Marszałek Witold Kozłowski: musimy wprowadzić Małopolskę na salony Europy

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press
Wojciech Harpula

Marszałek Witold Kozłowski: musimy wprowadzić Małopolskę na salony Europy

Wojciech Harpula

Jeżeli mamy ambicje, by Małopolskę wprowadzić na salony europejskich regionów, to nie dokonamy tego za pomocą koszulek i kubków. Nie dokonamy tego za pomocą koszulek i kubków. Możemy zrobić to za pomocą dużego wydarzenia, które będzie promowało nasz region. Małopolska powinna być tak samo rozpoznawalna, jak Bawaria czy Toskania. Zasługujemy na to jak żaden inny region w Polsce - mówi marszałek województwa małopolskiego Witold Kozłowski.

Ile medali w kajakarstwie górskim pan zdobył?

Dziewięć tytułów mistrza i wicemistrza Polski juniorów oraz brązowy medal w mistrzostwach seniorów. Ale seniorem byłem tylko przez rok. Poszedłem na studia i zakończyłem karierę.

A jak pan ją zaczął? Kajakarstwo górskie to nie jest zbyt popularny sport.

Zależy gdzie. Krościenko - z którego pochodzę - leży nad Dunajcem. Nie w Polsce lepszej rzeki do uprawiania kajakarstwa górskiego. Gdy chodziłem do przedszkola, codziennie przechodziłem obok przystani klubu Sokolica Krościenko. Czasami czmychałem do niej, by popatrzyć, co tam się dzieje. I tak to się zaczęło.

Już w przedszkolu?

Miałem pięć lat, gdy po raz pierwszy wsiadłem do kajaka. Przy przystani było maje jeziorko, zasilane wodą z Dunajca. Tam dzieciaki stawiały swoje pierwsze kroki w tym sporcie. Po półtorej roku wygrałem pierwsze zawody w konkurencji zjazdowej.

Miał pan talent?

Bardzo polubiłem ten sport. Niektórzy myślą, że w kajakarstwie liczy się tylko siłą mięśni rąk. To nieprawda. Pracują wszystkie partie mięśniowe, łącznie z nogami. Ale przede wszystkim pracuje głowa. Nie da się uprawiać tego sportu na najwyższym poziomie, jeżeli zawodnik zabiera ze sobą do kajaka strach. Lęk ogranicza motorykę, nie pozwala wykorzystać wszystkich sił i umiejętności. Kajakarz - jak mówiliśmy w młodości - z „cykorem” nie będzie pływał na najwyższym poziomie.

Pan nie miał „cykora”?

Każdy trochę ma. Rzecz w tym, jak sobie z nim radzi.

Kiedy ostatni raz był pan w kajaku?

Wybrałem studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach, a tam nie było sekcji kajakarstwa górskiego. W wieku 24 lat zakończyłem przygodę ze sportem. Przyznam się, że od tej pory nigdy już nie wsiadłem do kajaka.

Dlaczego?

Pływałem przez 18 lat. To zrobiło swoje. Pojawił się przesyt i nowe zainteresowania.

Jakie?

Na przykład muzyka. Grałem przede wszystkim na gitarze solowej, czasem na perkusji. Kierowałem zespołem. Byłem muzycznym samoukiem. W stanie wojennym, po odsłużeniu wojska, zostałem nauczycielem w szkole w Ochotnicy Górnej. Wielokrotnie próbowano mnie z niej usunąć. Dostawałem sygnały, że nie jestem tam mile widziany.

Wtedy z kilkoma kolegami, w tym jeszcze jednym nauczycielem, pomyśleliśmy tak: jeżeli już nas wyrzucą ze szkoły, to będziemy się utrzymywać z muzykowania. To dziwnie brzmi, ale to były dziwne czasy.

Dlaczego mieliby pana wyrzucać z pracy w szkole?

Bo robiłem to, co uznawałem za stosowne. A nie zawsze za stosowne uznawały to władze szkolne. Na przykład ucząc przysposobienia obronnego, opowiadałem ósmoklasistom o Powstaniu Warszawskim, mimo że w programie nie było na ten temat ani słowa. To się nie podobało dyrekcji i gminnemu sekretarzowi PZPR. Nie raz chodziłem do nich „na dywanik”. Zespół muzyczny miał być zabezpieczeniem na wypadek, gdyby któraś z takich rozmów zakończyła się usunięciem mnie ze szkoły.

Jak nazywał się zespół?

Kwintet Dance. Nie byliśmy gwiazdami estrady. Mówiąc wprost: graliśmy do kotleta. Wesela, sylwestry, dancingi, imprezy.

