Artur Drożdżak

Porywacze, a może partacze?

Paralizator znaleziony u oskarżonych w trakcie przeszukania. Były również kominiarki oraz urządzenia do podsłuchiwania Fot. Artur Drożdżak Paralizator znaleziony u oskarżonych w trakcie przeszukania. Były również kominiarki oraz urządzenia do podsłuchiwania
Artur Drożdżak

Nowy Sącz, Zakopane. Prokurator chce kar więzienia dla oskarżonych, którzy planowali na Podhalu porwania dla okupu. Obrona twierdzi, że planów nie było i wnosi o uniewinnienie. Sąd w Nowym Sączu jutro ogłosi wyrok

Staszek i Marcin znali się ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem. Obaj z rocznika 1988, chodzili do jednej klasy, rok wyżej od olimpijczyka Kamila Stocha, ale w odróżnieniu od sławnego skoczka trenowali biegi i biathlon. Osiągali nawet sukcesy w mistrzostwach Polski juniorów.

Potem ich drogi się rozeszły, ale nie na długo. Mądrzejszy Staszek otworzył pod Tatrami firmę, która zajmowała się handlem i montażem stolarki z PCV. Mniej zdolny Marcin był jego pracownikiem.

Staszka wszyscy lubili, słuchali, jak się przechwala - jakież to interesy prowadzi, gdzie bywa, kogo zna z elity nie tylko w okolicy, ale z Krakowa i Warszawy. Kreował się na bogatego przedsiębiorcę, a Marcin patrzył w szefa jak w obrazek i znosił to, że dawny kumpel ze szkolnej ławy czasem nazywał go wulgarnym słowem, bywało, że kopnął w tyłek lub strzelił w pysk. Na Podhalu to zwykła rzecz wobec tych, którzy są niżej w hierarchii, czyli zwierząt, dzieci, kobiet lub niezaradnych życiowo sąsiadów.

Pierwsze przekręty

Z czasem Staszek poszerzył działalność o wypożyczanie sprzętu narciarskiego, ale interesy mu nie szły. Myślał więc o tym, by uniezależnić się od dostawców i być samodzielnym producentem stolarki okiennej. W tym celu nawiązał kontakt z firmą z podwarszawskich Łomianek i kupił od niej maszyny za 330 tys. zł do produkcji stolarki. Sprzęt mu dostarczono, ale całej należności nie zapłacił. Z finansami było u niego krucho. Tym bardziej, że potrzebował też gotówki na remont mieszkania, które kupił od znajomego, Piotrka. Miał na utrzymaniu rodzinę i dwójkę dzieci, ale przede wszystkim marzył o podniesieniu standardu życia i nabyciu reprezentacyjnego auta. Potrzebne były na to pieniądze, dlatego postanowił wyłudzać kredyty z banków i zamierzał do tego wykorzystać Marcina i Piotrka.

Pierwszego z nich namówił na założenie firmy, która też miała handlować stolarką. To była tylko przykrywka, aby wspólnie dokonywać przestępstw. Z kilku banków na podstawie fikcyjnych dokumentów o zatrudnieniu i wysokich zarobkach Marcina udało się uzyskać 100 tys. zł. Gotówka trafiła do kieszeni Staszka, choć to Marcin brał pożyczki.

„Felek” kryminalista

Marcin poznał przez przypadek mieszkającego po sąsiedzku Roberta F. ps. Felek. Staszkowi też szybko spodobał się nowy kompan. Nie przeszkadzało mu, że mężczyzna był wielokrotnie karany.

W tamtym czasie Staszek sam został skazany w zawieszeniu za włamanie do wypożyczani nart i kradzież sprzętu. Z kolei Marcin usłyszał wyrok za jazdę po pijaku i posiadanie narkotyków. Ich karta karna była uboga w porównaniu do przestępczych dokonań „Felka”. Pochodzący ze Szczecina mężczyzna miał wyroki za kradzieże, oszustwa i wyłudzenia. Przechwalał się, że za kratkami spędził już 18 lat. Opowiadał, że znał elitę polskich gangsterów. Choćby Marka M. ps. Oczko, bossa półświatka ze Szczecina, ale i samego Andrzeja Z. ps. Słowik, jednego z liderów mafii pruszkowskiej, który właśnie wyszedł z więzienia.

Staszek zatrudnił u siebie „Felka”, bo lubił słuchać jego opowieści o bogactwie i wyczynach gangsterów.

Gdzieś w połowie 2013 r. obaj zaczęli snuć plany łatwego zdobycia gotówki. „Felek” rzucił, że ma pomysł, jak zorganizować porwania, trzeba by tylko wytypować bogaczy z Podhala.

