Michał Węgrzyn: Wściekałem się, że w Polsce nie docenili naszego filmu

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne
Katarzyna Gajdosz

Michał Węgrzyn: Wściekałem się, że w Polsce nie docenili naszego filmu

Katarzyna Gajdosz

Do kin wchodzi nowa produkcja braci Węgrzynów. O „Wściekłości” rozmawiamy z jej reżyserem.

Co takiego wywołuje w Tobie wściekłość?

Chyba poczucie bezsilności. Kiedy okazuje się, że wszystko, co próbowałem zrobić dobrego, nie wychodzi. Nie wiem, co powiedzieć, czego jeszcze się chwycić. Wyczerpały się możliwości. Tak, wtedy jestem wściekły.

Jaka sytuacja skłoniła Cię do nakręcenie „Wściekłości”?

Film, który wcześniej zrobiliśmy z moim bratem Wojtkiem, był pokazywany na całym świecie, tylko nie w Polsce. Byłem z tego powodu naprawdę wściekły.

Mówisz o „Historii kobiety”?

Tak. Nie mogłem zrozumieć, jak to jest, że dostajemy za niego nagrody na festiwalach za granicą, chwalą, że zrobiliśmy super film, a z drugiej strony nikt w Polsce go nie chce oglądać. Żaden festiwal w kraju nie był nim zainteresowany. I wtedy postanowiłem, że nakręcę kolejny. Lepszy.

Co zarzucano „Historii kobiety”?

Film jest nudny. Akcja za wolno się toczy...

Twoje filmy promują wartości, które współczesne kino pokazuje z zupełnie innej strony.

Być może to też miało wpływ na odbiór „Historii kobiety”. Wprost jednak tego nie usłyszałem, więc nie czynię z tego zarzutu. Niemniej tajemnicą poliszynela jest, że kino pokazujące wartości prorodzinne, prochrześcijańskie jest dla ludzi z branży mało atrakcyjne.

We „Wściekłości” nie promujesz innych niż dotąd wartości, a film jednak trafi na ekrany polskich kin. Co o tym zdecydowało?

Przyznam, że nie spodziewałem się tego. Z założenia robiliśmy „Wściekłość” jako film arthouse’owy, czyli autorski, nie skierowany na masowego odbiorcę. To miał być dla nas trening przed filmem, do którego realizacji przygotowujemy się od dłuższego czasu. Ma to być produkcja wielonarodowościowa. Tymczasem ledwie zakończyliśmy pracę nad „Wściekłością”, rozesłaliśmy zaproszenia na pokaz do dystrybutorów, a po trzech tygodniach mieliśmy już podpisaną umowę z Alter Ego.
Później nawet odezwało się Kino Świat. Dystrybutor stwierdził tylko, że film ma potencjał sprzedażowy.

Wściekanie się, widać, pomaga...

Myślę, że po prostu „Wściekłość” jest łatwiejsza w odbiorze. Co prawda przez cały film oglądamy jednego bohatera, ale jego opowieść jest ciekawie zrealizowana. Dotyczy też większej liczby osób. „Historia kobiety” mówi o matkach, które nie czują instynktu macierzyńskiego. Być może dlatego, że niewielu widzów się z tym utożsamia, film nie spotkał się z zainteresowaniem. „Wściekłość” pod tym względem jest inna.

Podczas joggingu wzdłuż warszawskiej obwodnicy, bohater - dziennikarz, mąż, ojciec - prowadzi rozmowy telefoniczne z najbliższymi i współpracownikami, które odsłaniają jego tajemnice. To specyficzne kino drogi.

Można to tak nazwać, choć kręcąc film w ogóle o tym w ten sposób nie myśleliśmy. Zastanawialiśmy się bardziej, jak zrobić dobry film, wydając jak najmniej. Stąd pomysł, by nakręcić historię człowieka, który biegnie z punktu A do punktu B. Do tego wystarczy zatrudnić jednego aktora. Zależało nam na tym, żeby też zdjęcia nie trwały zbyt długo. Inspirowaliśmy się filmem „Locke”, który powstał w siedem dni, a zrobił furorę na całym świecie. Nam kręcenie zajęło cztery dni.

