Smecz towarzyski. Recenzja z najnowszej premiery Piotra Glińskiego

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas
Przemysław Franczak

Smecz towarzyski. Recenzja z najnowszej premiery Piotra Glińskiego

Przemysław Franczak

Wyreżyserowany przez ministra kultury Piotra Glińskiego spektakl pt.: „Jak posunąć Jana Klatę ze stanowiska dyrektora Starego Teatru” wzbudzał kontrowersje na długo przed premierą. Nic dziwnego, bo sztuka napisana pospołu przez Narodową Histerię i Narodową Prawicę idealnie wpisała się w społeczny podział i gorącą dyskusję o polskim teatrze. Krytycy z lewa i prawa wyczekiwali premiery w napięciu, w ostatnim jednak czasie obowiązującą stała się opinia, że ostatni akt może być zaskakujący i nie korespondować z ukrytą w tytule podpowiedzią. I choć część rozwiązania intrygi można uznać za nieoczywistą, to jednak w całości dramat okazał się do bólu przewidywalny. Krótko mówiąc - uwaga spoiler - Jan Klata zostaje w finałowej scenie posunięty.

Ta ostatnia scena zagrana jest na zimno, oszczędnie. Dziewięć cieni członków komisji konkursowej głosuje na kandydatów. Gliński świadomie, choć ten zabieg źle się sprawdza, odarł ten moment z emocji i zaskoczeń. Pięciu posłańców ministerstwa jednomyślnie wydaje werdykt - nie za kimś, bo nie wybór nowego dyrektora jest tutaj istotny, lecz przeciw Klacie. Reżyser nie zostawia miejsca na niedopowiedzenia, należało tę ofiarę złożyć w imię walki z antypolską, obrazoburczą sztuką i spuścić trochę lewackiej krwi. Tego domagał się lud. Suweren.

Trzeba Glińskiemu oddać, że nie poszedł na łatwiznę. W zamian nie wprowadził na scenę kogoś w rodzaju Cezarego Morawskiego czy - w końcu mógłby pójść jeszcze dalej - Bartłomieja Misiewicza, rozrywanego ostatnio aktora, mimo że dysponującego dość ograniczonymi środkami wyrazu. Buduje nową postać, dyrektora-krytyka, granego przez Marka Mikosa. To ledwie zarysowany epizod, niewiele na jego temat się dowiadujemy, poza tym, że mimowolnie stał się beneficjentem, a zarazem ofiarą „dobrej zmiany”. Ofiarą, bo nawet jeśli uda mu się zerwać polityczne etykiety, to i tak mało kto to doceni. Taki mamy, drodzy widzowie, klimat.

„Jak posunąć...” to przebojowy traktat o wpychaniu przez polityków paluchów między futrynę niezależności a drzwi wolności sztuki. O wyimaginowanej zbrodni i realnej karze. Gliński stawia twardą tezę: kultura finansowana z publicznych środków nie może być eksterytorialna i poszukująca. Choć, o ironio, Klata w finale płaci cenę nie tyle za swoją wizję teatru, co za społeczno-polityczny konflikt.

Co dalej? Odpowiedź dosłowna nie pada, wisi jedynie nieznośnie w powietrzu, kręci w nosie, bo co jeśli lepkie polityczne łapy coraz chętniej będą kleiły się do kultury, gotowe do ręcznego nią sterowania? I równie ważne pytania - czyje łapy i czy tylko do niej?

I z tą niepewnością Gliński zostawił mnie - widza. Nie tylko teatralnego.

Przemysław Franczak

Życie, wszechświat i cała reszta. Wydawca, autor felietonów: społeczno-polityczno-kulturalnego "Smecza towarzyskiego" oraz sportowego "Sporty bez filtra". Korespondent Polska Press Grupy z siedmiu igrzysk olimpijskich.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.