Niewolnicza praca ludzi z Limanowszczyzny na robotach w III Rzeszy

Czytaj dalej
Fot. Archiwum M. Wójcika
Michał Wójcik

Niewolnicza praca ludzi z Limanowszczyzny na robotach w III Rzeszy

Michał Wójcik

Przytoczone wspomnienia z robót Stanisława Wójcika ukazują stosunek Niemców do Polaków. Niemcy do pracy w rolnictwie i w fabrykach wykorzystywali osoby z podbitych terenów

W dzisiejszym wydaniu „Tygodnika Ziemia Limanowska” przedstawiona zostanie dola osób wywiezionych do III Rzeszy na roboty przymusowe, które były kolejnym systemowym narzędziem pół niewolniczego wykorzystywania ludności podbitych przez Niemców terytoriów, zwłaszcza z Generalnego Gubernatorstwa. Według szacunków sprowadzono do pracy w III Rzeszy około 6,5 mln przymusowych pracowników. Wspomnienia osób (szczególnie młodzieży), które wróciły do kraju po 1945 r., dają świadectwo ich wycieńczeniu, ale też poczuciu wielkiej i niewynagrodzonej krzywdy.

Za podstawę artykułu posłużyły wspomnienia Stanisława Wójcika, z którym autora tego artykułu łączyły pokrewieństwo. Przykład Stanisława jest podobny do doświadczeń wielu osób z naszego regionu. Spisane wspomnienia Stanisława Wójcika z prac przymusowych w III Rzeszy opublikowane zostały w wydaniu zbiorowym „Cierń mojej młodości” (wyd. 1979 r.)

W styczniu 1940 r. Hans Frank gubernator Generalnej Guberni wezwał ludność polską do dobrowolnego stawiania się na roboty w Niemczech. Jeszcze przed II wojną światową niemało osób z powiatów beskidzkich wyjeżdżało do pracy do Niemiec, dlatego jesienią 1939 r. znaleźli się ochotnicy.

Rzeczywistość pracy w III Rzeszy na początku okupacji była jednak zgoła inna niż w latach 1937 - 1939. Ograniczanie swobody czy zachowania ksenofobiczne wobec Polaków przybierały już charakter systemowy.

Długa droga do III Rzeszy

Stanisław Wójcik pochodził ze wsi Tenczyn w powiecie myślenickim, urodził się w liczącej osiem osób rodzinie. Po nałożeniu obowiązkowych kontyngentów na gminy, sołtysi i wójtowie zostali zmuszeni do kierowania imiennych wezwań do przynajmniej jednej osoby z liczniejszych rodzin. Zimą 1941 r. wyjechał brat Stanisława - Jan Wójcik.

Strzeżone transporty osób wyznaczonych do pracy wyjeżdżały pierwotnie z Krakowa w kierunku Katowic. Stanisław Wójcik opisuje przypadki, kiedy na prostych odcinkach maszyniści niejednokrotnie zwalniali, ułatwiając ludziom ryzykowną ucieczkę z wagonów. Wśród uciekinierów był wspomniany Jan Wójcik, który przebył pieszo 80 kilometrów do swojej wsi. Wiosną 1942 r. przysłano wezwania dla dwóch kolejnych osób z rodziny Wójcików, a także zorganizowano policyjną obławę na pozostałe osoby z imiennej listy.

Stanisław Wójcik wspomina, jak 2 lutego 1943 r. przybył do Mszany Dolnej, gdzie dowiedział się od mieszkańców o licznych transportach osób z Mszany Górnej i Limanowej do arbeitsamtu (niemiecki urząd kontrolujący dostarczanie przymusowych pracowników).

Część ludzi uciekła z miejscowego arbeitsamtu, przez co Niemcy przeprowadzali obławę po całej Mszanie. Na dworcu kolejowym przebywało w tym czasie tylko kilka osób, w tym najmłodszy - szesnastoletni Stanisław, którego niemieccy żandarmi od razu wcielili do kontyngentu i prowadzili pod eskortą przez całą Mszanę Dolną na zbiórkę - aż do posterunku na ul. Sądowej (obecnie Jana Matejki). Opis przesłuchania Stanisława ukazuje brutalne metody postępowania niemieckich służb z podbitą ludnością polską.

