Maciej Bochniak, reżyser filmu "Freestyle": Chcieliśmy dzisiejszy Kraków pokazać w zupełnie nieoczywisty sposób

Czytaj dalej
Fot. Michał Lichtański
Paweł Gzyl

Maciej Bochniak, reżyser filmu "Freestyle": Chcieliśmy dzisiejszy Kraków pokazać w zupełnie nieoczywisty sposób

Paweł Gzyl

W serwisie Netflix swoją premierę miał właśnie film „Freestyle”. To nowe dzieło krakowskiego reżysera Macieja Bochniaka, który stworzył tak oryginalne obrazy, jak „Disco Polo” czy „Magnezja”. Tym razem postanowił on opowiedzieć nam gangsterską historię o młodych chłopaku, który zostaje wbrew swej woli wmanewrowany w narkotykową intrygę. Fabuła ta stała się dla reżysera pretekstem do pokazania zupełnie innego oblicza współczesnego Krakowa. W rozmowie z nami Maciej Bochniak zdradza co go do tego zainspirowało.

- Pochodzisz z Krakowa, a do tej pory Kraków był nieobecny w twoich filmach. Dlaczego?
- Odpowiedź jest dosyć prosta - żadna z moich poprzednich historii fabularnych, czyli „Disco Polo” oraz „Magnezja”, nie działy się w Krakowie. Czułem jednak, że w końcu nadejdzie moment, kiedy tu wrócę i nakręcę film. Mimo, iż w Krakowie nie mieszkam od 14 lat, to jednak właśnie to miasto mnie ukształtowało, tu stawiałem pierwsze kroki twórcze, w końcu tu narodził się pomysł na „Freestyle”.

- Jak do tego doszło?
- To było jakieś 10 lat temu, jeszcze za czasów, kiedy obaj ze współautorem scenariusza, Sławkiem Shutym, mieszkaliśmy w Krakowie. Jednak z różnych powodów pomysł na długo trafił do szuflady. Dopiero dwa lata temu postanowiliśmy go dopiąć. Bardzo chciałem, aby film dziejący się w Krakowie zrobili ludzie z tego miasta, nadający na podobnych falach. Stąd wybór operatora (Kajetan Plis), montażysty (Tomasz Bochniak), kostiumografki (Hanka Podraza), scenografa (Marek Zawierucha), realizatora dźwięku (Monika Krzanowska) czy kompozytora (Alick Ćpaj Stajl). Znamy się od lat - w niektórych przypadkach nawet z dzieciństwa. Potem gdzieś się rozjechaliśmy i nagle znowu spotkaliśmy się w Krakowie, który już trochę nie jest „nasz”. Właściwie odkrywaliśmy go więc na nowo i to była niesamowita przygoda. Bardzo szybko narodził się pomysł, żeby dzisiejszy Kraków pokazać w zupełnie nieoczywisty sposób: omijać miejsca rozpoznawalne i wejść w Kraków na obrzeżach, taki, który znają tylko lokalsi.

- Jak szukaliście tych niekonwencjonalnych lokacji?
- Wielką pracę wykonał tu Marek Zawierucha, który uparcie przekonywał mnie do oglądania „ukrytych” miejsc. No i tak zaczęliśmy wjeżdżać w industrialne osiedla. Oczywiście scenariusz narzucał jakieś konkretne lokacje, ale wiele scen po prostu zmieniłem pod wpływem dokumentacji. Zorientowałem się, że odkąd wyprowadziłem się z Krakowa, Wawel oplotło jakby drugie miasto. Nowe osiedla, trasy czy odrestaurowane przestrzenie industrialne nadały miastu drugą twarz, do której turyści nie mają dostępu. Dlatego postanowiliśmy się wokół tego zakręcić. Innym tropem była moja współpraca z krakowskimi raperami, wspomnianym Alickiem z Ćpaj Stajl i Gruberem z Wysokiego Lotu. Razem z nimi krążyłem po mieście, odkrywając miejsca, w których sami bywają, w których żyje rap. Na przykład mieszkanie naszego bohatera Diego jest faktycznym studiem Alicka, gdzieś na dalekim Płaszowie.

