Katarzyna Kojzar, Marcel Wandas

Marcin Czarnik. Krótka rozmowa o artystach

Marcin Czarnik. Kadr z serialu telewizyjnego „Artyści” Fot. Materiały Prasowe Marcin Czarnik. Kadr z serialu telewizyjnego „Artyści”
Katarzyna Kojzar, Marcel Wandas

Marcin Czarnik urodził się w Oświęcimiu, jest związany z Krakowem, Wrocławiem i stolicą. Zagrał główną rolę w „Artystach”, serialu TVP chwalonym przez recenzentów, który grano do końca października

Stresował się Pan serialem „Artyści”?

Różnica pomiędzy kinem i telewizją a teatrem jest taka, że nerwy zostawiłem już w lutym, na planie, kiedy robiliśmy ostatnie zdjęcia. Ale rzeczywiście byłem bardzo ciekaw, jak wyszło.

Lubi pan oglądać siebie na ekranie?

Nienawidzę. Ale w przypadku „Artystów” miałem pewność, że to jest dobre. Od początku, od propozycji Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, wiedziałem, że robimy serial o teatrze, że mam dostać główną rolę i że będę grał dyrektora. Byłem podekscytowany, bo znam ich. Wiem, czego się spodziewać. Oni są absolutnie fantastyczni, zawsze proponują coś, z czym można się utożsamić. Mnie to jest potrzebne, lubię, kiedy temat jest mi bliski - zarówno jako aktorowi, jak i człowiekowi. Monika i Paweł mówią o tym głośno, więc chyba nie zdradzę tajemnicy - część postaci była pisana pod konkretne osoby. Dyrektor był pisany pode mnie. Chociaż moja osoba prywatnie była zaczątkiem zupełnie innej postaci w tym serialu.

Której?

Aktor Kredyt. To ja. Chodzi o moje narzekanie na to, że kilka lat temu wzięliśmy z żoną kredyt we frankach szwajcarskich. Ale dyrektor od początku miał być mój.

Recenzje w większości są entuzjastyczne, ale zdarzyła się też zgryźliwa. Autor napisał, że po obejrzeniu serialu nikt nie będzie chciał być dyrektorem teatru. Pan też?

Od początku wiedziałem, że nie chciałbym być dyrektorem żadnej instytucji - tym bardziej teatru. To, co się dzieje z serialowym Teatrem Popularnym, to coś charakterystycznego nie tylko dla świata sztuki i kultury. To się dzieje wszędzie. Pani w sklepie mnie zaczepia i mówi: „Proszę pana, u nas jest tak samo”. Tutaj widać największą wartość „Artystów”. Że udało się stworzyć postaci z krwi i kości, które mają realne problemy, są umocowane w polskiej rzeczywistości. Nie jest tak, jak w niektórych produkcjach, nawet aspirujących do bycia ambitnymi, gdzie bohaterka, samotna nauczycielka, mieszka w 200-metrowym domu, a w garażu ma mini morrisa. Nie ma tego w „Artystach”. W naszym serialu są ludzie, w których można uwierzyć. Wydaje mi się, że to zasługa pisarstwa Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki. Także aktorów, których zatrudnili - głównie z teatru.

To, że „Artyści” pokazują teatr od kuchni, nie zdejmuje z niego odium tajemniczości? Nie odstraszy ludzi, nie zniechęci?

A będzie Pani po „Artystach” chodzić do teatru?

I to częściej niż do tej pory.

To znaczy, że się udało. Proszę mi wierzyć, większość cytatów i sytuacji to historie z życia. Pracowałem z Moniką i Pawłem w różnych teatrach, znamy się od lat. Wiem, co jest prawdą. I tej prawdy tu mamy dużo.

Czy w tym realizmie nie ma zagrożenia, że pokazujecie coś, co jest dziś niewygodne? Chociażby w kontekście protestów przed Teatrem Polskim we Wrocławiu, gdzie minister kultury chciał ingerować w repertuar.

Na pewno Paweł wiedział, co się zaczyna dziać. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy kręciliśmy „Artystów”, trwał spór w Teatrze Studio. (W październiku zeszłego roku doszło do sporu między dyrektorem naczelnym powołanym przez miasto, Romanem Osadnikiem, a dyrektor artystyczną, Agnieszką Glińską. Zaczęło się od tego, że Osadnik przesunął premierę Glińskiej na „termin nieokreślony”. Aktorzy natomiast sprzeciwiali się coraz bardziej komercyjnemu charakterowi teatru.

Stąd, nieprzypadkowo, Agnieszka Glińska w roli księgowej. Gdy kręciliśmy, w Studiu działy się najgorsze rzeczy. Pozbyli się Glińskiej, wyszły na jaw wszystkie destrukcyjne działania - nie tylko pana dyrektora naczelnego, ale też miasta - mające zmienić charakter tego teatru. Sprawić, żeby teatr zarabiał na siebie, był komercyjny. Leszek Balcerowicz powiedział kiedyś, że kultura powinna żywić się sama. Może we Włoszech, we Francji. U nas nie. Nie mamy tego genu. Znam przypadki przedsiębiorców, którzy ładowali pieniądze w filmy komercyjne, nie dbając o ich jakość. Ważne było, żeby zarabiały.

