Najważniejsze w życiu? Trafić na dobrych ludzi, bo oni mogą uratować nam życie

Czytaj dalej
Fot. PolskaPress
Maria Mazurek

Najważniejsze w życiu? Trafić na dobrych ludzi, bo oni mogą uratować nam życie

Maria Mazurek

Mijamy ich na ulicy, spotykamy w tramwaju, aptece. Byli więźniowie Auschwitz, choć jest ich coraz mniej, wciąż żyją obok. To ostatnia szansa, by wysłuchać ich historii. Zrobili to Ola Wójcik i Maciej Zdziarski.

Czego młodzi ludzie, piszący o więźniach Auschwitz, mogą się od nich nauczyć?

Maciej Zdziarski: Dystansu do codzienności. Może spotkać nas w życiu wydarzenie o charakterze ekstremalnym i w jego obliczu to, z czym mierzymy się na co dzień, staje się zupełnie nieważne. Bohaterowie naszej książki w 1939 roku też byli młodymi ludźmi, którym wydawało się, że świat jest bezpiecznym miejscem. Czytali gazety, mieli swoje plany, marzenia. Weźmy Marka Godlewskiego, jednego z pięciorga bohaterów naszej książki.

Marzył, by zostać aktorem, po wakacjach miał iść do szkoły teatralnej. Maturzyści słyszeli, że jak wybuchnie wojna, to w miesiąc pokonamy Niemców. Nie przypuszczał, że jego życie ułoży się tak, że będzie musiał wykonywać wyroki państwa podziemnego, że zastrzeli swojego kolegę ze szkoły, który okaże się zdrajcą. Nie sądził, że trafi do dwóch obozów koncentracyjnych, że jeszcze długo po wojnie nie będzie mógł normalnie żyć, trafi do katowni ubeckiej. Nie jest tak, że to, co wydarzyło się byłym więźniom, to historia sprzed 700 lat, która nie ma prawa się powtórzyć. Zatem każdy dzień, kiedy mamy co jeść i mamy gdzie spać, jest cenny i należy się nim cieszyć.

To lekcja, którą byli więźniowie sobie głęboko przyswoili. O tym też mówiła nam dr Alicja Klich-Rączka, geriatra prowadząca przychodnię dla byłych więźniów, dzięki której poznaliśmy naszych bohaterów: że kiedy jeździła z nimi na wycieczki, po całej Europie i dalej, to im nigdy nie przeszkadzała ani klimatyzacja, ani brak klimatyzacji, ani niewygodny pokój, ani złe miejsce w autobusie. Dla kogoś, kto przeżył obóz koncentracyjny, to bez znaczenia.

Ola Wójcik: A liczy się to, co jeszcze można przeżyć, zobaczyć, zjeść, podziwiać. Ciekawość świata często tracą już młodzi ludzie; są zgorzkniali, uważają, że nic ważnego w ich życiu już się nie wydarzy - bo co miałoby się wydarzyć? A byli więźniowie Auschwitz celebrują każdy dzień.

Czego jeszcze się od nich nauczyłaś?

Ola Wójcik: Że najważniejsze w życiu jest trafiać na dobrych ludzi. Oni mogą uratować nam życie - dosłownie lub w przenośni. Wspólną cechą naszych bohaterów jest to, że mówią: w życiu mieliśmy szczęście. Brzmi paradoksalnie, bo przecież przeszli przez piekło. Ale w odpowiednim momencie uśmiechnęło się do nich szczęście - często polegało na tym, że spotkali we właściwym momencie właściwego człowieka, który na przykład zaproponował im ucieczkę - i ona się powiodła.

Tak jak w przypadku Godlewskiego.

Maciej Zdziarski: Uciekł z Auschwitz w bardzo spektakularny sposób. Kiedy trafił za druty, od razu polubił go obozowy elektryk, więzień, pseudonim Amper. Podszedł do Marka Godlewskiego i w pierwszej rozmowie zaproponował mu wspólną ucieczkę. Na początku Godlewski myślał, że to prowokacja.

Najważniejsze w życiu jest trafiać na dobrych ludzi. Oni mogą uratować nam życie

Ola Wójcik: Był członkiem podziemia, zaprawionym w bojach konspiratorem, więc przezornie uznał, że to jakaś podpucha. Ale w końcu zaufał temu człowiekowi. Wybrali odpowiedni moment, przecięli obozowe druty, najpierw odłączając je od prądu. Ta ucieczka się powiodła i zostali przyjaciółmi już do końca życia.

