Miłość jedna na milion. Żadna choroba nas nie rozłączy

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Jolanta Tęcza-Ćwierz

Miłość jedna na milion. Żadna choroba nas nie rozłączy

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Gdy Adam zobaczył Agnieszkę, od razu wiedział: chcę spędzić z tą kobietą resztę życia. W szczęściu i w niedoli, w zdrowiu lub w chorobie. Ostatnie lata, niestety, w tym drugim. Ale razem. Agnieszka i Adam Chowańcowie z Poręby Wielkiej niedaleko Oświęcimia głęboko wierzą jednak w to, że jeszcze los się do nich uśmiechnie.

Lekarze nie dawali jej żadnych szans. Ich pierwsza diagnoza była bezlitosna: Agnieszka do końca życia miała być w stanie wegetatywnym.
Jej mąż nigdy się z tym nie pogodził. Gdy jeden z lekarzy zaproponował, żeby oddał żonę do hospicjum, Adam pomyślał: żartujesz, chłopie?

Wiedziałem: to ona!

Mężczyzna w średnim wieku. Energiczny, wesoły, uśmiechnięty. Od trzech lat opiekuje się ciężko chorą żoną.
Kiedy opowiada o Agnieszce, w jego głosie brzmi czułość, a oczy nabierają blasku. Widać, że łączy ich prawdziwe uczucie.
- Ktoś mi powiedział, że jeśli kobieta wymaga opieki, dla 90 proc. mężczyzn jest to sytuacja nie do udźwignięcia. Odchodzą - mówi.
Postawa Adama Chowańca przeczy tym statystykom. Adam nie wyobraża sobie, jak mógłby zostawić chorą żonę, której przysięgał przed ołtarzem: „póki śmierć nas nie rozłączy”.

Jak zaczęło się to niezwykłe love story?

Agnieszka pracowała przy wypieku wafli. W tym samym przedsiębiorstwie była zatrudniona siostra Adama. Pewnego dnia mężczyzna przyjechał do niej w jakiejś sprawie. Zobaczył Agnieszkę i od razu wpadła mu w oko.
- Podszedłem i zapytałem, czy poszłaby ze mną na kawę. A ona... kategorycznie odmówiła - śmieje się. - Pomyślałem wtedy o sobie: stary, głupi i brzydki. Ale nie zrezygnowałem i w końcu Aga umówiła się ze mną - wspomina Adam.
Po pierwszej randce już wiedzieli, że chcą ze sobą spędzić resztę życia, a po trzech miesiącach Agnieszka i Adam pobrali się.
Nie było na co czekać, skoro uczucie, jakie ich spotkało, to miłość od pierwszego wejrzenia, o której piszą w książkach i nakręcają romantyczne filmy. - Agnieszka jest po prostu niezwykła i wyjątkowa. Od samego początku ujęła mnie stanowczością i pewnością siebie. A przy tym była taka kobieca: wysoka, szczupła i piękna. Wszystko mi się w niej podobało - wspomina Adam z uśmiechem.

W tym roku, 8 października, małżonkowie świętowali 25. rocznicę ślubu. - Nasze życie toczyło się w rytmie codziennych zajęć i drobnych cudowności. A potem, kilka dni po 43. urodzinach Agnieszki, przyszła choroba...

Miłość jedna na milion. Żadna choroba nas nie rozłączy
Archiwum rodzinne

Coś jest nie tak

19 kwietnia 2017 roku Adam odwoził żonę do pracy w restauracji „Poziomka” w Oświęcimiu. Wcześniej wstąpili do sklepu, by zrobić zakupy. Nagle Agnieszka źle się poczuła. Powiedziała, że bardzo ją boli głowa.
- Była bardzo blada. Powiedziałem jej, żeby wyszła na powietrze i wzięła tabletkę przeciwbólową. Żona poprosiła, abym odwiózł ją na SOR. Płakała i mówiła, że coś jest nie tak. Bała się, że dzieje się coś bardzo złego - wspomina Adam. - Starałem się ją pocieszać, prosiłem, by nie martwiła się na zapas.
Na szpitalnym oddziale ratunkowym małżonkowie spędzili kilka godzin. Po badaniu tomografem usłyszeli diagnozę: wylew. Agnieszka spędziła w szpitalu tydzień. Adam był przekonany, że na weekend ją wypiszą. - W piątek rano zadzwoniłem do żony. Nie odbierała. Po chwili oddzwoniła i powiedziała, że źle się czuje. I nagle połączenie zostało przerwane. Adam w słuchawce usłyszał tylko ciszę.

