Ptaki znalazły azyl pod ludzkimi skrzydłami

Czytaj dalej
Karina Czernik

Ptaki znalazły azyl pod ludzkimi skrzydłami

Karina Czernik

Ranne ptaki znoszą im sąsiedzi, przywozi straż miejska. W Rabce wszyscy wiedzą, że Tamara i Wiesiek zajmą się każdym potrzebującym pomocy zwierzakiem.

Azyl Pod Lasem to dom wczasowy w Rabce-Zdroju, ale również, zgodnie z obietnicą zawartą w nazwie, prawdziwy azyl. Po pierwsze: dla gospodarzy - Tamara Jańczak i Wiesiek Biernacki przeprowadzili się aż z Łodzi, aby znaleźć tu wytchnienie i ciszę. Po drugie: dla ptaków i innych potrzebujących pomocy zwierząt.
Schronienie znalazła tu kawka Inka, gawron Czarny, papużka Tilia, bociany Klekot i Lubuś i jeszcze 60 gołębi. Do tego dochodzą trzy psy.

Rozmowy z ptakami

Pokrzywdzone zwierzęta, głównie ptaki - gołębie, kawki, gawrony, drozdy, szpaki, sójki - podrzucają im znajomi lub służby porządkowe. Para opiekuje się znajdami; karmi je, leczy, a potem - kiedy ptaki są już gotowe - wypuszcza je na wolność. Dlaczego Tamara i Wiesiek to robią? Tak po prostu, z dobroci serca. Nie są specjalistami, działają intuicyjnie, konsultując się ze znajomym weterynarzem. Dziś pod ich opieką znajdują się jeszcze dwa boćki, papużka kakadu, a nie tak dawno azyl opuścił łabędź Bolek.

Tamara rozmawia z każdym z nim, każdego stara się poznać. To nie jest taśmowe leczenie, na zasadzie: przyjmiemy, wyleczymy, wypuścimy. Każde zwierzę dostaje imię. Papużka z połamanym skrzydłem to złośnica, bociek z amputowaną nogą jest dość nieśmiały, a Czarny to spokojny i opanowany gawron. Z każdym z podopiecznych Tamary i Wieśka wiąże się pewna historia - mniej lub bardziej poruszająca. Wszystko zaczęło się 15 lat temu, w Łodzi, kiedy na maskę samochodu Tamary spadł mały gołąbek.
Ptak zmarł po dwóch dniach, a ona z Wieśkiem - by nie sprawić przykrości córce - kupili nowego ptaka, z uszkodzonym skrzydełkiem.
- Dopiero po sześciu latach córka powiedziała, że się wtedy zorientowała - mówi Tamara.
- No i tak to się zaczęło - dodaje.

Zakąska

Tamarze nieraz udało się uratować ptaki, które na targu handlarze próbowali sprzedać na tak zwaną zakąskę. Najczęściej były to kulejące, ranne gołębie. Ale nie tylko. Raz Tamara usłyszała na targu, jak pewna kobieta kupowała zdrowe gołębie hodowlane. - Na rosołek - przyznała sprzedawcy. Tamara natychmiast wykupiła zagrożone pójściem pod nóż ptaki. Później cała okolica wiedziała już, do kogo podrzucić pierzastą znajdę. To ktoś przyszedł z kawką, to z drozdem. Dlaczego ptaki nie lądowały w schroniskach, azylach? - Tam nie przyjmują dzikich ptaków, oni najczęściej je zabijają. Chylę głowę przed tymi, którzy faktycznie pomagają ptakom, które nie są pod ochroną - tłumaczy Tamara.

Pod Rabkę przeprowadzili się z Wieśkiem kilka lat temu. Tu również szybko stali się znani ze swojej działalności. Ptaki podrzucają im nie tylko sąsiedzi, lecz także straż miejska, policja. Weterynarz czy pani ze sklepu zoologicznego mają pod ręką ich numer. To właśnie tutaj pod ich skrzydła trafiły bociany Klekot i Lubuś oraz łabędź Bolek.

Ptasi los

Bolek spadł z nieba, między samochody. Do Tamary i Wieśka osłabionego ptaka przywiozła straż miejska. - Był brudny, słaby, nie mógł wzbić się w powietrze - opowiadają.
Bolka najpierw karmili głównie tartymi warzywami, jednak ptak nie odzyskiwał sił. - Po konsultacji z kolegą specjalistą zaczęłam karmić Bolka jajami, ryżem, chrząszczami: mącznikami i drewnojadami. Potrafił zjeść na raz ponad dwa kilo ryżu, do tego cztery jaja, marchew, seler, kapustę i sporo owadów. Po trzech dniach Bolek stanął na nogi, wydobrzał i wzbił się w powietrze - opowiada kobieta.

