Od zawsze czułam się trochę inna od swoich rówieśników

Czytaj dalej
Fot. Dariusz Gdesz
Paweł Gzyl

Od zawsze czułam się trochę inna od swoich rówieśników

Paweł Gzyl

Zosia Wichłacz zgarnęła nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na festiwalu w Gdyni, kiedy miała 18 lat. Potem zagrała w „Powidokach”. Teraz na ekrany kin wchodzi „Amok” z jej udziałem.

Niedawno otrzymałaś prestiżowe wyróżnienie „Shooting Star”, co oznacza, że zostałaś uznana za jedną ze wschodzących gwiazd europejskiego kina. Jak traktujesz to wyróżnienie?

Jako docenienie moich dokonań. Wyboru co roku dokonuje inne, pięcioosobowe, międzynarodowe jury, składające się ze znanych postaci z branży filmowej, które wskazuje dziesięciu młodych aktorów, nazywanych właśnie „Shooting Stars”. Z drugiej strony to wyróżnienie jest też oczywiście dla mnie zachętą do dalszej pracy i sygnałem, że idę w dobrą stronę.

Pojawiły się konkretne znaki, że po uznaniu Cię za „Shooting Star” jest Tobą większe zainteresowanie w świecie kina?

Chyba na to za wcześnie. To jednak nieważne - wyróżnienie zostało mi przyznane i zawsze będzie mogło zaprocentować. To nie działa tak, że od razu dostaje się jakąś lukratywną propozycję. Raczej ważne jest to, że już uczestniczę w większej ilości zagranicznych castingów.

W Twoim zgłoszeniu do „Shooting Stars” była również wstępna wersja filmu „Amok” Kasi Adamik, który właśnie wchodzi na ekrany. Uznałaś ten występ za swoją najważniejszą rolę?

Regulamin konkursu nie pozwala na zgłaszanie filmów starszych niż osiemnaście miesięcy, dlatego nie mogłam wysłać „Miasta 44”. Mogliśmy zdecydować się więc na „Powidoki”, „Zgodę”, która jeszcze nie miała premiery, bądź „Amok”. Ostatecznie uznaliśmy, że to w „Amoku” zagrałam najbardziej złożoną rolę.

W „Amoku” po raz pierwszy zagrałaś pod okiem kobiety-reżysera. Odczułaś tę odmianę?

Z Kasią spotkałam się już, kiedy miałam 16 lat i wystąpiłam w odcinku serialu „Głęboka woda”, który reżyserowała. Miałam więc przedsmak tego, jak się z nią pracuje. Miałyśmy ze sobą świetny kontakt i bez problemu odnalazłam się na planie. Zresztą, podobnie było wcześniej, w przypadku Janka Komasy, Andrzeja Wajdy i Macieja Sobieszczańskiego, bo za każdym razem brałam udział w niezwykle wartościowych projektach i współpraca układała mi się bez problemów.

Twoim partnerem jest w „Amoku” jeden z najpopularniejszych aktorów młodego pokolenia - Mateusz Kościukiewicz.

Praca z Mateuszem była ciekawym wyzwaniem. Ja ze swojej strony starałam się dawać na planie jak najwięcej zdrowego partnerstwa. Nie wierzę bowiem w schemat, że skoro w scenariuszu są dwie postaci na dwóch różnych biegunach, to muszą się one również nienawidzić przy pracy.

Jest w „Amoku” kilka śmiałych scen. Musiałaś przełamać w sobie opory psychiczne, aby je zagrać?

Grałam w „Amoku” rolę drugoplanową - miałam kilkudniowe przerwy między zdjęciami, co pomagało mi złapać równowagę między tym, co działo się na planie, a życiem prywatnym. Moja bohaterka cały czas żyje w napięciu, zwłaszcza w drugiej części filmu, kiedy dopada ją przeszłość. I starałam się to oddać w grze, co było największym obciążeniem podczas pracy. Dzięki wspomnianym przerwom miałam jednak chwile na oddech.

W drugiej części filmu jesteś pokazana jako matka, która stara się uchronić dziecko przed złem. Ktoś mógłby powiedzieć, że to zbyt dorosła rola dla Ciebie - bo prywatnie macierzyństwo jeszcze przed Tobą. Nie czułaś tego?