Przerażony szybko pojechał do szpitala. Agnieszka była na oddziale neurologicznym. Leżała na łóżku i miała silne torsje.
Sanitariusze zabrali ją do karetki i przewieźli do Krakowa. Tam Agnieszkę poddano zabiegowi embolizacji, czyli zamknięcia dopływu krwi do niektórych naczyń w mózgu. - Anestezjolog powiedział, że wszystko się udało, że żona może poruszać rękami, nogami, reaguje na polecenia. Poczułem, jak opuszcza mnie napięcie. Kiedy razem z córką poszliśmy do niej, przywitała nas słowami: i po coście przyjechali? Ucieszyłem się, że jest z nią kontakt. I że wszystko w porządku.

Żeby wróciła do sprawności

W Krakowie Agnieszka spędziła tydzień, potem trafiła do szpitala w Oświęcimiu. Wreszcie dostała wypis i Adam mógł ją zabrać do domu. Niestety, ich szczęście nie trwało długo. Po dwóch dniach znowu torsje i ból głowy. Stan Agi gwałtownie się pogarszał. Została przetransportowana helikopterem na OIOM w Krakowie. Okazało się, że miała trzeci wylew.
- Zupełnie nie było z nią kontaktu - wspomina Adam. - Mogła tylko lekko poruszać kciukiem. Po kilku dniach powiedziano mi, że stan Agi jest stabilny i że ją wypisują. Zapytałem lekarza, co mam teraz robić? Lekarz powiedział, że powinienem oddać żonę do hospicjum. Pomyślałem: żartujesz, chłopie! W życiu tego nie zrobię!

Pan Adam przyznaje, że nie był przygotowany na opiekę nad żoną w tak ciężkim stanie. Dowiedział się o ośrodku Fundacji Votum w Krakowie, która zajmuje się rehabilitacją pacjentów. Na początku zmroził go koszt - 23 tys. zł za miesiąc, ale nie wahał się ani chwili. Postanowił walczyć o żonę. - Zapytano mnie, czego się spodziewam. Powiedziałem, że chcę, aby żona wróciła do pełnej sprawności. A rehabilitantka na to: dobrze, zaczniemy od chodzenia.

Efekty rehabilitacji

Rehabilitacja po udarze może być skuteczna, pod warunkiem, że rodzina wie, na co zwracać uwagę i jak pomagać, by nie szkodzić choremu. Adam pokonał długą drogę, by się tego nauczyć. - Obracanie w łóżku, karmienie, ćwiczenia, bezpieczna pozycja - wszystkiego uczyliśmy się od podstaw. W szpitalu nikt nam niczego nie pokazał, ani nie powiedział - mówi z żalem. - Na szczęście trafiliśmy do Votum.

W Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej Agnieszka przebywała trzy miesiące. W tym czasie była bardzo intensywnie rehabilitowana.
- Na początku to były drobne, proste rzeczy. Przecież żona była jak roślina, nie mogła nawet ruszyć ręką. Osoby, które z nią ćwiczyły, brały jej dłoń i pokazywały, tu masz nos, tu jest oko, a tu policzek. I nieustannie zachęcały: pani Agnieszko, proszę ćwiczyć. Nie może się pani poddawać - wspomina Adam. - I ciągła rozmowa, rozmowa, rozmowa... Po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że Aga zaczyna wszystko rozumieć. I przyszedł moment, że Agnieszka samodzielnie podnosiła rękę i pokazywała, gdzie ma czoło, a gdzie usta. Rehabilitacja przynosiła efekty.

Niestety, rodziny nie było stać na dłuższy pobyt w Votum. Po trzech miesiącach Adam postanowił zabrać żonę do domu.
- Załatwiłem prywatną rehabilitację. Selekcja była ostra: jeśli ktoś mi się nie podobał, od razu rezygnowałem. Miałem przecież porównanie, widziałem, jak wyglądały ćwiczenia w Votum.

Zabiegi okazały się skuteczne.

Agnieszka potrafiła przemieszczać się na czworakach, chodziła między specjalnymi barierkami, samodzielnie stała, potrafiła odrzucać piłeczkę. Chociaż mówiła wyrywkowo, wszystko rozumiała. - Pytałem ją, za ile miesięcy stanie na nogi, a Aga pokazywała mi pięć palców. Kiedy pytałem o coś, unosiła kciuk do góry lub kierowała w dół. Coraz lepiej mówiła. Przy córce recytowała nawet „Inwokację” z „Pana Tadeusza” i śpiewała piosenki Perfectu.

