Biblioteki Narodowej dotacje. Ich kwota wynosi od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Program umożliwia zakup książek, multimediów, wydawnictw nutowych, kartograficznych oraz czasopism kulturalnych i społeczno-kulturalnych. Ale żaden bibliotekarz nie może pozwolić sobie na przeznaczenie wszystkich pieniędzy na jeden ciekawy tytuł. Generalnie - kondycja bibliotek jest różna. Zdecydowanie lepiej działają te, które biorą udział w dodatkowych projektach promujących czytelnictwo, dzięki którym pozyskują jeszcze więcej środków i jeszcze więcej tytułów, a przez to - więcej czytelników.

Dorośli nadal lubią powieści, literaturę piękną?

Generalnie największą popularnością cieszą się romanse i kryminały. Ale to nie wyklucza ani literatury faktu, ani poezji, ani fantastyki.

Coraz więcej książek wypełniają obrazki...

W historii literatury mieliśmy do czynienia z wieloma awangardowymi pomysłami. A jednak zawsze wracaliśmy do tego, co było tradycyjnie uznawane za piękne. Dziś wychodzą książki, w których równie ważna jak sama treść, jest cała sfera graficzna. Powiem więcej: są książki, które wyłącznie się koloruje, w których oprócz kilku zdań są same obrazy.

Albo takie, w których czytelnik sam może uzupełnić zakończenie rozdziału.

Dziś autorzy eksperymentują z czytelnikiem, wchodzą z nim w pewną interakcję. Czy to dobrze? Autorzy jeszcze nie raz nas zaskoczą. Możliwości jest mnóstwo. Dlatego jestem przekonana, że część z nas nie pójdzie do biblioteki nie dlatego, bo nie chce czytać, ale dlatego, że czyta w innej formie.

Można postawić znak równości między papierową książką a e-bookiem?

Jeśli chodzi o treść, tak. Jeśli pyta pani o doznania - już nie. Znacznie większą przyjemność sprawia mi, kiedy trzymam książkę przed sobą i słyszę szelest kartek. Ale doceniam też praktyczność nowych technologii. Stanisław Lem w „Powrocie z gwiazd” przewidział dzisiejsze wynalazki. Pisał o czymś podobnym do książki, o jednej stronie między okładkami, na której za dotknięciem pojawiały się kolejne karty tekstu. Mamy to już na co dzień.

W tej samej powieści Lem pisał, że w księgarniach nie będzie już drukowanych książek. Boi się pani, że to też są słowa prorocze?

Jako bibliotekarz mam nadzieję, że forma papierowa przetrwa przez wiele pokoleń i dzieci, które korzystają z niej dziś, będą doceniać ją jeszcze przez długi czas. Jako miłośnik literatury powiem, że ważne jest to, aby czytać w ogóle - wybrany rodzaj literatury w wybranej formie.

Julia Kalęba

Dziennikarka działu Magazyn "Gazety Krakowskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.