Takie jest też niestety podejście do teatrów. Mają zarabiać. Oczywiście, szanuję to, że znani aktorzy zakładają swoje teatry i robią tam dobre rzeczy - ale komercyjne. A to znaczy liczenie każdego grosza, każdego krzesełka i stoliczka. A gdzie tu miejsce na inscenizację? To ona jest siłą teatru, który lubię. Dlatego trzeba mieć mecenat i zaufanie w to, że robimy coś więcej, na dłuższą metę, coś co tworzy kulturę w tym kraju. A kultura to nie pieniądze. To coś, co jest potrzebne do istnienia wspólnoty, społeczeństwa. W Polsce ta dziedzina sama się nie sfinansuje. Państwo powinno o nią dbać.

Ale z drugiej strony, ktoś może powiedzieć: skoro ludzie tego nie chcą, nie chodzą do teatru, to po co się starać.

Przecież właśnie chcą, chodzą! To nigdy nie będzie widownia „M jak Miłość”, ale my mamy zawsze pełną widownię w Starym Teatrze! W Teatrze Polskim też tak było. Jest widownia, ludzie chcą teatru i go potrzebują. Jednak nie ma możliwości, żeby np. teatry Stary i Polski utrzymywały się z biletów. Nie wiem, czy starczyłoby na prąd! W Nowym Jorku najczęściej jest tak, że wspaniały aktor, np. taki John Malkovich, gra w małej salce, na którą wchodzi kilkadziesiąt osób wprost z ulicy, szatni brak, a cała scenografia to stolik i krzesło.

U nas oczywiście też robi się takie spektakle - ale polski teatr to - od tradycji przedwojennej - głównie duże widowiska. Na świecie ludzie chcą oglądać polskie spektakle. Azja, Europa, Ameryka Południowa! Teraz Stary Teatr jest w Chinach z dwoma spektaklami. Polskie kino? Na pewno nie można jego obecnej kondycji porównać do czasów, kiedy równolegle tworzyli tacy reżyserzy jak Has, Wajda, Kieślowski, Polański, Holland, Żuławski, czy Zanussi. Prawda. „Ida” rok temu dostała Oscara, ale myślę, że złote czasy rodzimej kinematografii dopiero nadejdą, powtórzą się.

A jeśli chodzi o teatr, to się właśnie dzieje! Lupa, Strzępka, Klata, Jarzyna, Warlikowski, Glińska, Marciniak, Garbaczewski. I ludzie tego teatru chcą! Ciągle. I trzeba o ten polski teatr dbać, a nie zamieniać go w maszynkę do robienia pieniędzy.

„Artyści” są dla tych, który zapełniają sale teatralne, czy dla tych, którzy jeszcze tego nie robią?

Chciałbym, żeby był dla tych, którzy jeszcze nie chodzą. Znajomi, z którymi rozmawiam, widzieli „Artystów”. Ale patrząc na słupki oglądalności, w piątki po 22 nasz serial oglądało około 400 tys. osób. Niedużo. No, jest jeszcze internet - więc, powiedzmy, milion - też nie ma szału. Promocja nie była oszałamiająca - eufemistycznie mówiąc.

Ludzie w tym czasie oglądają taniec z gwiazdami na lodzie. Oczywiście każdy, kto wie, kim są Strzępka i Demirski, ogląda. Ale super by było, gdyby pani, która mnie zaczepia w sklepie i gratuluje serialu, wybrała się do Starego i sprawdziła, czy rzeczywiście tak jest jak w „Artystach”. Że ci aktorzy tacy przewrażliwieni, a dookoła ciągle zamieszanie i strach.

Wspomniał Pan, że kino polskie nie ma teraz najlepszego momentu. Ale może to jest chwila, kiedy polski serial wejdzie na wyższy poziom? „Artyści” to coś innego, niż widzieliśmy do tej pory. Taki trend będzie się utrzymywał?

Rynek amerykański udowodnił, że serial to przyszłość. Grają w nim prawie wszyscy do niedawna kojarzeni tylko z kinem (ostatnio nawet Anthony Hopkins). Wszyscy oglądają seriale. Platformy prześcigają się, żeby zrobić coś dobrego. Nie zawsze idzie to w parze z wydanymi wielkimi pieniędzmi. Ostatnio zrobiono serial o początkach hip-hopu, najdroższy w historii. I jakoś się nie przyjął. A „Stranger Things”, zrobiony w klimacie lat 80. w miarę „tani” serial, okazał się sukcesem. Co będzie w Polsce? Paweł Demirski pisze teraz scenariusz serialu o rabacji galicyjskiej i początkach przemysłu naftowego. To duży temat. Trzeba teraz odważnego producenta, żeby dał na to pieniądze.

