Paweł Gzyl

Lubimy mocno pohałasować

Stonerror gra mocnego i ciężkiego rocka jak Black Sabbath - Jarek „Faza” Daniel pierwszy z prawej Fot. Archwium Stonerror gra mocnego i ciężkiego rocka jak Black Sabbath - Jarek „Faza” Daniel pierwszy z prawej
Paweł Gzyl

Stonerror to nowy zespół z Krakowa, który ma szanse zaistnieć szerzej na polskiej scenie rockowej. Rozmawiamy z jego gitarzystą - Jarkiem „Fazą” Danielem, ex-menedżerem krakowskich klubów.

Poznaliśmy jakieś siedemnaście lat temu, kiedy pracowałeś jako menedżer w słynnych, krakowskich klubach - Miasto Krakoff a potem Łubudubu. Jak wspominasz tamte czasy?

Jeszcze w międzyczasie było Kuriozum na Szerokiej na Kazimierzu. (śmiech) Najlepiej zapamiętałem Miasto Krakoff, gdzie w ciągu jednego roku udało nam się zorganizować 250 imprez, z czego ponad 100 to były koncerty. Występowały bardzo różne zespoły: raz ciężki hip-hop z Nowego Jorku, a kiedy indziej heavymetalowe Turbo z supportującym go Vaderem. (śmiech)

Ta menedżerska działalność pomagała Ci jako ówczesnemu muzykowi grupy Zooid?

Raz na dwa miesiące udało mi się wcisnąć Zooid jako support przed mniej lub bardziej znanymi zespołami, a raz na pół roku - zorganizować własny koncert. Tak naprawdę częściej występowaliśmy, zanim zacząłem pracować jako menedżer.

Zooid na początku minionej dekady był jednym z najciekawszych zespołów rockowych w Krakowie. Dlaczego nie udało Wam się przebić?

To były ciężkie czasy. Nasza muzyka była niezrozumiała dla wytwórni płytowych i rozgłośni radiowych. Wszędzie królowały grupy, które odniosły sukces w poprzedniej dekadzie - Hey czy Myslovitz. Nagraliśmy cztery demówki, w tym jedną bardzo profesjonalną, ale nie było żadnego odzewu.

Zooid istnieje nadal?

Właściwie tak. W zeszłym roku nagraliśmy wreszcie studyjną płytę. Ten materiał jest teraz w produkcji i wydamy go w tym roku. Właściwie to album wspominkowy - jest tylko jeden utwór premierowy. Działamy na odległość, bo nasz basista mieszka i ma swoje studio w Nowym Jorku. Dwa razy w roku przylatuje do Krakowa - i wtedy dajemy koncerty, głównie dla znajomych.

Teraz jesteś zaangażowany w nowy zespół - Stonerror. Myślisz, że tym razem wreszcie będzie sukces?

Trudno powiedzieć. Spotykamy się zaledwie raz w tygodniu, gramy kilka koncertów w roku. To też działalność hobbystyczna - i pewnie tak pozostanie. Nie łudzę się, że odniesiemy taki triumf, iż będę utrzymywał siebie i rodzinę z działalności Stonerrora. Nie gramy muzyki dla mas - to coś dla odbiorcy, który lubi ostrzejsze klimaty.

Taka sytuacja sprawa, że nie musicie się liczyć z żadnymi wymogami rynku, tylko możecie grać to, co naprawdę lubicie.

Zawsze grałem, to co kochałem. Kiedyś tylko ta muzyka była mniej rozumiana niż teraz. Teraz może bardziej poważnie traktuję to, co robię. Ale oczywiście bez przesady: na pewno nie rzucę wszystkiego, aby tylko grać.

Wasza nazwa wskazywałaby, że gracie stoner rocka, czyli wolną, mroczną i ciężką muzykę wywodzącą się z dokonań zespołu Black Sabbath - tymczasem to nie do końca prawda.

Zwróć uwagę, że nasz nazwa składa się dwóch wyrazów: „stoner” i „error”. Ten drugi pokazuje, że zaklasyfikowanie muzyki zespołu nie będzie takie proste. Zresztą wymyśliłem ją już siedem lat temu, kiedy stworzyłem riff do utworu „Red Tank”, który teraz otwiera naszą debiutancką płytę. Wszystko nagrywałem wtedy sam na komputerze.

Muzyka z albumu brzmi bardzo „amerykańsko”, odwołując się do garażowego rocka The Stooges czy punkowej psychodelii Sonic Youth, co podkreśla bardzo stylowa okładka z Fordem Mustangiem z 1967 roku, który wystąpił w słynnym filmie „Bullit”. Skąd u Was takie fascynacje?

To brzmienie powstało w studiu. Nagraliśmy wszystkie utwory na taśmie a nie na komputerze. Specjalnie na potrzeby tej sesji pożyczyliśmy starą perkusję Ludwiga i wzmacniacz basowy z 1968 roku. W efekcie powstały dźwięki podobne do tego, co słychać na naszej EP-ce, która została zarejestrowana na żywo, ale zdecydowanie bardziej vintage’owe.

To dlatego nagrywaliście w studiu Maćka Cieślaka ze Ścianki, który ma analogowy sprzęt?

Ja sobie wymarzyłem tę współpracę już w 2000 roku. I musiało minąć aż 17 lat, aby zrealizować ten plan. Maciek jest jednym z najlepszych producentów w Polsce. Bardzo mocno się zaangażował w sesję, dyrygował nami niczym orkiestrą, a do tego wspólnie stworzyliśmy jeden utwór - „Misbegotten”. Ważny był też mastering, który zrobił Rob Katz, mający na swym koncie trzy nagrody Grammy.

Co Was fascynuje w ciężkiej i mrocznej muzyce rockowej?

Nasze utwory są tak skonstruowane, że na każdym koncercie możemy sobie w ich ramach swobodnie poimprowizować. Albo mocno pohałasować, albo wyciszyć się. Czyli - uczenie mówiąc - operować dynamiką.

Jak będziecie promować płytę?

W serwisie YouTube można obejrzeć nasz nowy teledysk do utworu „Sierra Morena”, który nakręciliśmy w Krakowie. Będą też koncerty, podczas których zagra z nami Maciek Cieślak. Część utworów z albumu zagramy w poszerzonych wersjach, jak „Los Hermanom” czy „Blues For The Red Sea”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.