Film jeszcze nie wszedł na ekrany kin, a już zbiera nagrody.

W ostatniej chwili udało nam się wysłać „Wściekłość” na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Lizbonie, gdzie zdobył nagrodę dla najlepszego filmu fabularnego. Niedawno otrzymaliśmy też drugą nagrodę na festiwalu w Kalkucie.

Współczesne kino moralnego niepokoju. Tak niektórzy nazywają Twoje filmy. Zgadzasz się z taką etykietką?

Kino moralnego niepokoju wiążę tylko z jednym nazwiskiem - Krzysztofem Kieślowskim. Trudno mi porównywać się z mistrzem.

Chcę, by ludzie wiedzieli, że to, co pokazuje telewizja, jest jedynie sztuczną kreacją

Dlaczego uczyniłeś bohaterem filmu dziennikarza?

Pracowałem dla komercyjnych stacji telewizyjnych przez 12 lat. Znam ten świat od podszewki.

I obnażasz.

Zależy mi na tym, aby ludzie wiedzieli, że to, co pokazuje telewizja, jest sztuczną kreacją. W Warszawie dziennikarza, który pracuje dla idei, można szukać ze świeczką. I to jest straszne. Ale straszniejsze jest to, jak wielu ludzi skupia się na treningu. Dążąc do perfekcyjnego wyglądu, zapominają o swoich najbliższych, rodzinie. We „Wściekłości” obnażam przede wszystkim kult ciała.

Ty znalazłeś sposób, by nie zapomnieć o rodzinie. Pracujesz z bliskimi...

Pracuję z moimi braćmi, siostrami, żoną, bo to są przede wszystkim fachowcy. Kręcenie filmu wymaga ogromnego poświęcenia. Jeżeli robimy go razem, nie tracimy siebie. Wolę ten czas, który i tak muszę poświęcić pracy, spędzić w towarzystwie rodziny. Mój brat Wojtek, główny współtwórca filmu, jest według mnie najlepszym operatorem w Polsce. Kolejny brat - Kuba (dziennikarz radia RDN w Nowym Sączu - przyp. red.) ma ogromny talent aktorski. Chciałem, żeby zagrał główną rolę, ale ma swoje zobowiązania w pracy. Zagrał epizodyczną rolę wydawcy głównego wydania wiadomości. Jeśli chodzi o kostiumy, w tych kwestiach najlepiej dogaduję się z moją żoną Anią. Charakteryzacją zajmuje się żona Wojtka Ewelina. Moim asystentem był brat Waldek, student filozofii. On też zawsze pierwszy czyta moje scenariusze i poprawia je pod kątem literackim. W filmie grają też dzieci Wojtka: Ksawery i Zuzia.

I - prawie jak rodzina - sądecka aktorka Paulina Chapko? Dorastaliście na jednym podwórku.

Paulina jest ode mnie dziesięć lat młodsza, ale dorastaliśmy rzeczywiście na tym samym osiedlu. Nie sądziłem, że uda się ją ściągnąć do „Wściekłości”. Na miesiąc przez zdjęciami musiała wycofać się z roli Lidia Sadowa. Z Kubą Świderskim, który jest odtwórcą głównej roli, spędziliśmy całą noc, szukając aktorki, która sprosta trudnemu zadaniu. Nie tyle chodziło o zagranie w filmie jego żony, ile w tak krótkim czasie zgranie się z ekipą, która trenuje już od miesięcy. Kiedy Kuba zaproponował swoją koleżankę z roku Paulinę Chapko, uznałem to za żart. Jest uznaną aktorką. Zagrała u Skolimowskiego. Nie wierzyłem więc, że przyjmie naszą niszową propozycję. A jednak...

Wspólnie będziecie promować film w Nowym Sączu?

„Wściekłość” wchodzi na ekrany kin 17 marca, ale sądeczan zapraszamy na pokaz i spotkanie z nami już w najbliższy w czwartek o g. 18 do Sokoła.

Katarzyna Gajdosz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.