Nawet Google mogłoby się uczyć o Tarnowie od Witolda Gryla

Czytaj dalej
Fot. archiwum Tadeusza Koniarza
Łukasz Winczura

Nawet Google mogłoby się uczyć o Tarnowie od Witolda Gryla

Łukasz Winczura

Był postacią nietuzinkową. Chemik, bibliofil, historyk. Jego serce biło wyłącznie dla Tarnowa. Coraz mniej ludzi o nim pamięta. To wielka niesprawiedliwość wobec uczucia, które dał miastu.

Dokładnie dziesięć lat temu z pejzażu Tarnowa odszedł Witold Gryl. Wielu tarnowian do dziś pamięta jego charakterystyczną sylwetkę. Drobny mężczyzna, w stalowym, nieco za dużym garniturze i beżowym prochowcu. Zawsze w berecie; od wielkiego święta w kapeluszu. Spokojnie przechadzający się po mieście, które przez 88 lat było jego największą miłością. Niestety, czasem nieodwzajemnioną.

Slalom między książkami

Witold Gryl mieszkał przy ulicy Starowolskiego. Zajmował dwupokojowe mieszkanie na parterze. Żył wśród książek, które zajmowały każde wolne miejsce. Od podłogi po sufit. Wiele pozostało nierozpakowanych. Były to publikacje z różnych dziedzin. Najwięcej dotyczyło Tarnowa.

- Pana Witolda znali antykwariusze w całym kraju. Co chwilę podsyłali mu katalogi. On je studiował, nanosił uwagi, po czym przychodził do biblioteki i mówił: „Kupcie to, bo warto” - wspomina Barbara Sawczyk z działu Starych Druków MBP. - Kończyło się tak, że kupował je za swoje.

Bywalcy jego mieszkania przemykali slalomem wśród publikacji dotyczących chemii, której był absolwentem, a nawet onkologii.

- Jego pierwsza żona zmarła na raka. Od tego czasu szukał wszystkiego, co dotyczyło leczenia tej choroby. Dużo korespondował ze specjalistami w tej dziedzinie - opowiada Krzysztof Moskal, historyk.

Posiadanie tak wielkiej kolekcji prowadziło niejednokrotnie do zabawnych sytuacji.

- Dzwonił do biblioteki i mówił: „Pani Mario, proszę i znaleźć taką i taką książkę. Tak wiem, mam ich pięć egzemplarzy, ale za nic nie mogę znaleźć” - mówi z uśmiechem emerytowana bibliotekarka Maria Sąsiadowicz.

Trzy miłości pana Witolda

Przyjaciele podkreślają, że najbliższymi miejscami dla historyka były zamek na Górze św. Marcina, Stary Cmentarz i pierwszy klasztor bernardyński. - Ponad 15 lat inwentaryzował nagrobki na najstarszej tarnowskiej nekropolii. I wie pan, jakie honorarium za to dostał? 3300 starych złotych. Wstyd - zżyma się Maria Sąsiadowicz.

Inną pasją było tropienie przejścia podziemnego, łączącego klasztor z zamkiem oraz poszukiwanie miejsca pochówku biskupa Jana Duvalla, które do dziś nie zostało odnalezione, a według przekazów miało znajdować się w klasztorze.

Jego pasja zamkowa została natomiast pięknie nagrodzona. Był świadkiem odnalezienia zabytkowych monet zakopanych wśród ruin. To skarb, o którym było bardzo głośno.

Dla pasjonatów historii Tarnowa Witold Gryl był chodzącą encyklopedią.

Ucz się, Basiu, Tarnowa

Miłością do rodzinnego miasta zaraziła go matka, która biorąc go na długie spacery w dzieciństwie i wczesnej młodości, opowiadała mu rozmaite ciekawe historie, które zapamiętał. Tę miłość Witold Gryl chciał zaszczepić swoim następcom.

- Był kimś w rodzaju mentora. Naprowadzał na trop, sugerował, gdzie szukać. Nigdy nie podawał na tacy gotowego rozwiązania - wspomina Barbara Sawczyk. - Ambitnie motywował. Gdy zaczęłam pracę w bibliotece w 1995 roku, często słyszałam: „Ucz się Basiu, Tarnowa” - dodaje.

- Tak, był moim mistrzem - przyznaje Krzysztof Moskal. - Kończyłem doktorat w Lublinie i jednocześnie zbierałem materiały o zamkach. Napisałem do wielu specjalistów. Odpisał tylko pan Witold.

Od połowy lat 90. spotykali się przynajmniej raz w tygodniu. Siadali przy herbacie i wafelkach. Dyskutowali, wymieniali się publikacjami.

- To dzięki niemu udało mi się odkryć Kronikę bernardyńską w zakonnym archiwum krakowskim - mówi tarnowski historyk.

Z otwartymi ramionami przyjmował każdą osobę, którą pasjonowała historia miasta. Drzwi jego mieszkania często się nie zamykały.

Miłość do książek i Tarnowa Witoldowi Grylowi zaszczepiła jego matka - Teofila

Zmieniali się tylko uczniowie czy magistranci. Do tych, którym pomagał, miał tylko jedną prośbę. Chciał mieć u siebie egzemplarz pracy czy artykułu. Goryczą napawał go fakt, gdy ktoś nie wywiązywał się z obietnicy.