Opłacało się?

I to jeszcze jak. Czasami za jedno wesele zarabiałem dwukrotność miesięcznej pensji nauczyciela. Mieliśmy świetny sprzęt, sprowadzany pokątnie z USA przez kolegów z Nowego Targu. Profesjonalne instrumenty i nagłośnienie w tamtych czasach robiły duże wrażenie. Ludziom się podobało.

Doświadczenia sportowe i muzyczne przydaje się w pełnieniu funkcji marszałka?

Wszystko, co robiłem w życiu, dziś mi się przydaje. Uprawianie sportu, muzykowanie, praca w kuratorium i zarządzanie 750 placówkami, działanie w administracji samorządowej jako sekretarz powiatu nowosądeckiego, zasiadanie w radzie nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej. Może się wydawać, że trudno porównywać kierowanie pięcioosobowym zespołem muzycznym do zarządzania największym wydziałem w Małopolskim Kuratorium Oświaty czy budowania struktur administracji powiatowej, ale ja zawsze działam tak, by z każdego doświadczenia życiowego wynieść jakąś wartość i naukę.

Więc czego nauczyło pana kajakarstwo?

Mierzenia sił na zamiary. Jako zawodnik wiedziałem, kiedy mogę być pewny (lub niemal pewny) sukcesu, kiedy sukces jest wątpliwy, a kiedy sukcesu nie będzie. Potrafię również w bardzo spokojny sposób przyjąć zarówno porażkę, jak i zwycięstwo.

Objęcie funkcji marszałka to sukces osobisty i polityczny?

W ogóle nie patrzę na moją obecną funkcję tymi kategoriami.

Robię swoje. Jak zawsze na 100 procent. W każdą działalność, rolę czy funkcję angażuję się całkowicie. Tak było od samego początku. Inaczej nie potrafię.

Jaki właściwie był pana „początek”?

Taki sam jak wielu ludzi z mojego pokolenia. W 1980 roku byłem na ostatnim roku studiów. Widzieliśmy, jak wygląda sytuacja w Polsce, chcieliśmy zmian, nadziei na lepszą przyszłość. Niezależnego Zrzeszenia Studentów jeszcze nie było. Na mojej uczelni powołaliśmy Wolną Trybunę Studencką - to była inicjatywa ludzi, którzy chcieli działać, a nie widzieli swojego miejsca w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich. Zostałem przewodniczącym Trybuny, a po skończeniu studiów, gdy czekałem na wezwanie do jednostki wojskowej i pracowałem jako nauczyciel w Katowicach, wstąpiłem do Solidarności i prowadziłem bibliotekę książek drugiego obiegu. Tak zastał mnie zastał stan wojenny. 17 grudnia 1981 roku, kwadrans po 7 rano, byłem pod brutalnie spacyfikowaną poprzedniego dnia kopalnią „Wujek”. Widziałem krzyż, palące się znicze, łuski i kawałki tarcz ZOMO. Pozbierałem kilka, mam je do dziś. To było dla mnie olbrzymie przeżycie. Wtedy do końca zrozumiałem, czym jest komunizm i kim są ludzie, którzy strzelają do rodaków. Po odsłużeniu wojska wróciłem w swoje okolice, pracowałem w Ochotnicy i Tylmanowej. Nie byłem działaczem podziemnym, bo nie miałem kontaktów ani możliwości. Zresztą w górach każdy wiedział, kto jest kim i jakie ma poglądy. Natomiast po obradach Okrągłego Stołu z dużym zapałem zaangażowałem się w działalność Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Krościenku, przez pewien czas prowadziłem nawet jego gazetę - nazywała się „Most”. Po kolejnych, w pełni już wolnych wyborach, niemal cały Komitet Obywatelski z Krościenka przeszedł do Porozumienia Centrum, czyli partii braci Kaczyńskich. Od 1990 roku pracowałem w Małopolskim Kuratorium Oświaty, cały czas uczestniczyłem w życiu politycznym i uczyłem się - to był czas, gdy kończyłem kolejne studia podyplomowe. Po reformie samorządowej z 1998 roku zostałem wybrany radnym sejmiku wojewódzkiego i zaproponowano mi objęcie stanowiska sekretarza powiatu z zadaniem zbudowania całej struktury administracji powiatowej. Wtedy rozpocząłem działalność w samorządzie. Można powiedzieć, że samorząd wojewódzki i powiatowy znam bezpośrednio od chwili jego narodzin.

Pan się uważa za polityka czy samorządowca?

Samorządowca. Zdecydowanie. Nigdy nie chciałem „iść do Warszawy”, nie kandydowałem do Sejmu czy Senatu.