Teraz teatr pójdzie w odstawkę?

Wcześniej też przecież grałem w serialach, tylko… w gorszych. Chociaż nawet doświadczenie z seriali „klasy C” bardzo przydaje się później w pracy z kamerą. Gdzieś trzeba się tego nauczyć. Poza tym, to bardzo pomaga w spłacaniu kredytu we frankach (śmiech).

Ale Pana serce nadal należy do teatru?

Moje serce należy do żony i córki! Aktorstwo to tylko praca. Przyznam, że jestem na zakręcie. Z jednej strony jestem w Starym Teatrze, gdzie od zawsze chciałem pracować. Ale złapałem bakcyla kina. Zaczęło się na poważnie od „Syna Szawła” (nagrodzonego Oscarem węgierskiego filmu Laszlo Nemesa - red.), a rozwinęło w „Artystach”. Jestem zawodowym aktorem od szesnastu lat, w tym czasie kilka razy porzucałem możliwość pracy na planie filmowym na rzecz teatru. Teraz, jeśli miałbym wybierać - prawdopodobnie wybrałbym film. To dla mnie nowy język, którego się uczę. Dlatego to takie ekscytujące.

Stary Teatr określa Pan jako swoje miejsce. Jednak Pana droga z rodzinnego Oświęcimia do Krakowa była bardzo kręta.

To było dokładnie tak, że pojechałem na studia do Warszawy, stamtąd do Teatru Polskiego we Wrocławiu. Teatr Wybrzeże w Gdańsku, potem znów Wrocław, i w końcu trafiłem tutaj. Choć zdawałem również do szkoły aktorskiej w Krakowie. Nie dostałem się, świat mi się trochę załamał. Za drugim razem zdawałem do kilku szkół. Znowu nie dostałem się do Krakowa, bo za bardzo chciałem. Wypiłem czternaście kaw, byłem kłębkiem nerwów, nie przeszedłem pierwszego etapu. W innych szkołach poszło łatwo. Zdecydowałem się na Akademię Teatralną w Warszawie. A teraz pracuję w Starym Teatrze, dokąd na wagary uciekałem w liceum. Nie wiem, co sobie jeszcze wymarzyć! Wszystko mi się spełnia! Uczę nawet w PWST w Krakowie, do której kiedyś mnie nie przyjęto!

Pana droga była kręta.

Po skończeniu szkoły wydawało mi się, że będzie prościej, ale trudno było zacząć. Myślałem, że coś się samo wydarzy. Nie czułem się na siłach, by chodzić i pytać o pracę. Wtedy kupiłem bilet do Indii, gdzie spędziłem miesiąc. Tam sobie coś przemyślałem. Dostałem się na amerykanistykę na UW. Byłem tylko na jednych zajęciach - stwierdziłem, że to też nie dla mnie. Wykonałem więc trzy telefony. Do Szczecina, gdzie nie chciano się ze mną spotkać. Do Gdyni, gdzie pojechałem i spotkałem się z panią dyrektor - zagrałem gościnnie. I do Wrocławia, gdzie dyrektorem był Paweł Miśkiewicz. Poprosił mnie, żebym coś pokazał. Pojechałem z koleżanką z dyplomowego spektaklu „Mewa” - ona grała tam tytułową rolę, ja jej syna. Pokazaliśmy wspólną scenę. Po tym zaproponował mi rolę w spektaklu „Wiśniowy sad”. Nie dał mi jednak etatu, bo stwierdził, że ciężko się ze mną pracuje - co jest zresztą prawdą. A później powoli, powoli się rozkręcało. Zagrałem niedużą rolę w „Janosiku” u Agnieszki Holland.

Mówi Pan, że jest na zakręcie. A jednak, kiedy opowiada Pan o aktorstwie i teatrze, widać ogromną pasję.

Mój brat jest przedsiębiorcą. Siostra - lekarzem. Są szczęśliwi z tym, co robią. Jednak w ich zawodach jest pewna powtarzalność. Ja nigdy nie wiem, jaką rolę zagram. I czy będę grał - siedzenie i czekanie na rolę też stanowi nieodłączną część tego aktorstwa. Teraz uczę się gry na instrumencie z myślą o roli. Mam lęk wysokości, a musiałem trenować wspinaczkę - też do roli. W spektaklu Jana Klaty palę się na scenie prawdziwym ogniem! Robiłem rzeczy, których nigdy bym nie zrobił, gdybym wybrał inny zawód. Wszystko, co mogą państwo zobaczyć w „Artystach”, czasem jest okrutne, ale momentami cudowne. Dlatego po prostu lubię to, co robię.

Katarzyna Kojzar, Marcel Wandas

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.