Nie. Na tym polega aktorstwo, aby móc wczuć się w postać, którą samą być może się nigdy nie było. Nigdy nie byłam żoną, nie byłam mamą, na szczęście nie tkwiłam w toksycznym związku. Przecież nie trzeba być mordercą, żeby zagrać go w filmie.

Nie miałaś problemów z wyjściem z mrocznego klimatu filmu po zakończeniu zdjęć?

Bardzo dbam na co dzień o swój spokój, bo wiem, jak ta praca może wpływać na psychikę. Dlatego intensywnie ćwiczę jogę, czasem medytuję. Niekiedy wystarczą prostsze sposoby - spotkanie ze znajomymi, wymiana pozytywnej energii z innymi ludźmi. Mam pełną świadomość tego, że trzeba troszczyć się o życie poza planem, aby mieć do czego wracać.

Niedawno oglądaliśmy Cię w zupełnie innym filmie - „Powidokach” Andrzeja Wajdy. Jak zapamiętałaś nieżyjącego już Mistrza?

Jako człowieka pełnego życia i energii. To było najpiękniejsze w nim. Cały czas był obecny na planie, często zaskakiwał nas, młodych, poczuciem humoru. Kiedy dostałam propozycję zagrania w „Powidokach”, nie miałam wahania, bo jaki by ten projekt nie był, była to okazja do spotkania z absolutnym Mistrzem.

Czego zatem nauczyłaś się od Wajdy?

To był inny rodzaj pracy niż ten, który poznałam wcześniej. Nie było zbyt wielu prób i przygotowań. Przychodziłam na plan i musiałam być gotowa i otwarta na wszystko, bo wszystko rodziło się dopiero przed kamerą. Kreacja była więc w moich rękach i dopiero na planie spotykało się to z wizją pana Andrzeja. On bardzo lubił, kiedy dorzucałam coś od siebie, ale sam też dawał bardzo klarowne wytyczne.

W „Powidokach” grałaś u boku Bogusława Lindy, o którym mówi się, że nie jest łatwy dla swych partnerek na planie.

(śmiech) Cóż, mogę dyplomatycznie powiedzieć, że to też było dla mnie sporym wyzwaniem i dużo się dzięki temu nauczyłam.

Przed „Powidokami” zagrałaś w „Mieście 44”. Bohaterki obu tych filmów to postaci z zupełnie innych czasów.

Ale nie miałam problemu z wczuciem się w emocje rówieśniczek, które żyły w czasie wojny i tuż po niej. Wydaje mi się, że z uwagi na swoją wrażliwość i to, jak zostałam ukształtowana, zawsze łatwo mi odczuwać głęboko historie czy doświadczenia innych ludzi. Do tego prywatnie też interesuję się tamtymi czasami. Cóż - nie jestem chyba typową dwudziestolatką z początku XXI wieku. Zawsze czułam się trochę inna od swoich rówieśników. (śmiech)

Z czego to wynika?

Na pewno zawdzięczam to swojemu wychowaniu i domowi, w którym dorastałam. Dzięki temu jestem bardziej uwrażliwiona na kulturę i sztukę, a mniejszą uwagę zwracam na błahe rzeczy, choćby te materialne.

Twój tata jest operatorem filmowym, a mama scenografką. Dlatego chciałaś zostać aktorką?

Na pewno. Byłam często zabierana na próby, kiedyś kręcono film w naszym mieszkaniu. Wtedy poczułam ten „haj”.

Zrezygnowałaś ze studiów aktorskich po pierwszym roku. Można być dobrą aktorką bez szkoły?

To była świadoma decyzja. Poczułam bowiem całą sobą po pewnym okresie nauki, że to miejsce nie dla mnie i ta instytucja mnie nie rozwija. Wybrałam inną drogę: prywatnych lekcji, warsztatów, rozwijania się przy kolejnych projektach. Nie mam nic do tej szkoły: ja akurat wyznaję taką zasadę, że jeśli się w czymś tak źle czuję, to trzeba to przerwać. Nie można się dusić w nieskończoność.

Nie obawiasz się, że za Twoimi plecami będą komentować: „O, nawet szkoły nie skończyła, a dostała tę rolę”?

Jasne. Żyjemy w takim kraju, że trzeba się z tym liczyć. Ale ja idę swoją drogą i każdy powinien tak robić.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.