Patrycja ją bardzo motywowała. Mówiła do niej: mamo, nie zdam magisterki, jeśli nie staniesz na nogi i nie przyjedziesz do mnie na egzamin. I wydawało się, że wszystko zmierza ku dobremu, kiedy nagle, nieoczekiwanie, Agnieszka dostała gorączkę.

Utraciliśmy wszystko

- Początkowo temperatura nie była wysoka: 37,5 stopnia. Potem podniosła się do 39 stopni, a w nocy skoczyła do 40. Zadzwoniłem po pogotowie. Usłyszałem, że nie przyjadą do gorączki i radzą, by robić okłady. Robiłem, ale gorączka nie ustępowała. Mężczyzna ponownie zadzwonił po karetkę. Tym razem również nie chcieli przyjechać.

Kolejna noc była jeszcze cięższa. Adam zadzwonił po pogotowie po raz trzeci. - Powiedziałem do dyspozytora: odmawiacie przyjazdu do kobiety, która jest po trzech wylewach i ma 40 stopni gorączki! Wtedy przyjechali.Agnieszka trafiła na oddział wewnętrzny oświęcimskiego szpitala, gdzie spędziła dwa tygodnie. Lekarze zrobili wszystkie możliwe badania, ale nie wiedzieli, co dolega pacjentce. Nie postawili diagnozy i wypisali Agnieszkę do domu.

- Tego samego dnia córka zadzwoniła do mnie do pracy i powiedziała, że mama znowu gorzej się czuje. Agnieszka spędziła kolejne dwa tygodnie w szpitalu. Podawano jej antybiotyki i środki usypiające. Założono sondę, mimo że nie wyraziłem na to zgody. Przecież Agnieszka umiała już samodzielnie jeść - mówi Adam.

I dodaje: - W końcu żona otrzymała wypis ze szpitala. Niestety, okazało się, że po miesiącu pobytu w placówce utraciliśmy wszystko, czego Agnieszka się nauczyła. Wrócili do punktu wyjścia.

Życie po trzech wylewach

Inny by się załamał. Poddał. Zwątpił w sens rehabilitacji i ćwiczeń. Ale nie Adam. Dzięki jego determinacji i miłości Agnieszka potrafi dziś przejść 200 metrów. Mąż codziennie zabiera ją na krótki spacer. Niesie krzesełko, na którym Aga może odpocząć. Gotuje dla niej kremowe zupy, wyciska soki, dba o higienę, pomaga się ubrać. W nocy wstaje co trzy godziny i przewraca żonę na drugi bok, aby nie miała odleżyn. Stara się ją motywować do ćwiczeń, a nawet z nią śpiewa.

Czy myśli czasem, co by było, gdyby żona nie zachorowała? - Pewnie życie toczyłoby się swoim rytmem. Ale koncentruję się na tym, co jest teraz. Aga jest mocna, ma silną wolę i wiarę. Wiem, że z tego wyjdzie.

A po chwili dodaje: - Ludzie mają o wiele gorzej. Nie można się użalać nad sobą, ani poddawać czarnym myślom. Kiedy przychodzą mi do głowy wieczorami, odpycham je. Trzeba mieć nadzieję. Przykro mi tylko, że osoby, które znały moją Agnieszkę, dziś jej nie odwiedzają. Z początku wszyscy zapewniali o chęci pomocy, pocieszali, mówili, żebym się nie martwił, bo nie jestem sam. Choroba Agi zweryfikowała przyjaźnie.

Zatańczymy

Czasem Agnieszka i Adam Chowańcowie, jak za dawnych czasów, idą wspólnie do kawiarni na kawę, albo do galerii handlowej. Pani Agnieszka, jak każda kobieta, lubi ładnie wyglądać, chętnie przymierza ubrania. Wśród ludzi zachowuje się inaczej, stara się nie korzystać z pomocy męża. Co czuje Adam, widząc postępy żony?
- Ulgę. Jestem szczęśliwy, że wszystko idzie w dobrą stronę. Jest też nadzieja, że nasze życie wróci do normy, że żona wyzdrowieje i czeka nas kolejne 25 lat razem. I wiem, że jeszcze zatańczymy.

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.