Maciej Zdziarski: Po wojnie Amper również był barwną postacią. Jeden z rozmówców opowiadał nam, że sprzedawał tartą cegłę jako środek na pchły. Żartowniś, który nie podchodził do życia zbyt poważnie. Zresztą, podobnie Godlewski. Jeszcze kilka tygodni przed swoją śmiercią - bo odwiedziliśmy go w domu opieki, w którym w końcu zmarł - opowiadał nam dowcipy, które robili wspólnie z Amperem, już po ucieczce z obozu. Wspominał go w sposób niezwykle czuły, jako kumpla, o którym się myśli do końca życia.

Ciekawe, że już po śmierci Marka Godlewskiego spotkaliśmy się w Poznaniu z innym jego kolegą z partyzantki. Wspominał historie sprzed siedemdziesięciu lat z taką energią, jakby znowu był dwudziestolatkiem. Wydawało mu się czymś niebywałym, że w tej chwili ma 90 lat i nie może się ruszać, nie może wyjść z mieszkania. Emocjonalnie i duchowo ciągle czuł się młody.

Ola Wójcik: Wspólną cechą naszych bohaterów jest to, że do dziewięćdziesiątki zachowali - lub zachowują - żywotność, pogodę ducha. Wydawałoby się, że ktoś, kto przeżył obóz, będzie cały czas uwięziony w tej traumie, a u nich jest inaczej. Oczywiście - Auschwitz powraca, często jako koszmar, ale z drugiej strony u każdego z bohaterów pobyt w obozie wyzwolił apetyt na życie. Po wyjściu z obozu już nic gorszego człowieka spotkać nie może. Stefan Lipniak, który ma 92 lata, codziennie odbywa rundkę ulicami wokół Rynku Głównego, pięć kilometrów, bez względu na pogodę. Wygląda na 70 lat.

Myślę, że wasi bohaterowie - skoro przeżyli obóz - są bardzo silni. I fizycznie, i psychicznie.

Maciej Zdziarski: Tak. Są lub byli silni i dlatego nic ich nie złamało - ani obóz, ani to, co działo się później - bo opisujemy też życie naszych bohaterów po wyjściu z obozu. I to często życie niełatwe, ale obóz jakby ich uodpornił. Nasi bohaterowie są ludźmi, którzy w zasadzie nie mieli prawa przeżyć. Józef Paczyński, który zmarł półtora roku temu, opowiadał nam, że kiedy po wojnie, przed swoim ślubem, poszedł do spowiedzi i powiedział, że kilka lat nie praktykował, bo był w obozie koncentracyjnym, to ksiądz nie chciał uwierzyć. Sądził, że wszyscy, którzy byli w obozie, zginęli.

Nasi bohaterowie mają za sobą dramat obozu, ale też kawał dobrze przeżytego życia, o którym ciekawie potrafią opowiadać.

Ola Wójcik: Nasi bohaterowie mieli szczęście przetrwać, a my - wysłuchać ich świadectw. Niestety nie można rozmawiać z tymi, którzy obozu nie przeżyli. Z tymi milionami, anonimowymi liczbami.

Maciej Zdziarski: Więc jest pewien paradoks w świadectwach, które zebraliśmy: one są świadectwami ludzi, którzy nie mają obiektywnego obrazu sytuacji - bo przeżyli. Martwi niczego powiedzieć już nie mogą. Opowieści Paczyńskiego, jako człowieka, który przetrwał, w jakimś sensie wspierały niemiecką politykę historyczną. On przeżył, bo spotkał dobrych Niemców. Nie da się zaprosić na spotkanie kogoś, kto zginął, bo takich nie spotkał.

Paczyński chodził po wojnie na procesy esesmanów i niektórych z nich bronił.

Maciej Zdziarski: Tak, ale nie przeszkadzało mu to pamiętać i podkreślać, że to Niemcy są odpowiedzialni za zbrodnie. Zaznaczał zawsze jednak, że nawet w tak ekstremalnych sytuacjach esesmani mieli wybór, czy zachowywać się lepiej, czy gorzej.

Ola Wójcik: Nasza kolejna bohaterka, Lidia Maksymowicz, ciekawie o tym opowiada. Trafiła do Auschwitz jako trzyletnie dziecko, a po wojnie została adoptowana przez polskie bezdzietne małżeństwo z Oświęcimia. Miała wtedy pięć lat i w zasadzie jedyne, co znała, to obóz koncentracyjny. Wychodziła na podwórko i bawiła się z dziećmi w obóz, ustawiała je w szeregu i wskazywała: ty do gazu, ty na rewir, ty do doktora Mengele. Ona dziś mówi: patrzcie, jak łatwo z ofiary stać się „oprawcą”. Przy „oprawca” umieśćmy cudzysłów, ale tak właśnie ona dziś, z perspektywy lat, ocenia swoje zachowanie wobec dzieci z podwórka.

