Piątek trzynastego. A na dokładkę czarny kot i niemalowane drewno

Czytaj dalej
Fot. zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com
Marek Kęskrawiec

Piątek trzynastego. A na dokładkę czarny kot i niemalowane drewno

Marek Kęskrawiec

Wydawałoby się, że w XXI wieku w Europie przesądami powinni zajmować się już wyłącznie etnografowie. A jednak, pomimo niebywałego rozwoju nauki, tak nie jest i zapewne nigdy nie będzie. Niezależnie od wykształcenia zdecydowana większość z nas, nie tylko osób wierzących w Boga, dopuszcza istnienie innego świata, który nieustannie przenika się z naszą rzeczywistością.

Najbardziej powszechną formą tego zjawiska są oczywiście przesądy. Do wiary w nie niechętnie się przyznajemy, ale napotykając czarnego kota, na wszelki wypadek wolimy zmienić drogę, a podejmowanie ważnych decyzji trzynastego w piątek uważamy za „nierozsądne”. Za prawdziwe, przesądy uznaje niemal 60 proc. Polaków, w tym 65 proc. pań i 51 proc. panów. Rekord biją gospodynie domowe (74 proc.), emeryci (67 proc.) oraz ludzie znajdujący się w trudnej sytuacji materialnej, skłonni upatrywać przyczyn niepowodzeń w czynnikach zewnętrznych (63 proc.). Zmierzmy się z kilkoma najpopularniejszymi przesądami. Od czytania raczej nic złego nam się nie stanie.

Klątwa templariusza zabija króla i papieża

Dziś piątek trzynastego, najbardziej nieszczęśliwa data w kalendarzu, choć zapewne niewielu z nas wie, że ten najszerzej rozpowszechniony przesąd wykształcił się dopiero na początku XX wieku. A jednak udało mu się zarazić lękiem w zasadzie całą zachodnią, racjonalną cywilizację. Plus azjatyckie, ale zarazem chrześcijańskie Filipiny. Źródło przekonania o przekleństwie związanym z tym dniem wiąże się z odległą datą 13 października 1307 r., czyli dniem aresztowania templariuszy, na czele których stał Jacques de Molay. Czekając siedem lat później na śmierć na stosie miał on przekląć papieża Klemensa V oraz króla Francji Filipa IV. Ten ostatni oskarżał go o herezję, homoseksualizm i uprawianie czarów, choć tak naprawdę był u templariuszy zadłużony i za jednym zamachem chciał się pozbyć swoich wierzycieli oraz przejąć ich bogactwa. Nie minął rok, a zgodnie z przepowiednią, król i papież nie żyli. Klemens V przeżył de Molaya tylko o miesiąc i umarł na dyzenterię (ostra choroba jelit), a w jego ciało na katafalku uderzył też ponoć piorun, który wpadł przez okno kościoła we francuskim Uzeste. Filip IV zmarł natomiast w niewyjaśnionych okolicznościach, prawdopodobnie otruty.

Jacques de Molay tuż przed śmiercią na stosie przeklął króla Francji Filipa IV oraz papieża Klemensa V. Obaj zmarli w ciągu roku

Do wytworzenia w ludziach wiary w przesąd sporo dołożyło też przekonanie części chrześcijan o piątku jako dniu, w którym wpływy szatana są na ziemi większe niż w inne dni. Właśnie w piątek umarł Jezus Chrystus, co niektórzy rozumieli jako chwilowy tryumf zła. Natomiast nieszczęście związane z trzynastką łączyć należy z 13. Księgą Apokalipsy św. Jana. To właśnie w niej na samym początku pojawia się szatańska Bestia, wychodząca z morza: o dziesięciu rogach i siedmiu głowach, określana magiczną liczbą 666. Dopiero w kolejnej księdze daje jej odpór Baranek z armią 44 tys. żołnierzy.
Połączenie piątku z trzynastym dniem miesiąca zaczęto z czasem uznawać za moment, w którym złe moce są najbardziej aktywne i trzeba po prostu przeczekać ten czas, zanim Bóg znowu w pełni odbije ziemię. W XX wieku, kiedy przesąd ten najbardziej spowszechniał, rozszerzono go na wiele aspektów życia, jednocześnie traktując z czasem z coraz większym przymrużeniem oka. Mimo wszystko w dniu tym ludzie wolą nie zakładać firm, nie kupują aut i mieszkań, nie zawierają ślubów, a nawet nie latają samolotami. Jeśli jeszcze dojdzie do tego przypadająca w piątek trzynastego pełnia księżyca, należy być wyjątkowo czujnym. Choć żadne statystyki tego nie potwierdzają, wzrasta ponoć w ten dzień przestępczość, liczba chorób i wypadków. A jeśli jeszcze tego dnia czarny kot przebiegnie nam drogę, to… aż strach napisać.

