Napadał z pistolecikiem za 6 zł

Czytaj dalej
Artur Drożdżak

Napadał z pistolecikiem za 6 zł

Artur Drożdżak

27-Mateusz S. był hazardzistą i aby wyjść z tarapatów finansowych, napadał z atrapą broni na banki. Za rozboje w Krakowie i Zielonej Górze został prawomocnie skazany na 5 lat i 6 miesięcy więzienia.

Są sprzeczne doniesienia, kiedy Mateusz S. pogubił się w życiu. Jego rodzice podejrzewają, że to się stało już wtedy, gdy z powiatowego miasteczka koło granicy z Niemcami jako pryszczaty 20-latek wyruszył w świat, czyli na studia do odległego Krakowa.

Koledzy twierdzą, że stało się to wówczas, kiedy zaczął obstawiać zakłady w internecie i przegrywać duże sumy. Żona jest przekonana, że tąpnięcie nastąpiło, jak po raz pierwszy wziął do ręki broń.

Z tym pistoletem to nie było tak jak się wydaje. Nie kupił ciężkiego magnum, jakiego w filmach używał Brudny Harry, ale zabawkowy gadżet za 6 zł, który wyglądał jak prawdziwy. Sto razy rozważał, czy dokonać skoku na bank. Sprawdzał, czy w środku są kamery, pracownik ochrony i czy wielu klientów może mu przeszkodził w realizacji planu.

Na stronach internetowych przeczytał wszystko o napadach, ale teoria to jedno, a życie coś innego. W końcu wybrał placówkę SKOK w Nowej Hucie.

Pierwszy skok na SKOK

Mieszkał na pobliskim osiedlu i wiele razy tamtędy przechodził. Opracował drogi ucieczki, przeanalizował wszystkie za i przeciw. Wiedział, że jak w seksie, ten pierwszy raz jest ważny, ale chyba nie najważniejszy.

W środę 20 listopada 2013 roku o godzinie 10.15 wszedł do placówki SKOK. W środku był jeden klient i trzy panie z obsługi. Nie zwróciły uwagi na młodego mężczyznę, który twarz zakrywał szalikiem, miał kaptur, okulary korekcyjne i rzucił na blat dwie reklamówki. Przerażone kobiety zesztywniały dopiero, gdy wyciągnął pistolet i powiedział, że to jest napad.

- Dawać szybko pieniądze, wszystkie - powiedział podniesionym głosem. Klienta uspokoił, że nikomu nic się nie stanie.

Pracownica Katarzyna B. dyskretnie włączyła przycisk alarmowy i jak najwolniej pakowała banknoty do zielonej reklamówki. Potem na przesłuchaniu przypomniała sobie, że dzień wcześniej widziała, że bandyta spacerował z pobliżu i zaglądał przez szybę do wnętrza. Podczas napadu zgarnął niemałą sumkę - ponad 10 tys. zł.

Miesiąc później obrabował oddział Alior Banku przy ul. Spółdzielców w Krakowie. Placówka była nowiutka, miała ledwie trzy tygodnie. Napad to był jej chrzest bojowy. Pracownicy nawet nie zdążyli ochłonąć po wizycie rabusie, kiedy trzy tygodnie później ten sam sprawca wpadł po gotówkę. Za pierwszym razem zabrał 10 tys. złotych, a za drugim o połowę mniej.

Sposób działania był ten sam: miał zamaskowaną twarz, podawał reklamówkę, by mu zapakować gotówkę, bilonu nie chciał.

Za drugim razem sprzątaczka nie zorientowała się, co się wokół niej dzieje i szmatką przecierała parapety, gdy kasjerka opróżniała szuflady z banknotów.

Dopiero na widok broni pani sprzątająca pobladła ze strachu, ale bandyty zaraz już nie było. Potem policja jeszcze trzy razy musiała wyjeżdżać na akcje, gdy nieuchwytny bandyta obrabował dwie placówki SKOK i jeden bank.

Zrabował 45 tys. zł

W sumie w ciągu 13 miesięcy zgarnął w ten sposób 45 tys. złotych. Stale poganiał pracowników przy pakowaniu pieniędzy, dawał im na to 30 sekund. Podczas jednego z napadów usprawiedliwiał się, że potrzebuje funduszy dla chorego dziecka, chociaż takiego nie posiadał.