Dlaczego?

Bo lubię widzieć namacalny efekt swoich działań. Koncepcja, decyzja, działanie, skutek - w takim stylu pracy czuję i sprawdzam się najlepiej. A będąc jednym z 460 posłów na efekty swojej pracy mógłby czekać długo.

Samorząd to konkret. Jest się blisko prawdziwego życia. Można podejmować decyzje i działania, które sprawiają, że ludziom żyje się lepiej.

Niemal od razu, tu i teraz: w danej gminie, powiecie czy województwie. To daje olbrzymią satysfakcję.

Efekty pracy jako marszałka też dają panu powody do satysfakcji?

Dają. Ale nie mnie je oceniać. Niech robią to inni. Z zewnątrz widać więcej i lepiej. Nie unikam wysiłku, robię wszystko, co w mojej mocy, by jak najlepiej służyć mieszkańcom Małopolski.

Był pan doświadczonym radnym wojewódzkim, od dawna mówiono o panu jako potencjalnym kandydacie PiS na stanowisko marszałka. Czy po objęciu urzędu coś pana zaskoczyło?

Pomimo tego że od dawna miałem bliski kontakt ze wszystkimi sprawami dotyczącymi samorządu wojewódzkiego, to gdy zostałem marszałkiem, zobaczyłem świat od drugiej strony. Owszem, wiele rzeczy było dla mnie zaskakujących. Także negatywnie.

Co takiego?

Funkcjonowanie pewnych mechanizmów w pracy urzędu. Ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Poradziliśmy sobie z tym. Co do samej funkcji marszałka: dopóki się jej nie obejmie, to tak naprawdę nie ma się pojęcia, z jakim obciążeniem się wiąże. Jako radny przewodniczyłem chyba wszystkim możliwym komisjom, przez dwie kadencje byłem szefem klubu, dwa razy wiceprzewodniczącym i raz przewodniczącym sejmiku. Miałem wyobrażenie o pracy marszałka. Z chwilą, gdy nim zostałem, przekonałem się, że liczba zadań i spraw, które - używając żargonu młodzieżowego - trzeba „ogarnąć”, jest naprawdę duża. Kiedyś wdałem się w rozmowę z menedżerem korporacji, zatrudniającej około 7 tysięcy pracowników. Przekonywał mnie, że prawdziwe zarządzanie to jest w biznesie, a nie w samorządzie. Więc zacząłem mu tłumaczyć, że zarządzam korporacją zatrudniającą 21 tysięcy osób we wszystkich podległych Urzędowi Marszałkowskiemu instytucjach, placówkach i spółkach. Też mam swój zarząd i jest on koalicyjny. Mam swoją radę nadzorczą, czyli klub w sejmiku, który mnie desygnował i wybrał na marszałka. Mam też walne zgromadzenie, czyli sejmik. Oprócz tego mam jeszcze bardzo rozbudowane otoczenie biznesu, czyli wszystkie systemy i obszary na które nasza działalność oddziałuje i które musimy uwzględniać w swojej działalności. Z takiego punktu widzenia samorząd wojewódzki jest potężną korporacją. I to wielobranżową. Niemal w każdym obszarze - edukacji, ochronie zdrowia, transporcie, kulturze, sporcie, turystyce - funkcjonują odmienne rozwiązania prawne. Poziom skomplikowania jest spory. Ale nie narzekam. Działam.

Pandemia to największe wyzwanie, przed którym dotychczas stanął samorząd wojewódzki?

W bieżącej kadencji na pewno. A może w ogóle w całej swojej historii. Pandemia zaskoczyła cały świat. Choć świat nie powinien być zaskoczony.

Co pan ma na myśli?

Szybkość rozprzestrzeniania się wirusa i liczba chorych mogły być zaskoczeniem, ale rozwinięte kraje powinny lepiej radzić sobie z tym wyzwaniem. Dla mnie zastanawiające jest, że najsilniejsze państwa świata dysponują lotniskowcami, a nie dysponują wystarczającą liczbą respiratorów, które są niezbędne do ratowania ludzi zwłaszcza w przypadku użycia broni biologicznej, która najczęściej atakuje układ oddechowy. Ale zostawmy potęgi tego świata, którym zabrakło respiratorów. My, w ramach Małopolskiej Tarczy Antykryzysowej, zakupimy ich około 150. Mamy już 80. Kupujemy też 50 ambulansów z pełnym wyposażeniem i 50 namiotów dziesięcioosobowych, dzięki którym można w razie potrzeby stworzyć szpital polowy dla 500 osób. Na wzmocnienie systemu służby zdrowia i służb ratowniczych przeznaczymy prawie 200 mln złotych. Co ważne: postąpiliśmy inaczej niż większość regionów i nie wspieramy tylko szpitali wojewódzkich, ale także placówki powiatowe, resortowe, szpitalne oddziały ratunkowe. Mam wrażenie, że robimy coś bardzo pożytecznego. Te działania zwiększą nasze szanse na obronę, jeżeli liczba chorych na COVID nadal będzie rosła. Ale Małopolska Tarcza Antykryzysowa to nie tylko wsparcie służby zdrowia. Chronimy też firmy i etaty w przedsiębiorstwach, pomagamy uczniom, nauczycielom i podopiecznym placówek całodobowych. N

