Maria Mazurek

Operacja pod narkozą. Pierwszą u nas przeszła pani Węgiełkowa

Operacja pod narkozą. Pierwszą u nas przeszła pani Węgiełkowa   Fot. Szymon Budzyń
Maria Mazurek

170 lat temu w Krakowie prof. Bierkowski znieczulił 28-letnią sprzątaczkę eterem i wyciął jej ropnia z kolana. Po wszystkim obudziła się i powiedziała: Dobrze, zgadzam się na tę operację. To wydarzenie pozwoliło na rozwój chirurgii. Od tego czasu chirurdzy mogą bezboleśnie wycinać guzy, wyrywać zęby, zakładać protezy, wymieniać zastawki. Już nie umieramy z bólu.

Przy ulicy Kopernika w Krakowie, pod numerem siódmym, stoi niepozorny, żółty dworek. Dzisiaj studenci wydziału lekarskiego uczą się tam historii medycyny. To tu, równo 170 lat temu, chirurg Ludwik Bierkowski - postać fascynująca - dokonał pierwszej na ziemiach polskich operacji pod narkozą.

Z wielkimi odkryciami jest tak, że po jakimś czasie wydają nam się naturalne. Chirurgia wydaje nam się nierozerwalnie związana ze znieczuleniem i ciężko nam sobie wyobrazić, że bez narkozy można dać sobie wyrwać choćby zęba.

Tymczasem przed 1847 rokiem lekarze bez znieczulenia amputowali nogi i wycinali zmiany nowotworowe. Podczas operacji pacjenci wyli z bólu, wyrywali się, większość z nich nie przeżywała. Nie z powodu błędu chirurga. Umierali z powodu bólu i szoku.

Krótka wycieczka do Ameryki

Zanim jednak wrócimy na ulicę Kopernika, przenieśmy się na chwilę za ocean. W 1844 roku Horace Wells, prowincjonalny dentysta z Connecticut - spokojny i skromny, choć ambitny rudzielec bezgranicznie zakochany w swojej żonie - czyta ogłoszenie, że w jego miasteczku odbędzie się pokaz wędrownego cyrku. Prezentowane będzie na nim działanie podtlenku azotu, czyli gazu rozweselającego.

„Działanie tego gazu polega na tym, że ci, którzy będą go wdychać, zaczną śpiewać, śmiać się, mówić lub walczyć, zależnie od zasadniczych rysów ich charakteru” - czyta Wells. I dalej: - „Gaz ten przenosi w niebiańską atmosferę. Będzie do dyspozycji wyłącznie dla dżentelmenów o pierwszorzędnej opinii. Cena wstępu 25 centów”.

Wells, człowiek ciekawy świata, wybiera się na to przedstawienie. Panowie po kolei wdychają gaz. Wszyscy z nich śmieją się, zataczają, tańczą, krzyczą, skaczą, krócej: zachowują się jak głupcy. Rudy dentysta patrzy jednak tylko na jednego uczestnika tego dziwacznego teatru, który uderzył się golenią o kant ławki. Choć z jego nogi płynie krew, gość dalej śmieje się i bawi, jakby w ogóle nie zauważył, że boleśnie się skaleczył. Wells podchodzi do niego i pyta o ranę.

- Eee, co pan wygaduje, jaką ranę? - słyszy w odpowiedzi.

Wells całą noc gorączkowo zastanawia się, jak to możliwe, że mężczyzna nie czuł bólu. Nad ranem rozkazuje współpracownikowi: „Proszę zaaplikować mi gaz i wyrwać ząb mądrości”. Tak amerykański dentysta, eksperymentując na samym sobie, przekonuje się, że podtlenek azotu, obok działania rozweselającego, ma też właściwość przeciwbólową. Jedzie do Bostonu, aby zademonstrować to naukowcom i studentom zgromadzonym w hali tamtejszego szpitala. Wśród publiczności szuka ochotnika, który pozwoli mu wyrwać sobie ząb. Zgłasza się gruby pijaczyna; Wells każe mu wdychać gaz, po czym wkłada do ust kleszcze. Pacjent zaczyna krzyczeć wniebogłosy, a na sali rozlega się szyderczy śmiech i okrzyki „szwindel!”. Wells opuszcza halę. Wyśmiany, przegrany.

Przed 1847 rokiem lekarze bez znieczulenia amputowali nogi. Pacjenci wyli z bólu, większość z nich nie przeżywała...

Wiele lat później okaże się, że gaz rozweselający nie działa na osoby otyłe i nadużywające alkoholu. Obsesja na punkcie środków znieczulających stopniowo będzie wykańczać sympatycznego dentystę: uzależni się od substancji, które w ramach eksperymentów będzie bezustannie wdychał, zaniedba rodzinę, popadnie w depresję, a na koniec popełni samobójstwo.

Za ojca narkozy, zamiast niego, zostanie uznany William Morton. Ledwo półtora roku po Wellsie - w październiku 1846 roku - znajdzie się na tej samej bostońskiej hali, co on. Znieczulając pacjenta eterem, usunie mu zlokalizowanego na szczęce i języku guza. Usłyszy słowa uznania: „Oto zaczęła się nowa era chirurgii”.