Maciej Zdziarski: To jedna z tych historii, która pokazała nam nieoczywisty wymiar naszych bohaterów. Od samego początku nie chcieliśmy, żeby nasza książka była zbiorem strasznych historii z obozu koncentracyjnego. Bardziej zależało nam na tym, by pokazać, że byli więźniowie wciąż są wśród nas, mijamy ich, chodząc po krakowskich ulicach. Nasi bohaterowie mają za sobą dramat obozu, ale też kawał dobrze przeżytego życia, o którym ciekawie potrafią opowiadać. Lidia Maksymowicz, już jako dojrzała, 70-letnia kobieta, poleciała w podróż do Ameryki Łacińskiej śladami powojennej ucieczki swojego oprawcy - Józefa Mengele. Bo on później był ścigany i przemieszczał się pomiędzy różnymi państwami Ameryki Południowej.

Jakim eksperymentom medycznym była poddawana w obozie Lidia Maksymowicz?

Ola Wójcik: Dostawała zastrzyki - trudno dzisiaj powiedzieć, co to konkretnie było, bo miała wtedy trzy lata i nie mogła być świadoma. W każdym razie efekt był taki, że na jej małym ciałku powstawały wrzody. Raz również padła ofiarą przerażającego zabiegu - wytoczono jej krew; jak się później dowiedziała, z przeznaczeniem dla niemieckich żołnierzy frontowych. W to miejsce wstrzyknięto jej sól fizjologiczną. Stała się całkowicie przeźroczysta. Matka jej nie poznała.

Maciej Zdziarski: Lidia Maksymowicz na spotkaniach z młodzieżą chętnie pokazuje swój tatuaż z numerem obozowym. Ponieważ był robiony, gdy miała trzy lata, ta ręka bardzo urosła, a numer - razem z nią. Jest bardzo duży. I równy, symetryczny, z czego pani Lidia jest dumna. Większość dzieci poddawanych procesowi tatuowania wyrywało się, płakało z bólu. Natomiast ona trafiła do Auschwitz już jako „dziecko wojny”, z doświadczeniem ukrywania się w lesie, wspólnie z rodziną i partyzantami. Wiedziała więc, że trzeba zachowywać się cicho, bo płacz może ściągnąć zainteresowanie wroga, a w konsekwencji - śmierć. Więc, choć musiało ją to boleć, przyjęła tatuowanie ze stoickim spokojem.

Czy któryś z waszych bohaterów takie spotkania z młodzieżą jeszcze prowadzi?

Maciej Zdziarski: Wszyscy, którzy żyją. Paczyński i Godlewski, którzy już odeszli, prowadzili je prawie do końca. I to jest również ciekawa cecha tych ludzi, że oni w pewnym momencie z opowiadania o swoim doświadczeniu obozowym zrobili część swojego życia, może nawet jego treść. Paczyński po wojnie poszedł do pracy w zakładach tytoniowych, skończył studia, był dyrektorem szkoły. I dopiero, kiedy przeszedł na emeryturę, tożsamość obozowa znowu stała się ważna. Zaczął jeździć ze swoim świadectwem nie tylko po Polsce, ale i po Niemczech.

Kokieteria uroczego człowieka. Jesteśmy przekonani, że tak naprawdę to lubił. Miał poza tym poczucie misji, obowiązku, że musi opowiadać światu o tym, co przeżył.

Fascynująco potrafił opowiadać o tym, że był fryzjerem Rudolfa Hössa i o życiu obozowym z perspektywy kogoś, kto przyjechał w pierwszym transporcie - miał numer 121. I stał się kimś w rodzaju celebryty, kogoś, kto potrafi dawkować napięcie, opowiadając swoją historię, kto chętnie pozuje do zdjęć. Można powiedzieć, że Auschwitz pod koniec życia zafundowało mu rolę człowieka rozpoznawalnego, na którego skierowane są oczy publiczności. I on bardzo tę rolę lubił.

Kiedyś umawiałam się z nim na wywiad. Pamiętam, że krygował się z początku, że nie chce.

Ola Wójcik: Kokieteria uroczego człowieka. Jesteśmy przekonani, że tak naprawdę to lubił. Miał poza tym poczucie misji, obowiązku, że musi opowiadać światu o tym, co przeżył.