Policja zebrała ślady, które zostawił m.in. na jednej z porzuconych reklamówek, czy odcisk niebieskich adidasów, które miał na nogach. Opublikowano jego portret pamięciowy i zapis z monitoringu, bo kamery zarejestrowały, jak się kręcił blisko placówek banku. Wpadł tydzień po ostatnim napadzie.

Być może wydała go pani, u której wynajmował pokój w Nowej Hucie lub został rozpoznany przez jedną z pracownic okradzionego SKOK. Policja nie zdradza źródła informacji, ale kwadrans po telefonie pojawiła się na osiedlu Piastów, gdzie był widziany. Stał na przystanku, wsiadł do autobusu, gdzie już na niego czekali kryminalni. Miał przy sobie atrapę broni za 6 zł, a na nogach niebieskie adidasy.

Od razu przyznał się do winy i opisał, jak dokonał wszystkich skoków. W Krakowie przebywał od pięciu lat i wynajmował pokoje w różnych częściach miasta. Rabunków dokonywał w pobliżu miejsc zamieszkania. Studiował turystykę i rekreację na Uniwersytecie Ekonomicznym, ale po pół roku zrezygnował. Pracował w firmie ochroniarskiej jako konsultant klienta w sieci telekomunikacyjnej lub przedstawiciel handlowy i osiągał miesięczne dochody rzędu 1500-2000 zł.

W tajemnicy przed żoną

Pracodawcy go cenili za rzetelność i fachowość. Na studiach poznał dziewczynę i wzięli ślub, ale nie przyznał się jej do napadów. Była w szoku, kiedy kryminalni przyjechali na przeszukanie do jej rodziców pod Krakowem. Potem złożyła papiery rozwodowe. Jego małżeństwo się rozsypało, a rodzice trafili pod opiekę psychologa, gdy dowiedzieli się, co ich syn wyprawiał pod Wawelem.

Mateusz S. nie krył, że wpadł w wir hazardu i przegrywał duże sumy. Gdy zebrało się ze 100 tys. zł długów, wziął kredyt w banku, aby spłacić zaległości, ale na niewiele to się zdało. Zaczął więc pożyczać pieniądze od znajomych, rodzina podratowała go kwotą 4-5 tys. zł. To była kropla w morzu potrzeb. W końcu postanowił dokonywać napadów.

- Chodziło mi tylko o pieniądze i by nikt nie ucierpiał - tłumaczył się na komendzie. Część gotówki wpłacał na konto w banku i regulował kredyt.

Nie podejmował prób leczenia od hazardu, bo sam przed sobą nie chciał się przyznać do tego, że jest uzależniony.

Od żony usłyszał, że jest gotowa z nim być, ale najpierw musi „wyjść na prostą i skończyć z nałogiem”.

Z aresztu napisał list do pani prokurator, że „pobyt w więzieniu go przeraża, bo na co dzień nie miał styczności z takim otoczeniem”. Żałował tego, co zrobił, utraty żony i rodziny.

- Zbłądziłem, ale zacznę wszystko naprawiać - obiecywał. Podczas procesu sędzia pytał Mateusza S., czy domyśla się, jak mogły się czuć napadnięte osoby. Odparł, że nie ma pojęcia, bo nie był nigdy w takiej sytuacji i nie chciałby być.

- Na pewno to było dla nich stresujące, może kiedyś będzie mi dane ich przeprosić osobiście lub w formie listu. Wiem, że w tym spotęgowanym stresie musieli czuć się strasznie - odpowiedział.

Wyrok skazujący

Sąd Rejonowy dla Krakowa Nowej Huty skazał go w sierpniu 2015 r. na dwa i pół roku więzienia i nakazał oddać zrabowane pieniądze. Wypuścił go też z aresztu, a wtedy Mateusz S. wrócił w rodzinne strony.

Minęły ledwie dwa miesiące, a w Zielonej Górze doszło do kolejnego napadu na SKOK, potem był jeszcze drugi i trzeci, podczas którego Mateusz S. został obezwładniony przez przypadkowe osoby i ponownie trafił do aresztu.

Łup był mizerny, w sumie 8 tys. zł. 27-latek usłyszał kolejną karę, a potem wyrok łączny za napady w Krakowie i Zielonej Górze: 5 lat i 6 miesięcy więzienia. Tyle ma teraz czasu na przemyślenia nad swoim życiem

Artur Drożdżak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.