Najpomyślniejsze wypadki

Powracając do dworku przy Kopernika 7, odwiedzam tam kierownika Zakładu Historii Medycyny, prof. Ryszarda Gryglewskiego (juniora; jego ojciec, tak samo się nazywający, jest farmakologiem, który odkrył działanie aspiryny i otarł się o Nobla).

Opowiada: - Paradoks polega na tym, że anestetyki, czyli leki znieczulające, były w zasięgu chirurgów już znacznie wcześniej. Poza tym zarówno podtlenku azotu, jak i eteru używano w celach rozrywkowych, aby wprowadzić się w stan upojenia. Dlaczego więc tak późno odkryto, że likwidują one operacyjny ból? Cóż, nie wynikało to raczej z braku inteligencji chirurgów - raczej z braku wiary, że znieczulanie operacyjne jest w ogóle możliwe. Wielowiekowe próby wygrania z bólem kończyły się przecież fiaskiem. Lekarze uwierzyli, że nóż i ból są ze sobą nierozerwalnie związane. Chirurdzy przywykli do złej prasy; powszechnie uważani byli za ludzi brutalnych, bez-względnych i nieliczących się z cierpieniem - opowiada prof. Gryglewski.

Wieść o bostońskiej operacji wykonanej pod narkozą szybko (jak na czasy, kiedy informacje podróżowały wraz z transatlantyckimi statkami) dotarła do Europy. Co tu kryć: była ona kuksańcem dla chirurgów Starego Kontynentu, którzy do tej pory żyli w przekonaniu o swojej wyższości nad kolegami zza oceanu.

W kolejnych tygodniach, począwszy od Londynu, operacje z użyciem eteru były przeprowadzane w najlepszych ośrodkach Europy.

Ludwik Bierkowski też nie zamierzał zwlekać z operacją. Jak donosi „Gazeta Krakowska” z 9 lutego 1847:

„Nasz profesor Bierkowski przedsięwziął w dniu 6 b.m. i r. w swej klinice chirurgicznej w przytomności kilkunastu swoich uczniów po raz pierwszy doświadczenia z użycia pary eteru. (…) Przystąpił do prób z chorymi, którym operacye właśnie wykonać się miały. Najpomyślniejsze otrzymał wypadki”.

Chirurdzy przywykli do złej prasy; powszechnie uważani byli za ludzi brutalnych, bez-względnych i nieliczących się z cierpieniem.

W „Gazecie Krakowskiej” czytamy, że Bierkowski tego dnia pod narkozą zoperował dwie osoby: Reginę Węgiełkową, służącą, 28 lat, z ropniem na kolanie, i Tomasza Łopatę, 47 lat, „z chorobą hydrocele zwaną”, czyli z wodniakiem jądra.

Historia wyjątkowego lekarza

Wykonanie tak innowacyjnej operacji, szczególnie przez Polaka, w Krakowie, na ziemiach rozebranej Polski, było krokiem pełnym odwagi.

Ale Ludwik Bierkowski - twórca krakowskiej katedry chirurgii, ojciec polskiej ortopedii, pierwszy na świecie lekarz, który zastosował do opatrywania ran watę i bandaże - nie był człowiekiem tuzinkowym.

- Urodził się w Poznaniu, studiował w Berlinie, u najlepszych niemieckich chirurgów - opowiada prof. Gryglewski. - Jako bardzo młody człowiek stworzył monumentalny atlas chirurgii, do którego podobno sięgali chirurdzy nawet w trakcie operacji. Wydanie tego dzieła sfinansował, i to z własnej szkatułki, król pruski. Ale Bierkowski czuł się Polakiem, patriotą, więc kiedy w 1830 roku pojawiła się możliwość, żeby stworzyć w Krakowie klinikę chirurgii, chętnie się tego podjął. To była zresztą nobilitacja: zostać profesorem jeszcze przed trzydziestką i kształcić studentów niewiele młodszych od siebie - dodaje prof. Gryglewski.

Studenci Bierkowskiego uwielbiali. Był trochę nieokrzesany, mówiący prosto z mostu, co myśli, w dodatku nieznający francuskiego. Ale był też człowiekiem pasji i wielkiego talentu, sam konstruował wiele narzędzi chirurgicznych.

Poza tym, co zabrzmi pompatycznie: Bierkowski kochał Polskę. Ledwo zjawił się w Krakowie i otworzył klinikę, na kilka miesięcy ją zamknął, żeby wyruszyć do Warszawy, gdzie wybuchło powstanie listopadowe. - Zabrał swoich studentów, z wyjątkiem dwóch: jednego śmiertelnie chorego, a drugiego uwięzionego w domu przez rodzinę - opowiada prof. Gryglewski. - Kierował tam lazaretem wojskowym. Dla studentów to była prawdziwa szkoła chirurgii.

Za pomoc rannym powstańcom został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Kolejne lata po powrocie do Krakowa - blisko 30 - spędził prowadząc szereg innowacyjnych, jak na tamte czasy, operacji. Od roku 1847 - pod narkozą.