a łagodzenie skutków pandemii w województwie zostanie przeznaczonych miliard złotych, a w realizację Małopolskiej Tarczy Antykryzysowej w tej chwili zaangażowane jest ponad 2 tysiące osób. Ogrom pieniędzy, ogrom ludzi, ogrom zadań. To przedsięwzięcie o bezprecedensowej skali.

Walka z pandemią i jej skutkami będzie pewnie pochłaniała jeszcze dużo sił i środków w najbliższym czasie, a do końca bieżącej kadencji samorządu wojewódzkiego zostały jeszcze trzy lata. Czego chciałby pan w tym czasie dokonać?

Przygotować Małopolskę do przeprowadzenia Igrzysk Europejskich w 2023 roku i wprowadzić w regionie strategię zrównoważonego terytorialnie rozwoju. Jesteśmy w trakcie jej budowania. Będzie gotowa w grudniu tego roku.

O co w niej chodzi?

Nasi poprzednicy byli bardziej skoncentrowani na wspieraniu Krakowa i największych ośrodków miejskich Małopolski. Zdajemy sobie sprawę, że muszą mieć one relatywnie duże wsparcie. Przesuwamy jednak ciężar w stronę mniejszych miejscowości. Nawet tych całkiem małych. We wszystkich postępowaniach konkursowych przywiązujemy dużą wagę do tego, by przyznane dotacje rozkładały się równomiernie na terenie całego województwa. Kładziemy nacisk na modernizację i rozwój sieci dróg oddalonych od większych miast. Wspieramy inicjatywy gmin, które wcześniej nie miały dużych szans w ubieganiu się o dofinansowanie. Słowem: dowartościowujemy odsunięte i zapomniane obszary Małopolski. One zasługują - proporcjonalnie - na takie samo wsparcie jak duże miasta.

Dlaczego pan tak mocno wspiera Igrzyska Europejskie w 2023 roku? Cały świat sportowy uważa je za marginalną imprezę.

Mam inne zdanie. Ale po kolei. Nie stać nas na Igrzyska Olimpijskie. Pomysł ich zorganizowania w Krakowie był mrzonką.

Pełna zgoda.

Polska ma dziś inne potrzeby. Pewnie mogłaby zorganizować taką imprezę, ale wydawanie miliardów na Igrzyska Olimpijskie byłoby fanaberią i marnotrawstwem. Igrzyska Europejskie generują nieporównywalnie mniejsze koszty, a przyniosą świetny efekt promocyjny. Jeżeli mamy ambicje, by Małopolskę wprowadzić na salony europejskich regionów, to nie dokonamy tego za pomocą koszulek i kubków, chociażby były najpiękniejsze. Możemy to zrobić za pomocą dużego wydarzenia, które będzie promowało Małopolskę w dłuższym okresie czasu. W chwili podjęcia decyzji o przyznania nam prawa organizacji Igrzysk w 2023 roku, Małopolska i Kraków pojawiły się na paskach stacji informacyjnych w 50 krajach Europy. I były tam obecne przez tydzień. Za darmo. Gdybyśmy chcieli osiągnąć porównywalny efekt, musielibyśmy wydać miliony złotych. Wraz z kolejnymi krokami na drodze do Igrzysk, będziemy coraz mocniej obecni w mediach w Europie. Owszem, ta impreza jest młoda, wcześniej odbyły się tylko dwie edycje: w Baku i Mińsku. Jednak Igrzyska w Małopolsce i Krakowie będą pierwszymi organizowanymi w kraju Unii Europejskiej - to z pewnością przełoży się na większe zainteresowanie. To będzie pierwsze duże, multidyscyplinarne wydarzenie sportowe w Europie po pandemii. Bo mam nadzieję, że do tego czasu poradzimy sobie z wirusem.

Mamy szanse na zorganizowanie pięknego, radosnego święta, które może urosnąć do wydarzenia sportowego wielkiej rangi - także w warstwie symbolicznej.