- Znam takich ludzi, bo jestem miejscowy - mówił Staszek. Jako pierwszą ofiarę wskazał 26-letniego Jakuba, syna Józefa P., właściciela term geotermalnych w Bańskiej Niżnej.

Od przedsiębiorcy, za uwolnienie syna, wspólnicy spodziwali się 3 mln zł okupu. Z kolei za uprowadzenie mieszkającego po sąsiedzku 17-letniego Jakuba L., syna bogatego biznesmena z Nowego Targu, liczyli na milion złotych. Byli przekonani, że Ryszard L., ojciec nastolatka, który majątku dorobił się na sprzedaży rowerów i utylizacji odpadów, zapłaci okrągłą sumkę bez targowania się.

Staszek i „Felek” zgodzili się, że do roboty potrzebują wspólników, bo oni dwaj i Marcin to za mała ekipa. Ustalili, że wciągną kolejne osoby do bandy, posługując się wymyśloną legendą, że boss mafii pruszkowskiej „Słowik” robił interesy z Józefem P. i z tej racji biznesmen z Podhala jest mu winny 3 mln zł. Aby odzyskać rzekomy dług, trzeba teraz porwać mu syna - Jakuba. Liczyli, że zwerbowanych wspólników skusi wysoka prowizja.

Staszek nawet nie pytał Marcina, czy się zgadza, bo po prostu to było dla niego oczywiste. „Felek” zachęcił do współpracy Piotra G. ps. Rojcyk.

Pieniądze w jaskini

Mężczyźni zaczęli obserwować posesje ofiar. Kupili urządzenie do podsłuchu, paralizator, gaz łzawiący, kominiarki i kilka używanych telefonów do porozumiewania się. Padały coraz bardziej konkretne propozycje dotyczące sposobu i miejsca porwania, transportu i przetrzymywania uprowadzonych ludzi oraz przekazania pieniędzy. Snuli plany, by okup odebrał jeden z taksówkarzy.

Potem gotówka miała trafić do jednej z jaskiń w Dolinie Strążyskiej, gdzie wspólnicy chcieli ją przeliczyć. Uważali, że tak będzie bezpieczniej, bo w jaskini nie będzie możliwe odebranie sygnału z nadajnika, gdyby policja umieściła go w paczce z okupem, aby namierzyć porywaczy. Zakładnika porywacze chcieli uśpić eterem i trzymać w szałasie w Bustryku.

Nagrani porywacze

Piotr G. ps. Rojcyk. zgodził się na udział w porwaniu, ale w lutym 2014 r. wystraszył się konsekwencji. Zaczął więc szukać kontaktu z biznesmenem Józefem P. i udało mu się to przez pośredników.

Marcin przy wódce chwalił się informacjami o przygotowaniach do porwania i potajemnie zarejestrował to komórką jego znajomy. Nagranie dostarczył Ryszardowi L., a ten przekazał zakopiańskiemu biznesmenowi Józefowi P. Obaj jakoś nie odebrali poważnie zapowiedzi, że ich synowie mogą być uprowadzeni. Ostrzegli ich tylko, by na siebie uważali. Policji o sprawie nie zawiadamiali, ale oficerowie Centralnego Biura Śledczego z Nowego Sącza swoimi kanałami dowiedzieli się, co się szykuje. Zatrzymano mężczyzn i postawiono zarzuty dotyczące przygotowania do dokonania dwóch porwań dla okupu i do wzięcia zakładników.

Stanisław J. nie przyznał się do winy i twierdził, że to „Felek” z „Rojcykiem” planowali przestępstwa, a on ostatecznie nie przystał na porywanie ludzi. Podobnie twierdził Marcin P. Przyznał się do wyłudzenia kredytów bankowych.

Prokuratorzy chcieli też postawić zarzuty Robertowi F. ps. Felek, ale okazało się, że zmarł w Krakowie. Sprawę „Rojcyka” umorzono, bo uznano, że nie można pociągnąć go do odpowiedzialności karnej.

Stanisław J. przed sądem odpowiadał z wolnej stopy po wpłaceniu 50 tys. zł kaucji. Marcin P. też był wolny za kaucją 12 tys. zł. Obaj kilka miesięcy spędzili za kratkami. Prokurator dla pierwszego z nich chce kary 4 lat więzienia, dla drugiego 2 lat w zawieszeniu na 5 lat. Obrona sugeruje, że oskarżeni jedynie brali udział „w pijackich rozmowach”, które potajemnie nagrano. Na opowieściach, przekonywał mec. Jan Widacki, wszystko się skończyło.

Wyrok w tej sprawie Sąd Okręgowy w Nowym Sączu ma wydać jutro.

Artur Drożdżak

Dziennikarz zajmujący się sprawami sądowymi i prawnymi

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.