Odkrycie znieczulających właściwości eteru oznaczało przełom w chirurgii. Eter jednak nie był środkiem doskonałym. Choćby z jednej przyczyny. Wybuchał.

- Do lat siedemdziesiątych XX wieku w podręcznikach lekarskich całe rozdziały były poświęcone pożarom i wybuchom na salach operacyjnych - wspomina prof. Jerzy Wordliczek, szef pierwszego oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w uniwersyteckim kompleksie szpitalnym.

Kokainowe odkrycie Freuda

Oprócz tego przed rodzącą się w XIX wieku analgezją, czyli sztuką znieczulenia, pojawiło się kolejne wyzwanie: narkoza regionalna, czyli miejscowa.

Prof. Wordliczek śmieje się, że w pewnym sensie zawdzięczamy ją Zygmuntowi Freudowi.

- Twórca psychoanalizy, co tu ukrywać, był uzależniony od kokainy. Jak wielu mu współczesnych, bo na świecie panowała wówczas kokainowa moda. Freuda zastanawiało, że kiedy zadrapał się w nos, którym wcześniej wciągał narkotyk, nie czuł bólu. Namówił swojego przyjaciela, okulistę Karla Kollera, żeby przeprowadził operację oka używając tej techniki. I to były narodziny miejscowego znieczulenia - opowiada prof. Wordliczek.

Szef pierwszej anestezjologii w Collegium Medicum podkreśla, że ogromny wpływ na rozwój znieczuleń miejscowych mieli polscy chirurdzy międzywojnia, z lwowskiej szkoły: Henryk Hilarowicz i Ryszard Rodziński, obaj uczniowie prof. Hilarego Schramma.

To również dzięki nim, podkreśla prof. Wordliczek, dzisiejsza anestezjologia (jako specjalizacja wyodrębniona dopiero w 1937 roku - wcześniej znieczulaniem pacjentów zajmowali się wyłącznie chirurdzy) jest taka, jak dzisiaj: bezbolesna i bezpieczna.

Kim my, ludzie, jesteśmy

Dzisiaj do najpoważniejszych operacji na ogół znieczula się pacjenta za pomocą znacznie nowocześniejszych leków przeciwbólowych i znoszących świadomość, które podawane są w formie zastrzyków. Narkozę podtrzymuje się lekami wziewnymi - wywodzącymi się od eteru.

Jeden na 20 tysięcy operowanych pacjentów odzyskuje w czasie zabiegu świadomość. Nie czuje bólu, ale na przykład słyszy rozmowę między chirurgami, choć sam nie jest w stanie sam mówić.

Pacjent podłączony jest do aparatury medycznej, anestezjolog widzi jego parametry: tętno, ciśnienie, skład mieszaniny oddechowej, nawet czynności mózgu. Dzięki temu anestezjolog może precyzyjnie dawkować anestetyki, reagować, jeśli coś idzie nie tak.

Profesor Janusz Andres, który kieruje uniwersyteckim II oddziałem anestezjologii i intensywnej terapii:

- W czasach Bierkowskiego nie prowadzono statystyk zgonów około-operacyjnych, ale możemy sobie wyobrazić, że pacjent, kładąc się na operacyjny stół, musiał liczyć się z bardzo dużym ryzykiem, że już z niego nie wstanie. W latach pięćdziesiątych XX wieku śmiercią kończyła się już jedna na tysiąc operacji. Dziś - tylko jedna na 300 tysięcy. Ale to wciąż za dużo. Pacjent, którego śmierć jest do uniknięcia, nie ma prawa umrzeć. Dlatego każdy taki przypadek trzeba rejestrować, badać, wyjaśniać. Nie wierzę, że uda się całkowicie wyeliminować ryzyko związane z operacjami - szczególnie, że dłużej żyjemy, a więc trafiają do nas coraz starsi, coraz bardziej schorowani pacjenci. Ale musimy ograniczyć to ryzyko do minimum - opowiada prof. Andres.

Inną nieprzyjemnością, która może spotkać pacjenta podczas narkozy, jest „anesthesia awareness”. Świadomość śródoperacyjna.

Jeden na 20 tysięcy operowanych pacjentów odzyskuje w czasie zabiegu świadomość. Nie czuje bólu, ale na przykład słyszy rozmowę między chirurgami, choć sam nie jest w stanie sam mówić. - To naprawdę rzadkość, nie straszmy - mówią anestezjolodzy.

Działanie środków znieczulających - eteru i jego następców - wciąż nie jest do końca wyjaśnione. To znaczy: wiemy, że działają (bo działają od 170 lat) i jak działają (między innymi znoszą ból i świadomość), ale nie wiemy dokładnie, dlaczego tak się dzieje i jakie konkretnie reakcje w naszym organizmie za to odpowiadają.

Profesor Wordliczek: - Tak jak nie potrafimy wytłumaczyć wielu innych powszechnych zjawisk ani odpowiedzieć na fundamentalne pytania. Bo kim my, ludzie, jesteśmy?

Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.