- Wspomniałeś, że napisałeś scenariusz do „Freesyle’u” ze Sławkiem Shutym. Znaliście się wcześniej?
- Tak - i nawet zrobiliśmy w 2012 roku krótkometrażowy film „Pokój”, który wygrał festiwal w Gdyni w kategorii kina niezależnego. Koło się więc zatacza - po latach wracamy z kolejnym filmem i jesteśmy z nim w Konkursie Głównym w Gdyni. Mamy ze Sławkiem bardzo intensywny i twórczy kontakt od tamtego czasu, tylko z różnych powodów dopiero teraz ten film przekuliśmy w rzeczywistość.

- Głównym bohaterem „Freestyle’u” jest język, którym posługują się bohaterowie. Co cię zafascynowało w tym gangsterskim slangu?
- To nawet nie chodziło o stricte gangsterski slang. Bardzo nam zależało i dbaliśmy o to na każdym etapie pracy nad tym filmem, żeby ten język był prawdziwy, potoczny, naturalny. Żeby każde miejsce, w którym czuć dialog filmowy, kastrować z niego na tyle, na ile się da. „Freestyle” był pierwszym moim filmem o bohaterach młodszych niż ja sam, więc to na „dzień dobry” wymagało transformacji języka, którym posługiwałem się na co dzień. Sporo wnieśli raperzy, z którymi intensywnie konsultowaliśmy scenariusz, stąd ten dialog cały czas ewoluował i żył swoim życiem. Angażowaliśmy do statystowania przedstawicieli młodszego pokolenia i często również ich pytaliśmy: „Jak byś ty to powiedział inaczej?”. Czerpaliśmy z tego na maksa, by w filmie nie było ściemy.

- Gdzie szukaliście inspiracji do stworzenia fabuły „Freestyle’u”?
- W warstwie filmowej szukałem inspiracji m.in. w duńskiej serii filmów „Pusher” z początku minionej dekady. Kiedy ją obejrzeliśmy ze Sławkiem, zaczęliśmy się zastanawiać, jakby tu w Krakowie mogła wyglądać historia, w której główny bohater na naszych oczach topi się w bagnie złych decyzji. Zresztą w pierwszej scenie „Freestyle’u” pojawia się postać, która przynosi skrzynkę z bananami i kokainą filmowemu Batonowi. Zagrał ją polski aktor i akrobata Marek Magierowski, który wystąpił w „Pusherze 3”. Długo go szukaliśmy, bo w ten sposób chciałem oddać hołd tej serii. W końcu znaleźliśmy Marka na dwa dni przed zdjęciami. Był zaskoczony i szczęśliwy – nikt nigdy z Polski wcześniej do niego nie zadzwonił. Kupiliśmy mu bilet na samolot i przyleciał z Kopenhagi do Krakowa. Magia.

- Jeśli chodzi o fabułę, to o uczciwym chłopaku dającym się wciągnąć w narkotykową intrygę, zrealizowano nieskończoną ilość filmów, od „Trainspotting” począwszy. Trudno było w ten schemat fabularny tchnąć coś oryginalnego?
- Myślę, że przede wszystkim oryginalnością tej historii jest miejsce oraz czas, w którym nasza akcja się rozgrywa. Również to, że w rodzimej kinematografii takich filmów prawie nie ma. No i tempo – w naszym filmie jest naprawdę duże, co daje dodatkową warstwę w opowieści. Filmy, o których wspominasz, miały swój hype w latach dwutysięcznych, teraz robi się ich znacznie mniej. A zarówno otaczający nas świat, jak i młodzi ludzie, bardzo się zmienili od tamtego czasu.