Tak jak przed I wojną światową dworzec kolejowy w Mszanie Dolnej był ważnym punktem na szlaku emigrantów zarobkowych do Stanów Zjednoczonych (przez Suchą Beskidzką i Hamburg), tak podczas II wojny światowej stał się punktem koncentracji osób przymusowo wysyłanych do robót w Niemczech.

Wyjazd Stanisława do III Rzeszy odbył się 5 lutego 1943 r., w skład transportu z dworca kolejowego weszło około 50 mężczyzn z Mszany Dolnej i okolic; do Mszany przybył jeszcze transport z Nowego Sącza i połączony wyruszył do Krakowa pod eskortą granatowej policji.

Na dworcu czekała mama Stanisława, która ledwie dzień wcześniej została poinformowana o wyjeździe syna na przymusowe roboty do Niemiec - przekazała mu buty, bieliznę i trochę żywności.

Osoby przetransportowane z Mszany Dolnej do Krakowa zostały umieszczone w obozie przejściowym, w którym - jak wspomina Stanisław Wójcik - panował już duży tłok, brak łóżek, pościeli, a tylko drewniane prycze. 6 lutego 1943 r. odbyła się selekcja, badania lekarskie i dezynfekcja, a wkrótce przygotowano transport przez Katowice do Niemiec. Na głodowe zaopatrzenie składało się pół kilograma czerstwego chleba i porcja sztucznego miodu.

Podróż w trudnych warunkach sanitarnych trwała trzy - cztery dni.

Targ niewolników

Przetransportowane osoby zostały odprowadzone pod eskortą czwórek do obozu przejściowego, do murowanych baraków, gdzie jak czytamy we wspomnieniach „nie było ani światła, ani ławek, ani łóżek, tylko kupa brudu, śmieci i pcheł, które zaraz nas obsiadły. Okna były zamalowane na niebiesko”.

Stanisław Wójcik pierwszy raz usłyszał wtedy charakterystyczne wycie syren, oznaczające alarm lotniczy. W obozie było już mnóstwo Polaków, których pilnowali ukraińscy funkcjonariusze SS (czarne mundury); autor wspomnień podkreślał ich wyjątkową brutalność.

Polaków przeniesiono wkrótce do Krefeld, gdzie zostali podzieleni na mniejsze grupy skąd skierowano ich do arbeitsamtu w Lobberich Kaldenkirchen (kilka kilometrów od Holandii). Tam czekali już na nich niemieccy rolnicy, którzy niczym na targu niewolników wybierali kolejne osoby do pracy w swoich majątkach. Stanisław Wójcik został przydzielony do pracy we wsi Hinzbeck - w jednym z ostatnich gospodarstw przed holenderską granicą. Na miejscu pracowała jeszcze od ponad roku ukraińska dziewczyna - mówiąca po polsku Anastazja.

Gospodarstwo Johana Bajena liczyło 25 hektarów, do oporządzenia była spora trzoda i pewna ilość bydła. Stanisław i Anastazja - podobnie jak inni mieszkańcy podbitych przez Niemców ziem (autor wspomnień określa tę dolę wprost jako niewolnictwo) - byli zmuszani do wykonywania najcięższych prac. Zdarzały się przypadki brutalnego traktowania pracowników, które zanotował Stanisław. Na nic rzecz jasna zdawały się skargi do arbeitsamtu.

Bliskość granicy holenderskiej sprawiła, że Stanisław Wójcik był świadkiem natarcia aliantów w 1944 r., niemieckich kontrataków i nalotów brytyjskiego RAF. W sąsiednich wsiach pracowało wówczas wielu Polaków, Ukraińców, Francuzów i Holendrów - niektórzy z nich to jeńcy wojenni. Stanisław poznał jednego Holendra, który był łącznikiem angielsko-holenderskiego wywiadu i potrzebował informatora w Hinzbeck; autor wspomnień podjął współpracę z wywiadem aliantów.