Człowiek z krwi i kości

Dla osób, które nie poznały go bliżej, Witold Gryl mógł stwarzać pozory postaci nieco oschłej czy nieprzystępnej.

- Był na pewno specyficzną osobowością, którą trudno było poznać. Ale z tą oschłością nie mogę się zgodzić - twardo podkreśla Maria Sąsiadowicz. Jako dowód przytacza fakt, iż Witold Gryl sypał kawałami jak z rękawa.

Wiele z nich dotyczyło przeszłości i ludzi związanych z Tarnowem. Ale były też i takie, które wywoływały rumieniec u słuchacza.

- Nie miał zbyt wielu przyjaciół. Najczęściej spotykał się z panem Kolasińskim, który pracował w sklepie „U Bracha”. To ojciec obecnego skarbnika miasta. Drugim był lekarz, którego nazwiska nie pamiętam. Potrafili siedzieć i rozmawiać godzinami - mówi była kustosz.

Warto podkreślić, że Witold Gryl miał specyficzne podejście do lekarzy i... kobiet.

Medyków, jak mawiał, unikał jak ognia. Szczególny dreszcz budziły w nim słowa: diagnoza i terapia.

- Diagnoza to z greki „podwójna wiedza”, zaś terapia kojarzy mi się z łaciny z „lekką ziemią” - uzasadniał.

Z kolei wobec kobiet żywił niekłamany szacunek i uwielbienie dla ich urody.

- Swoją trzecią żonę nazywał „najwyższą miłością swojego życia” - opowiada Krzysztof Moskal.

Historykowi zapadł w pamięć moment, kiedy został wysłany przez swojego mistrza na pocztę, by odebrać przesyłkę z książkami. Zaopatrzony w awizo stanął przed okienkiem. Książek nie mógł odebrać, bo nie miał specjalnego upoważnienia. Gdy wrócił z niczym, usłyszał od Witolda Gryla słowa, które wbiły mu się mocno w pamięć.

Diagnoza to z greki „podwójna wiedza”, zaś terapia kojarzy mi się z łaciny z „lekką ziemią”

- Krzysiu, bo z kobietami trzeba umieć postępować. Miękko zagadać, powiedzieć kilka komplementów, uśmiechnąć się, puścić oczko, poflirtować, poczarować - pouczał młodego historyka 70-latek.

Tępił głupotę

Jedną z niewielu rzeczy, która była w stanie podnieść ciśnienie sędziwemu historykowi była niekompetencja i głupota urzędnicza, przez którą cierpiało piękno Tarnowa.

Nie krył na przykład oburzenia z powodu zrównania z ziemią kina „Krakus” i postawieniu w jego miejsce szklanego biurowca.

Załamywał ręce nad wyburzeniem kamienicy przy ulicy Pułaskiego, na gruzach której postawiono stację benzynową. Do szewskiej pasji doprowadziło go otynkowanie pstrokatymi kolorami elewacji gmachu wodociągów, który przed wojną nazywany był „Białym Domkiem”.

- Najbardziej jednak serce mu krwawiło, gdy widział, w jakiej ruinie pogrąża się jego ukochany zamek. Pisał pisma, chodził, prosił. Odbijał się od ściany - mówi ze smutkiem Krzysztof Moskal.

Tam skarb, gdzie serce

Jedną z najbardziej wartościowych kolekcji Miejskiej Biblioteki Publicznej jest spadek przekazany przez Witolda Gryla.

- To blisko osiemset książek, map, planów i artykułów dotyczących Tarnowa. Wiele z nich to białe kruki Przekazała nam je jego córka Małgorzata Kądzioła. Najcenniejsze z nich udostępniamy w Tarnowskiej Bibliotece Cyfrowej - mówi Ewa Stańczyk, dyrektor tarnowskiej MBP.

A niewiele brakło, by Tarnowowi koło nosa przeszłaby ta cenna kolekcja. - Pan Witold wielokrotnie prosił miasto, by odkupiło i skatalogowało przynajmniej część jego zbiorów. Daremnie - opisuje Krzysztof Moskal.

W akcie desperacji Witold Gryl chciał zapisać wszystko Muzeum Polskiemu w Rapperswillu. - Twierdził, że tam się tym porządnie zajmą. A jak ktoś będzie chciał z tego korzystać, niech jedzie do Szwajcarii. Na szczęście stało się inaczej - uzupełnia Maria Sąsiadowicz.

Zapomniany

Witold Gryl umierał w samotności. Odwiedzali go nieliczni przyjaciele, związani z biblioteką. Cierpiał na nadciśnienie, dokuczały mu zawroty głowy. Właściwie nie opuszczał domu.

W maju 2007 roku nieszczęśliwie upadł i złamał rękę. Trafił do szpitala w Dąbrowie Tarnowskiej, gdzie 26 maja 2007 zmarł. Po dziesięciu latach wśród bliskich mu osób słychać gorycz, że miasto, któremu oddał życie i serce właściwie o nim zapomniało.

- Na szczęście pasjonaci Tarnowa przychodzą i czytają książki z „kolekcji Gryla” - pociesza Ewa Stańczyk.

- Jedną z najcenniejszych pamiątek,którą od niego otrzymaliśmy, jest odręcznie zrobiony spis ulic miasta. Jak przez wieki zmieniały się ich nazwy. Brakuje tam ulicy Witolda Gryla - mówi na pożegnanie Maria Sąsiadowicz.

Łukasz Winczura

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.