Polacy kochają Bułgarię. Z przyzwyczajenia

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Paulina Padzik

Polacy kochają Bułgarię. Z przyzwyczajenia

Paulina Padzik

W PRL była luksusem, szpanem i marzeniem każdego polskiego turysty. Dziś Bułgaria trochę śmieszy i żenuje (kiczem, tłumem, przaśnością), a trochę - rozbudza sentymenty. I może dlatego Polacy wciąż chętnie do niej jeżdżą. Zapraszamy w sentymentalną podróż.

Dziecko, ale ty sobie plecy spiekłaś! - blondynka nakłada trzecią warstwę kremu do opalania na plecy kilkuletniej dziewczynki. Plaża pełna ludzi, słońce wysoko.
- Ale arbuzy to mają lepsze niż u nas - mówi wąsaty pan w koszulce z napisem „Polska”. Przed sobą ma talerz załadowany melonem, truskawkami i arbuzem.
- Polskaaaaaa! Biało-czerwoni! - krzyczy grupka nastolatków, siedząc w barze przy promenadzie. Wpatrzeni są w telewizor.

Wygląda jak pocztówka z wakacji nad polskim morzem. Ale to Bułgaria. Pełna Polaków, jak za Gierka.

Syreną na koniec świata

W czasach komuny podróż do Bułgarii to był „szpan”. Zagranica, obcy ludzie, do przejechania kawałek Związku Radzieckiego (Ukraina), a do tego Rumunia… Prawie koniec świata. I jakie wyzwanie!

Z dzisiejszej perspektywy zadanie nie do wykonania. Przejechać niemal dwa tysiące kilometrów syrenką. Bez rozkładanych siedzeń, wspomagania kierownicy, ba! - bez klimatyzacji. Ale Polak potrafi. W syrence upchnięte po dach było przede wszystkim jedzenie. W końcu dojazd (i powrót) trwał dwa-trzy dni, a po drodze próżno wypatrywać McDonald’sa. W bagażniku był też namiot, śpiwory, ręczniki. - Myśmy po drodze nocowali na Ukrainie na kempingu, więc wieźliśmy też kuchenkę spirytusową, żeby było na czym gotować - opowiada Alina Janowska, która z mężem do Warny jechała w 1973 roku. - Do syreny weszło wszystko - śmieje się Jerzy, jej mąż.

Bułgarskie plaże pełne są turystów, a zewsząd słychać polski język
Krzysztof Zywar Bułgarskie kurorty to kicz i przepych, którym próbuje się zaspokoić potrzeby turystów

W malutkim samochodzie podróżującym do Bułgarii często można było też znaleźć kilka pustych toreb i walizek czekających na zapakowanie. - Do Bułgarii jechało się po skóry, kożuchy i buty - mówi Alina. A Polacy sprzedawali tam krem nivea, perfumy i plusz, który przywozili ze sobą na grubych belkach. Do dziś w hotelach wiszą pluszowe zasłony.

W podróży powrotnej malutkie auto zapchane było więc jeszcze bardziej. Syrenka pękała w szwach, pasażerowie ściśnięci byli jak sardynki w puszce, ale siedzieli z uśmiechami na twarzach. W dodatku obdarzeni szacunkiem i podziwem innych Polaków. Bo pojechać do Bułgarii i wrócić to było coś. Zagranica!

Czytaj dalej, a dowiesz się:

  • Dlaczego Polacy takim sentymentem darzą Bułgarię?
  • Czemu dzisiejszy 20-latek nie byłby zachwycony wakacjami? 
Pozostało jeszcze 81% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 12,30 zł co 5 dni.

    już od
    12,30
    /5 dni
Paulina Padzik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.