Pod naporem wojsk alianckich, Niemcy wycofywali fabryki i pracowników przymusowych z terenów holenderskich i francuskich - zostali oni przeznaczeni do budowy umocnień nadgranicznych. Wyznaczono nieludzkie normy pracy, a na dodatek pędzono niedożywionych pracowników po kilkanaście kilometrów dziennie.

W tym czasie Stanisław Wójcik, który nauczył się w Rzeszy języka niemieckiego, przekazywał coraz więcej informacji wywiadowi angielsko-holenderskiemu - ostatnią 20 października 1944 r., kiedy Niemcy zaczęli zalewać poldery, a Amerykanie kontynuowali ofensywę. Kocioł trwał całą zimę aż do 14 lutego, kiedy władze niemieckie wydały nakaz ewakuacji cudzoziemców. Pod ostrzałem Amerykanów, w ogniu nalotów i w absolutnym chaosie, z posterunku w Hinsbeck wysłano Polaków, Rosjan, Francuzów i innych do Kempen-Krefeld. Po drodze nie ratowano już ciężko rannych, działy się samowolne ucieczki, dezercje czy odmowy rozkazów.

Stanisław Wójcik wspomina, że pochód zatrzymał się we wsi nad Renem - tam też po raz pierwszy zobaczył wojska amerykańskie. Pomimo odwrotu, Niemcy do końca pilnowali wycieńczonych przymusowych robotników, którzy oczekiwali już tylko, kiedy nadejdą Amerykanie.

Autor pisze: „trudno opisać każdy dzień, każdy przebyty kilometr drogi czy zdobyty kawałek chleba. Warto jednak opisać choć krótko, żeby pokazać światu, jak Niemcy zapłacili nam za ciężką pracę. Próbowało się przedostania do Amerykanów, ale Niemcy nie puszczali nikogo na stronę frontu. Tułaczka trwała od 15 lutego do 16 kwietnia 1945 r.; żyło się tylko wodą, burakami pastewnymi. Ja sam pooddawałem zegarek, ubranie i wszystko, co miałem lepszego - za kawałek chleba, marchew czy kartofle.

Niekiedy strach przed głodem był większy niż przed karabinem. W kilka dni później w jednym z lasów, przez który przechodziła szosa, zauważyłem porzucone pasiaki więzienne i różne toboły. W lesie tym podobno Niemcy zamordowali kilkuset więźniów, którzy nie mieli już sił ciągnąć samochodów SS”.

Wyzwolenie i powrót

17 kwietnia 1945 r. w pobliżu Kassel przyszli Amerykanie, którzy - jak wspomina Stanisław Wójcik - natychmiast otoczyli opieką szczególnie Polaków i Rosjan: zabezpieczyli żywność, odzież i pomoc lekarską. Sam Stanisław, już osiemnastoletni, ważył wówczas 47 kilogramów - podobnie jak wielu Polaków wstąpił do armii amerykańskiej.

Wojna dobiegała końca, ale przydali się do pilnowania jeńców niemieckich.

26 października 1946 r. kompania, do której był przydzielony Stanisław Wójcik, została zdemobilizowana i mógł wreszcie wrócić do kraju ponownie przez dworzec w Mszanie Dolnej. Żył jeszcze wiele lat po wojnie, pomimo uszczerbku na zdrowiu, którego doznali wszyscy przymusowi robotnicy.

Książka

W 1979 r. ukazała się książka „Cierń mojej młodości” pod redakcją Zofii Bigorajskiej (wybór 27 wspomnień dzieci i młodzieży z robót przymusowych w III Rzeszy). W zbiorze tym znalazły się m.in. wspomnienia Stanisława Wójcika, które stanowiły podstawę tego artykułu.

Michał Wójcik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.