Czarny kot straszy od zarania dziejów

Koty, zwłaszcza czarne, nigdy w historii nie cieszyły się sympatią. Uważano je za stały atrybut czarownic, ale nie jako zwykły ich rekwizyt, lecz wręcz za inną formę złego ducha czającego się przy wiedźmie. Mogła się ona też wcielać w niewidoczne nocą zwierzę i hipnotyzować ofiary jego świecącymi oczami. Walczyć z takim kotem nie było łatwo, bo nawet zabity, odradzał się siedem, a w krajach anglosaskich nawet dziewięć razy. To i tak niewiele, bo niektórzy starożytni Egipcjanie byli wręcz zdania, że kot jest zwierzęciem nieśmiertelnym i posiada potężne moce magiczne, choć niekoniecznie złe, o czym świadczą kocie mumie znajdowane w grobowcach faraonów. Znajdowały się tam najprawdopodobniej w roli strażników.
Dziś koty stały się, po psach, największymi przyjaciółmi człowieka, a pogląd o tym, że siadają one na łóżku osoby, ku której kroczy śmierć, został zastąpiony przez przekonanie, że kot kładzie się w miejscu, w którym ciało ludzkie domaga się uzdrowienia. W ekstremalnej, angielskiej wersji, dom opuszczony przez koty może w szybkim tempie stać się ogniskiem choroby (zupełnie jak w przypadku innego przesądu: „szczęśliwy dom, gdzie pająki są”). Również w wielu regionach Francji kot, zwłaszcza czarny, przynosi szczęście.
Dziś do „odczarowania” pozostaje w zasadzie, obecny od XVII wieku przesąd, wedle którego przebiegnięcie przez czarnego kota drogi oznacza nieszczęście. Kot w takich wypadkach traktowany był wprost jako emisariusz diabła, który został wysłany, by zerwać „nić życia”. Jako zły omen traktowali jego widok szczególnie ludzie pracujący w niebezpiecznych zawodach, jak rybacy oraz górnicy. Jeśli czarny kot przeciął im poranną drogę do pracy, po prostu zawracali. Przekazy historyczne milczą jednak na temat tego, jak do przesądu podchodzili pracodawcy. Zwłaszcza jeśli mimo feralnego znaku rybakom nie przytrafiał się sztorm, a górnikom zawał w kopalni.
Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak zaznaczyć, że istnieją też kraje, gdzie kot nie musi zwiastować tragedii. Wręcz przeciwnie. Jeśli kot kichnie we Włoszech, nie biegnie się z nim do weterynarza, ale traktuje za wróżbę dobrej wiadomości. Choć może nie dziś, w czasach szalejącego po Włoszech koronawirusa…

Siedem lat biedyprzez rozbite lustro

Lustro już od starożytności traktowane było w bardzo podejrzany sposób. Panowało przekonanie, że zawarte w nim odbicie człowieka, niejako przejmuje kawałek jego duszy. Z tego też wywiedziono pogląd, że rozbicie lustra powoduje w niej zamęt, co przekłada się na utratę przez duszę umiejętności chronienia się przed nieszczęściami. Proces rekonwalescencji miał trwać aż siedem lat, podczas których zdarzyć się mogło wszystko. Nie do końca wiadomo, dlaczego akurat siedem, skoro siódemka jest uważana w Europie za najszczęśliwszą z liczb. Zapewne ma to związek z antycznym przekonaniem, iż życie człowieka dzieli się na siedmioletnie cykle.