Lubuś natomiast ma uszkodzone skrzydło, które prawdopodobnie celowo zranili mu koledzy na sejmiku bocianim (to sierpniowe zgromadzenie bocianów, na którym ptaki przygotowują się do do wylotu do ciepłych krajów). Lubuś urodził się dość późno i nie był gotowy na podróż za morze, dlatego inne ptaki postanowiły zapobiec daremnym próbom. Tamara i Wiesiek podjęli się rehabilitacji boćka, by za parę miesięcy mógł już wylecieć.

Najwięcej cierpienia spotkało Klekota. Wczesną wiosną pewien człowiek znalazł go leżącego w polu. Kiedy bociek trafił do Tamary i Wieśka, mrugał tylko oczami. Miał zgruchotaną nogę, był workiem kości obleczonym skórą. Ważył niespełna półtora kilograma.
Umierał. Zamieszkał w jednym z pokoi, spał na kanapie wyłożonej folią i ręcznikami. - Za każdym razem, kiedy wchodziłam do tego pokoju, modliłam się, by jeszcze żył - wspomina kobieta. Ptak nie był w stanie sam jeść, przełykać. Tamara wkładała Klekotowi do dzioba drobno posiekane serca moczone w żółtkach, wlewała łyżeczkę wody, po czym zamykała ptasi dziób i przesuwała palcami pokarm wzdłuż szyi, aż do samego żołądka.
- Radość, która ogarnęła mnie, gdy Klekot uniósł głowę, jest nie do opisania - wspomina wzruszona. Niestety, zmiażdżonej nogi nie udało się uratować. Dziś jest amputowana, a Tamara wspólnie z weterynarzem wymyślili opatrunek pełniący funkcję protezy. Kobieta nawiązała również kontakt z osobami, które byłyby gotowe za darmo wykonać prawdziwą protezę w drukarce 3D. Jeśli Klekot się do niej przyzwyczai, będzie mógł odlecieć.

Tamara i Tilia. Papużka już nigdy nie wróci do pełnej sprawności
Złamana noga Klekota. Amputacja była konieczna

Ranny bocian. Co dalej?

Polskie prawo jest niezbyt precyzyjne w kwestii odpowiedzialności za udzielanie pomocy rannym ptakom. Częściowo obowiązek, przynajmniej w teorii, spoczywa na gminach. Te jednak bardzo często nie posiadają środków, by zapewnić niezbędną pomoc.
Rannego bociana powinien obejrzeć lekarz weterynarii, aby określić stopień obrażeń i zdecydować, czy ptak nadaje się do leczenia czy konieczne będzie jego uśpienie. Jeśli okaże się, że bociana można uratować, należy przetransportować go do najbliższego azylu lub lecznicy mającej możliwość opieki nad dzikimi ptakami. Tyle teorii. W praktyce wygląda to inaczej.

Kiedy Klekot został znaleziony, o sprawie poinformowano lecznicę w Mikołowie. Lecznica odmówiła przyjęcia boćka, ponieważ nie zostały spełnione biurokratyczne wymogi. Do burmistrza powinno wpłynąć pismo z prośbą o finansowanie transportu bociana do lecznicy. Jeśli burmistrz byłby skłonny zapłacić za transport, wtedy Mikołów mógłby wysłać kogoś po bociana.
Tyle że zanim jakiekolwiek pismo by powstało, Klekot najpewniej już by nie żył.

Pomoc dla ptaków

Bociany - a wraz z nimi reszta ptaków - mieszkają w wolierze. Pomieszczenie dla ptaków sam wybudował Wiesiek. Para wprawdzie zorganizowała zbiórkę, by zebrać pieniądze na kupno gotowej woliery, jednak zamiast planowanych czterech tysięcy, udało im się uzbierać zaledwie 1200 złotych. Dziś chcą ją powiększyć oraz umieścić w niej sadzawkę.
Planują również podwyższyć teren, bo często robi się tam błoto. Dlatego też nadal potrzebują pomocy pieniężnej - by rozbudować wolierę oraz utrzymać zwierzęta. Jedzenie i lekarstwa dla nich są dużym wydatkiem.
- To ciężka, odpowiedzialna praca. Ale ja sobie nie wyobrażam życia bez nich, bez tych psów, kotów, ptaków. To one sprawiają, że mam siłę, by wstawać z łóżka - mówi Tamara.

Link do zbiórki: Na operację nogi bociana Klekota

Karina Czernik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.