- Największym problemem było dla mnie podczas oglądania „Freestyle’u” to, że nijak nie mogłem sympatyzować z bohaterem. To kwestia różnicy pokoleniowej?
- Diego zdecydowanie jest antybohaterem i jest to zabieg celowy. A to, czy potrafimy sympatyzować z antybohaterami, to jest już indywidualna sprawa. Dla mnie głównym celem było dostarczenie widzowi filmowego przeżycia, niczym w grze komputerowej, w którym towarzyszymy bohaterowi, będąc bardzo blisko wszystkiego, co robi. Tak, abyśmy mogli poczuć co się dzieje w duszy takiego człowieka, kiedy pod wpływem jednej złej decyzji cały świat zaczyna walić mu się na głowę. Diego jest dla mnie bohaterem z rysą, człowiekiem po przejściach. Właśnie wrócił z odwyku, ma swoje emocjonalne „jazdy”, nad którymi nie zawsze panuje, ale stara się trzymać w ryzach. Nie łamie swoich zasad. Popełnia błędy, potrafi być opryskliwy, ale konsekwentnie dąży do celu, kręci go adrenalina i wszystkie niebezpieczne sytuacje – bo w sumie niewiele pozostało mu po odstawieniu używek. Jest w tym konsekwentny, a ja wierzę, że dopóki przekaz i bohater są konsekwentni, to postać jest ciekawa, mimo swoich wad.

- Jak to się stało, że Diega zagrał Maciek Musiałowski?
- Kiedy piszesz scenariusz, to najczęściej widzisz w głównym bohaterze siebie samego. W pewnym momencie stwierdziłem jednak, że jeśli Diego miałby 38 lat, to nie mógłbym wrzucić w niego młodzieńczej porywczości, na której bardzo mi zależało. Dlatego postanowiłem go odmłodzić o jakieś 10-13 lat. Wtedy od razu twarz Maćka stanęła mi przed oczami. On ma bardzo niepokojącą fizis, a przy okazji jest niesamowicie utalentowanym aktorem, więc to była natychmiastowa decyzja. Od razu wysłałem mu scenariusz. Nie było żadnych castingów. Maciek go przeczytał i oddzwonił właściwie chwilę później cały podekscytowany. Tak to się zaczęło i wokół Maćka budowałem całą resztę.

- Maciek gra Diega z niesamowitym pędem: właściwie przez półtorej godziny rapuje swoje kwestie. Jak to uzyskaliście?
- Uczulałem wszystkich przed rozpoczęciem zdjęć, że najważniejsze, o co walczymy w tym filmie, to energia. Udało nam się uzyskać ten efekt dzięki bardzo długiemu okresowi przygotowawczemu. Przeprowadziliśmy się z Maćkiem do Krakowa pod koniec lipca zeszłego roku, a zdjęcia zaczęliśmy w połowie września, więc mieliśmy właściwie półtora miesiąca, kiedy dzień w dzień byliśmy razem. Poznawaliśmy miasto, przeprowadzaliśmy próby z innymi aktorami. Maciek uczył się rapować, zabierałem go na wszystkie lokacje, na mecze piłkarskie w Krakowie czy koncerty – wszystko po to, aby mógł złapać ducha tej postaci oraz ducha samego miasta. Maciek na moich oczach przeistaczał się w Diego. Zaczął nosić jego kostium i szukać na mieście zachowań i sytuacji, które testowałyby charakter tej postaci na długo przed zdjęciami. To był proces, który go tak nakręcił, że w chwili wejścia na plan czuliśmy, że dokładnie wiemy, co robimy.