Maciej Zdziarski: Kilka lat temu robiliśmy w Instytucie Łukasiewicza projekt międzypokoleniowy - cykl spotkań byłych więźniów obozów koncentracyjnych z młodzieżą licealną. Trochę się baliśmy, że to nie wyjdzie, że więźniowie nie złapią kontaktu z uczniami. Te wątpliwości minęły za pierwszym razem, jak zobaczyliśmy, co działo się na spotkaniu z Markiem Godlewskim. Młodzi ludzie kupili go od pierwszej minuty, bo zobaczyli, że to facet, który niczego nie musi udawać, jest lekko ironiczny, zdystansowany, a jednocześnie ma do opowiedzenia fascynujące historie. Te dzieciaki go otoczyły, z czego on się cieszył - szczególnie z dziewcząt, bo był wrażliwy na urodę kobiecą. Do końca zachował witalność, nie występował z pozycji staruszka, który opowiada, jak trafił do obozu, ale był tak samo energetycznym człowiekiem, jak ci młodzi ludzie, tak samo niesfornym, filuternym.

Ola Wójcik: Podobnie Stefan Lipniak. Kiedy przyszedł na spotkanie z młodzieżą, na początku była atmosfera powagi - wiadomo, uczniowie przyszli posłuchać o okrucieństwach życia wojennego. Ale pan Stefan szybko uciął te opowieści obozowe i podsumował to stwierdzeniem, że w sumie to miał jednak dobre życie, bo trafił na dobrą żonę. I tego wszystkim chłopakom życzy. A później zaczął opowiadać o piłce, bo po wojnie był sędzią piłkarskim. Zgłosił się jeden licealista i powiedział: ja też się uczę na sędziego. I nagle ten starszy pan, prawie 90-letni, zaczął przepytywać tego 16-latka, czym się różni spalony od pozycji spalonej.

Maciej Zdziarski: Takie spotkania są potrzebne, bo pokazują, że historia jest czymś, co działo się naprawdę. Że pobyt w obozie przydarzył się ludziom jak my. I to wcale nie tak dawno.

Ale więźniowie Auschwitz umierają. Za 10 lat ich nie będzie. Czy zrodziła się w was refleksja, że jeśli oni odchodzą, to my i tak w nauczaniu historii powinniśmy coś zmienić?

Maciej Zdziarski: Sprawa jest szersza i dotyczy również tego, jak my historię przedstawiamy. Sobie i światu. Od wielu lat Polska boryka się ze sformułowaniem „polskie obozy śmierci”. Dla byłych więźniów to szczególnie bolesne, bo role w obozie były jasne. Obozy zbudowali Niemcy, one służyły niemieckim celom politycznym, a więźniami tych obozów byli przedstawiciele różnych narodowości - choć zawsze warto podkreślać, że Auschwitz zbudowano z myślą o Polakach.

Ci więźniowie, ostatni żyjący, pokazują nam, jak wielką lekcję mamy do odrobienia.

Ola Wójcik: Lidia Maksymowicz kwituje to tak: oprawcy w obozie nie mówili po hitlerowsku ani nazistowsku. Mówili po niemiecku. W Polsce nieco lekceważy się ten temat. Tych, którzy o nim mówią, posądza się o przewrażliwienie i kompleksy.

Maciej Zdziarski: Ważnym elementem tej książki jest niezgoda na taką narrację historyczną. Ci więźniowie, ostatni żyjący, pokazują nam, jak wielką lekcję mamy do odrobienia. Musimy w sposób jasny, zrozumiały i ciekawy opowiadać o historii. Również o cierpieniach, których doznali Polacy, bo to jest rodzaj kapitału historycznego. O tym zapomniano w imię budowania nowej rzeczywistości po 1989 roku. Uznano, że mamy nową Polskę, zjednoczone Niemcy…

Przyjaźnimy się, potrzebujemy ich…

Maciej Zdziarski: I to wszystko prawda, bo Niemcy są naszym strategicznym partnerem. Ale to nie znaczy, że mamy rezygnować z opowiadania historii. Bo dzisiaj widzimy, że to było rażące zaniedbanie, które ma fatalne skutki. Po 70 latach dla wielu ludzi to, co się wydarzyło, jest tak odległe, jakby zdarzyło się w średniowieczu. I równie nieistotne. Zaczęliśmy pisać książkę po śmierci Paczyńskiego. Uderzyło nas, że na jego pogrzebie nikt nie powiedział ani słowa o Auschwitz. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że to na prośbę jego córki, która uznała, że całe życie jej ojca - i jego rodziny - upłynęło w cieniu obozu koncentracyjnego. Chciała, by pogrzeb był przeżyciem głęboko osobistym.

Ola Wójcik: Żeby to był pogrzeb jej ojca, a nie byłego więźnia Auschwitz. My to szanujemy, ale właśnie wtedy zrodziła się w nas refleksja, że skoro ostatni bezpośredni świadkowie odchodzą, to na nas spoczywa obowiązek opowiedzenia ich historii.

Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.