Wielkiej rangi? Przecież do Mińska wiele krajów wysłało sportowców z głębokiego zaplecza poszczególnych reprezentacji.

Byłem w Mińsku na otwarciu Igrzysk, obserwowałem zawody sportowe. Zapewniam: w Krakowie będzie inaczej. Nie będzie tak imponującego, starającego się naśladować wzorce znane z Igrzysk Olimpijskich, otwarcia imprezy. Na pewno też nie przyjadą do nas reprezentacje oparte o czwarty lub piąty garnitur zawodników. Postawiliśmy twardy warunek: dyscypliny rozgrywane w ramach Igrzysk Europejskich mają być jednocześnie mistrzostwami Europy lub kwalifikacjami do Igrzysk Olimpijskich w 2024 roku w Paryżu. Kumulacja kilkunastu Mistrzostw Europu i kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich to marginalna impreza?

Trudno mi ocenić. Mówimy m.in. o pięcioboju, pływaniu synchronicznym, kajakarstwie, strzelectwie, łucznictwie. To dość niszowe dyscypliny sportu.

Mówimy też o judo, zapasach, siatkówce plażowej, szermierce, wspinaczce sportowej, skokach narciarskich na igelicie, karate i innych dyscyplinach, które mają rzesze swoich sympatyków w całej Europie. Ich uwaga będzie skupiona na Krakowie i Małopolsce. Oprócz ewidentnego aspektu promocyjnego zyskamy też konkretne inwestycje. Sportowcy wyjadą, a one zostaną i będą służyły mieszkańcom.

Co konkretnie zyskamy?

Kraków krytą pływalnię o wymiarach olimpijskich, czyli 50-metrową. Modernizację toru kajakowego przy ul. Kolnej, stadionu Wisły Kraków, centrum sportowego i części akademików AWF oraz akademików AGH. W Myślenicach powstanie nowa strzelnica sportowa, w Olkuszu ściana wspinaczkowa. Igrzyska to także mocny argument w staraniach o inwestycje komunikacyjne. Jeżeli ktokolwiek pomyślałby o zaprzestaniu modernizacji zakopianki, to perspektywa kilku dyscyplin Igrzysk rozgrywanych w Zakopanem zabezpiecza nas przed takim zagrożeniem. W Krynicy będą rozgrywane zawody bokserskie oraz biegi górskie. Nikt zatem nie podważy potrzeby remontu drogi z Krynicy do Nowego Sącza, która później będzie służyła mieszkańcom, turystom i gościom Forum Ekonomicznego. Kolejne zagadnienie: program modernizacji sieci komunikacyjnej na Podtatrzu. Czy jest nam potrzebny rozwój dróg i połączeń kolejowych w tym rejonie?

Pytanie jest retoryczne.

Rząd uchwalił przeznaczenie 2 mld złotych na rozwój systemu transportowego na Podtatrzu. Szybciej zrealizujemy te wszystkie inwestycje, mając w perspektywie Igrzyska. To oczywiste.

Będę z mozołem powtarzał: jeżeli chcemy stać się rozpoznawalnym w skali Europy regionem, musimy zrobić coś wielkiego. Dla Małopolski czymś wielkim - przy wsparciu rządu, z którego ogromnie się cieszę - są Igrzyska Europejskie. Nie możemy zmarnować tej szansy.

Wspomniał pan, że dzięki Igrzyskom Małopolska może znaleźć się „na salonach” europejskich regionów. Kto jest na tych salonach? Do kogo chcemy równać?

Czy mówią panu coś nazwy Bawaria, Turyngia, Tyrol, Toskania? Na pewno tak. Tak samo powinno być z Małopolską. Przeciętny Europejczyk powinien wiedzieć, gdzie leży nasz region, jakie ma atuty i dlaczego warto do nas przyjechać. Powinien wiedzieć, że w Małopolsce jest rewelacyjny Kraków, spektakularna Wieliczka, piękne góry i 100 innych miejsc, których nie znajdzie nigdzie indziej. Powinien wiedzieć, że spotka w Małopolsce gościnnych ludzi i przeżyje niezapomniane chwile. Musimy się przebić i zakodować w świadomości Europejczyków. Mamy olbrzymi potencjał i zasługujemy na to jak żaden inny region w Polsce.

Witold Kozłowski

Urodzony w 1958 roku w Krościenku nad Dunajcem. Skończył AWF. Pracował jako nauczyciel w Zespole Szkół Budowlanych w Katowicach. Od lat 90. w samorządzie wojewódzkim. Jego żona Bogusława jest lekarzem. Mają dwoje dzieci: Jakuba i Wiktorię.

Wojciech Harpula

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.