- Poza Maćkiem w filmie pojawiają się sami mało znani aktorzy. Z czego to wynika?
- Bardzo mi zależało, żeby resztę obsady stanowili świetni aktorzy, nie kojarzący się z konkretnymi produkcjami, by nie zepsuć widzowi zabawy wejścia w nieznany świat. Kompletując młody skład, oparłem się o studentów krakowskiej szkoły teatralnej. Do roli starszych osób zaangażowałem z kolei krakowskich aktorów teatralnych. Na przykład Julka Chrząstowskiego, który zagrał właściwie we wszystkich moich filmach od krótkiego metrażu począwszy, czy Romana Gancarczyka, z którym zawsze chciałem pracować. Muszę tu dodać, że sporą ilość ról powierzyłem też po prostu znajomym, czy ludziom dosłownie spotykanym na koncertach czy na ulicach. Kiedy widziałem ciekawą twarz, za którą stała osobowość, od razu podbijałem i namawiałem do udziału w filmie. I stąd też ta fantastyczna atmosfera na planie, bo aktorzy zostali otoczeni ludźmi ze środowiska, ludźmi z miasta, na których ich status aktorski nie robił zbytniego wrażenia. Dzięki temu aktorzy mogli poczuć się inaczej niż zazwyczaj, bez nieustających próśb o autografy czy zdjęcia, bo tego po prostu nie było. Dałem więc również upust moim dokumentalnym fascynacjom.

- Mimo tego krakowskiego kolorytu, „Freestyle” ma bardzo uniwersalny charakter. Celnie opowiada o pokoleniu dzisiejszych dwudziestolatków.
- Robiąc film, zawsze staram się szukać tego lokalnego kolorytu i oryginalności wizualnej, ale jednocześnie pamiętać o uniwersalności opowiadanej historii. Myślę, że tutaj jest ona kluczowa i dlatego staraliśmy się ze Sławkiem bardzo dbać o to, żeby film był czytelny dla każdego widza. Zresztą, robiąc film we współpracy z Netflixem, po prostu chciałem, by był zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną.

- Przy takich filmach, jak „Freestyle”, zawsze pojawiają się oskarżenia o gloryfikację narkotyków. Tu też tak będzie?
- Ten film absolutnie nie gloryfikuje narkotyków. Wręcz przeciwnie – Diego miał problem z uzależnieniem, ale jest czysty. Czy tego chcemy, czy nie - ten świat istnieje, a my pokazujemy go bez oceniania. Obserwujemy go z pozycji osób, które na co dzień funkcjonują w takiej rzeczywistości. Przy researchu do filmu spotykałem młodych ludzi z półświatka, którzy mówili mi wprost: „W pewnym momencie kończy się życie na garnuszku rodziców i stajesz przed prostym wyborem: praca na kasie albo coś więcej”. Nie ma więc tutaj żadnej gloryfikacji, nikt się nie jara tym światem.

- „Freestyle” trafi przede wszystkim do dzisiejszych dwudziestolatków?
- Na pewno moim założeniem było, żeby ten film dotarł do młodych ludzi. Stąd też włożyliśmy dużo wysiłku, by nauczyć się ich języka, poznać ich zwyczaje. Wierzę, że odrobiliśmy lekcję. Ta historia jest jednak na tyle uniwersalna, że może trafić również do starszych widzów. To film typowo gatunkowy – sensacyjna historia, która może być po prostu dobrą rozrywką dla szerszego grona odbiorców, lubiących mocne kino.

- Już fakt, że „Freestyle” trafił do Konkursu Głównego festiwalu w Gdyni, świadczy że docenili go starsi widzowie.
- Bardzo cieszę się na to zaproszenie, bo w tym roku konkurencja była olbrzymia. Komisja składa się z filmowców w różnym wieku. „Freestyle” to chyba jedyny gatunkowy film w tegorocznej selekcji, a już na pewno jedyny film krakowski. Jednak wiadomo, że z Krakowa do Gdyni jest daleko, dlatego cieszę się, że film na Netflix wejdzie jeszcze przed festiwalem i w zasadzie każdy będzie mógł zobaczyć i ocenić go samemu.

Paweł Gzyl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.