Joanna Zajchowska

Morderczy bieg, bez tlenu, przez Himalaje

Morderczy bieg, bez tlenu, przez Himalaje          Fot. Adrian Dmoch
Joanna Zajchowska

Całe życie podporządkował bieganiu. Próbuje dokonać niemożliwego - wygrać najtrudniejszy maraton na świecie. „Tenzing Hillary Everest Marathon” to jedyny bieg, w którym nigdy nie wygrał obcokrajowiec. 44-letni Robert Celiński chce dokonać tego jako pierwszy. 29 maja po raz kolejny zmierzy się z brakiem tlenu, morderczą trasą i rywalami, którzy na co dzień służą w nepalskiej armii.

Postanowiłeś wygrać najtrudniejszy maraton na świecie. Przed tobą kolejne miesiące przygotowań. Z czym wiąże się taka decyzja?

Z ogromem pracy. Nie chodzi tylko samo bieganie. Ważne jest wzmacnianie ciała, aklimatyzacja. Warunki bytowe są tam momentami prymitywne. Tlenu jest niemal o połowę mniej. Trzeba być na to gotowym.

Dlaczego akurat Everest Maraton?

Bo jest wyjątkowy, bardzo trudny i wymagający. A ja lubię ambitne zadania. Średnia wysokość trasy przebiega na wysokości grubo powyżej 4000 m n.p.m. To jedna z najtrudniejszych tras świata. Wpływa na to bardzo rzadkie powietrze, ale i skala trudności biegu. Potęga natury w tym maratonie sprowadza zawodników do parteru. Pokazuje słabe cechy charakteru. Nie wybacza błędów. Bieg u podnóży Everestu pokazuje, jak jesteśmy słabi.

Na jakim etapie przygotowań do tegorocznego startu się Pan znajduje w tym momencie?

Przygotowania na chwilę obecną są na etapie początkowych. To ze względu na kłopoty z kontuzją łydki, która mi doskwierała od stycznia. Przede mną trochę czasu na wprowadzenie, około dwóch tygodni, aby porządnie się rozbiegać i przejść do właściwych treningów. Staram się robić naprawdę dużo treningów uzupełniających, wzmacniających, siłowych, aby nie zaniedbywać ogólnie całego ciała. Pracuję nad tymi partiami, które są sprawne i nic nie stoi na przeszkodzie, aby je wzmacniać i stale pobudzać do pracy. Czas z kontuzją nie jest nigdy bezczynny. Ćwiczenia zastępcze dużo wnoszą, a to pomaga szybciej wrócić do pełnej sprawności i w momencie, gdy już właściwie trenuję, to zawsze jest mi łatwiej i szybciej wrócić do względnej formy już na początkowym etapie.

Zmierzysz się z tym biegiem po raz kolejny. Zmieniłeś swoją taktykę?

Za każdym razem staram się zmieniać coś na lepsze, abym mógł pobiec jeszcze szybciej. Wynika to z doświadczenia, jakie zdobywam za każdym razem gdy startuję w Himalajach. Ale przede wszystkim nastawiam się na walkę wewnętrzną z samym sobą. To jest klucz do zwycięstwa. Trzeba walczyć i przełamywać się. W tych momentach, gdy głos w sercu mówi: „poddaj się, zatrzymaj się, stań, przestań biec” - trzeba go pokonać. W pierwszym biegu zapłaciłem „frycowe”. Był bardzo obiecujący do momentu, gdy wywróciłem się na kamieniach. Ta pierwsza wywrotka „pozamiatała” wszystko. Leżałem na ziemi, momentalnie mnie zatkało, brakowało mi powietrza. Kolana i dłonie miałem pościerane do żywego mięsa. Patrzyłem, jak kolejni zawodnicy mnie mijają i myślałem, że to ponad moje siły. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, o co chodzi w tym biegu. Zawziąłem się i stanąłem na nogach. Uparłem się i dobiegłem do mety.

Czy w tak trudnych warunkach biega się technicznie inaczej niż na nizinach?

Bardzo ważna jest umiejętność balansowania swojego ciała, dostosowanie rytmu względem zbiegu czy podbiegu, praca ramionami. Zintegrowanie ramion podczas bardzo stromych podbiegów, nabieranie naturalnej maksymalnej prędkości na zbiegach, koncentracja na trasie - jest ona bardzo ważna, by nie „wywinąć orła”. Można się poczuć jak postać w grze elektronicznej, która przeskakuje z jednego punktu na drugi.

Przed samym startem spędzasz w okolicach bazy pod Mount Everest kilkanaście dni. Często zupełnie samotnie.

Miejsca, w których przebywam w Himalajach, działają na mnie oczyszczająco. Czas płynie zdecydowanie wolniej, a to sprzyja rozmyślaniom nad różnymi aspektami życia. Myślę wtedy nad tym, po co to robię, do czego dążę, w mojej głowie nagle rodzą się nowe pomysły. Naprawdę dużo „miesza się” wtedy w głowie. Pojawiają się różne emocje. Jest euforia, ale też zwątpienie, uniesienia ze szczęścia i zrezygnowanie. Ten bieg to z jednej strony wyzwanie sportowe, ale ma w sobie też ducha. To, czego doświadcza się w tym biegu, jest nieporównywalne do niczego innego. Trzeba to przeżyć osobiście; odczuć na ciele i umyśle, a przede wszystkim na duszy, aby zrozumieć.

Nie myślałeś o wejściu na najwyższą górę świata? Tam tych duchowych doznań musi być jeszcze więcej.

W pozostałej części tekstu przeczytasz:

  • Jakie są kolejne cele Roberta?
  • Czy nie boi się, że w pewnym momencie podejmie wyzwanie ponad siły?
  • Jak wygląda  plan B  Roberta i jego codzienne życie?
Pozostało jeszcze 19% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 12,30 zł co 5 dni.

    już od
    12,30
    /5 dni
Joanna Zajchowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.