Podarowała obcemu dziecku drugie życie. Oddała mu swój szpik kostny

Czytaj dalej
Fot. Sławomir Bromboszcz
Sławomir Bromboszcz

Podarowała obcemu dziecku drugie życie. Oddała mu swój szpik kostny

Sławomir Bromboszcz

W bazie potencjalnych dawców szpiku Karolina zarejestrowała się spontanicznie, podczas akcji. Pobyt w szpitalu i uratowanie chorego chłopca, odmieniło jej życie. Teraz inaczej patrzy na świat.

Karolina Larysz z Bolęcina (gm. Trzebinia) nie przypuszczała, że kiedyś uratuje komuś życie. Decyzja o zarejestrowaniu się w bazie potencjalnych dawców szpiku kostnego była spontaniczna. Namówiła ją do tego w 2001 r. nauczycielka Iwona Błaszczyk z Zespołu Szkół Ekonomiczno-Chemicznych w Trzebini, gdzie się wówczas uczyła.

- Nie zastanawiałam się wtedy nad tym, pojechałam z grupą uczniów do Chrzanowa i oddałam kilka kropel krwi - wspomina Karolina Larysz, wtedy jeszcze Wojtoń.

Niespodziewany telefon

Minął prawie rok od rejestracji. To była połowa wakacji, piękna pogoda, pani Karolina postanowiła wybrać się nad jezioro. Popołudniowy wypoczynek zakłócił niespodziewany telefon. Spojrzała na niego, wyświetlił się nieznajomy numer. Postanowiła jednak odebrać. Usłyszała męski głos.

- Dowiedziałam się, że jest chora osoba, którą może uratować mój szpik kostny. Pan powiedział, żebym się zastanowiła nad tym, czy chce zostać dawcą i zadzwoni następnego dnia - mówi.

Wielu w jej sytuacji rozmyślałoby nad tym całą noc. Ona nie miała wątpliwości, od razu wiedziała, że chce uratować nieznajomej osobie życie. Zasnęła bez trudu i następnego dnia czekała na telefon.

- Potwierdziłam, że jestem gotowa zostać dawcą - mówi.

Okaz zdrowia

Znalezienie dla osoby chorej genetycznego bliźniaka nie jest jeszcze gwarancją, że uda się dokonać udanego przeszczepu. Dawca musi był okazem zdrowia. Pani Karolina ponownie oddała krew, by potwierdzić, że jej szpik jest zgodny. Później przeszła szereg badań.

- Wykonałam je na miejscu, w Chrzanowie, nie musiałam nigdzie jeździć. Było to dla mnie wygodne - wspomina. Wyniki badań potwierdziły, że jest w pełni zdrowa. Musiała jeszcze pojechać do Krakowa, by oddać tam krew, która później miała jej zostać z powrotem przetoczona po oddaniu szpiku kostnego.

- Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Od pierwszego telefonu do momentu zabiegu minął miesiąc - mówi.

Niezapomniany dzień

Dzień przed planowanym zabiegiem w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie przeszła jeszcze ostatnie badania. Noc spędziła w przyszpitalnym hotelu.

Z zabiegu, który przeszła z samego rana, wiele nie pamięta, bo podano jej „głupiego Jasia”. Zabieg polegał na wbiciu igły w kość biodrową i pobraniu szpiku. Konieczne było pobranie sporej ilości, dlatego trzeba było wkuć się w obie kości.

Po zabiegu czuła się znakomicie. To ją trochę zaskoczyło, bo wcześniej czytała, że niektórzy mają po nim problem z chodzeniem. Ona natomiast nie odczuwała żadnego bólu. Na następny dzień została wypisana do domu.

- Były tylko dwie małe kropeczki, po wbiciu igieł. Później pojawiła się lekka opuchlizna - wspomina.

Rodzina cały czas mocno ją wspierała. - Jesteśmy dumni z Karolinki, to wspaniałe co zrobiła - mówi mama Bogusława.

Pobyt w Prokocimiu sprawił, że dziś nieco inaczej patrzy na świat, jednak wcale nie za sprawą oddania szpiku kostnego. - Obserwowanie tylu chorych dzieci, to było traumatyczne przeżycie. Postanowiłam, że będę im pomagać - podkreśla.

Zachęca, by być dawcą

Pani Karolina dziś zachęca innych, by zarejestrowali się w bazie potencjalnych dawców szpiku kostnego. Zrobili to już jej najbliżsi, rodzeństwo i mąż. O swoich przeżyciach opowiada młodym ludziom podczas prelekcji, organizowanych w ramach akcji poszukiwania dawców w Chrzanowie.

- Młodzi ludzie mają wiele obaw, naczytali się nieprawdziwych rzeczy w internecie - podkreśla. Zależy jej na tym, by uświadamiać, że cały proces oddawania szpiku jest bezpieczny.

- Ludzie boją się zostać dawcami, a później, gdy zachoruje ich dziecko, błagają o pomoc. Trzeba to zmienić - podkreśla. Po tym, co zobaczyła w szpitalu w Prokocimiu, dziś wie, że nie mogłaby podjąć innej decyzji. W podziękowaniu za swój czyn otrzymała legitymację dawcy. Dzięki temu idąc do lekarza, nie musi czekać w kolejce. - Kilka razy już się przydała. Może to też będzie zachętą dla osób, które jeszcze nie są zdecydowane - mówi.

Pani Karolina nie miała jeszcze okazji spotkać się z chłopcem, któremu uratowała życie. Wie tylko, że pochodzi on z Lublina. Liczy, że wreszcie do zobaczy.

Sławomir Bromboszcz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.