Z czasem przesąd ten przestał dotyczyć tylko właściciela zbitego lustra i zaczął zwiastować również śmierć w najbliższym otoczeniu. „Dowody” na to można znaleźć na współczesnych forach internetowych, gdzie niektórzy ludzie zarzekają się, że „po jakimś czasie” od rozbicia lustra albo nawet stłuczenia zwykłego kieszonkowego lustereczka – umarła babcia lub wujek. Ludzie ci potrafią walczyć jak lwy o swą rację. Jeśli nawet tłum internautów stwierdzi, że w ich rodzinach zbite lustra nigdy nie zwiastowały niczyjej śmierci – zawsze można powiedzieć, że pewnie zdarzyły się im mniejsze nieszczęścia, których nie zauważyli, ewentualnie stwierdzić, że „klątwa” dotyczy tylko wybranych rodzin.

Na zbite lustro jest jednak sposób. Według części podań, potłuczone zwierciadło może stale wysysać energię z jego właściciela, dopóki odłamków nie zakopiemy pod ziemią. Ludzie bardziej racjonalnie myślący twierdzą jednak, że właśnie zakopywanie kawałków może pozbawić nas części energii.

Z czasem pojawił się również pogląd, że zachowany i włożony do portfela fragment rozbitego lustra przynosi wręcz szczęście, jednak ze świecą szukać ludzi, którzy by to stosowali w praktyce. Taki zwyczaj grozi przecież poważnym skaleczeniem.

Stuk puk w niemalowane drewno

Trudno przez całe życie ustrzec się czarnych kotów czy zbitych luster, bo często mamy na takie zjawiska ograniczony wpływ. Są jednak przesądy, które dają nam możliwość większego oddziaływania na otaczającą nas rzeczywistość. Wyrastają one z wiary, że istnieją pewne magiczne gesty lub czynności wpływające na niepokojące nas zjawiska. Niektóre z nich mogą zapewniać szczęście, inne chronić przed nieszczęściem. Tak jest np. z odpukiwaniem w niemalowane drewno. Przesąd ten ma swe źródło w przedchrześcijańskich wierzeniach na temat dobrych duchów mieszkających w drzewach. Ich dotykanie miało przenosić na ludzi korzystne moce, a jednocześnie odprowadzać do ziemi zebraną przez nas negatywną energię. Inna interpretacja mówi, że w dawnych wiekach ludzie stukali w drewniane domy lub drzewa podczas rozmów, w których informowali się o sukcesach. Chodziło o to, by zagłuszyć rozmowę tak, aby zawistni bogowie nie słyszeli o powodzeniach ludzi i nie mścili się na nich lub nie krzyżowali kolejnych planów. Chrześcijaństwo z kolei dodawało drewnu mocy z uwagi na wszechobecne, darzone czcią drewniane krzyże, chroniące wiernych przez demonami mocą Jezusa Chrystusa.

Na wsiach dodatkowo panował pogląd, że stukanie palcem w świeżo wystruganą i niemalowaną deskę, na której leżał martwy człowiek, miało odstraszać diabła polującego na duszę umarłego.
Magiczne czynności nie ograniczają się do stukania w niemalowane. Należy do nich także przysiadanie na kilka minut na krześle, kiedy np. tuż po wyjeździe na wczasy autem, wracamy po zapomniany przedmiot. Według dawnych wierzeń, człowiek zawracający z obranej drogi przerywa magiczny krąg życia. Jeśli przysiądziemy na jakiś czas i oczyścimy swe myśli, krąg ma szansę się z powrotem domknąć.

Przed nami weekend, warto więc o tej zasadzie pamiętać. I pomyśleć o niej racjonalnie. Kilka minut spędzonych na krześle pozwoli nam się uwolnić od stresu. Spokojniejsi, będziemy zarazem bezpieczniejsi na naszych zatłoczonych drogach. Pamiętajcie przy tym, by kierując autem nie chwytać się za guzik ubrania (swoista forma amuletu) na widok kominiarza, którego misję przed laty łączono z dbaniem o ciepło w domu i możliwość przyrządzania gorących posiłków, co czyniło kominiarza strażnikiem ogniska domowego. Jednak podczas podróży obie ręce na kierownicy mogą się okazać rozwiązaniem przynoszącym najwięcej szczęścia.

Marek Kęskrawiec

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.