Smecz towarzyski. Wieczne odpoczywanie dajmy reklamie

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Przemysław Franczak

Smecz towarzyski. Wieczne odpoczywanie dajmy reklamie

Przemysław Franczak

Ustawa krajobrazowa, dająca samorządom lepsze narzędzia do walki o przestrzenny ład, obowiązuje od prawie pięciu lat. Przez ten czas korzystano z niej niechętnie, nie udało się choćby ani trochę zapanować nad reklamowym chaosem pośród polskich ulic, miast, pól i dróg szybkiego ruchu.

Produktem wzorcowym tej rdzennie polskiej specjalności nieustająco jest droga z Nowego Targu do Zakopanego, ale to przecież nieodosobniony wykwit lokalnej przedsiębiorczości. A także dowód na nieistnienie bądź martwicę planów zagospodarowania przestrzennego, ale to już temat na nieco inną rozmowę.

W końcu zaczęto sięgać po rozwiązania, które w 2015 roku zaproponował gminom legislator. Lepiej późno nic wcale, choć w wielu przypadkach akurat to „późno” ma znaczenie kluczowe i nieodwołalne. W Warszawie dla przykładu, która idzie w awangardzie zmian, nie będzie można (podobno, bo uwierzyć należy dopiero, gdy zobaczy się to na własne oczy) grodzić już osiedli, ale jednak prawo nie zadziała wstecz. Co akurat w tym wypadku trzeba przyjąć z bólem serca. To, co zostało trwale odseparowane od świata - a nawet już naukowcy rozmaitych specjalności opisują konsekwencje życia w zamkniętych kondominiach - do tego świata nie powróci.

W Krakowie, a nie jest to zapewne przypadek odosobniony, częste są przypadki inwestycji, gdy na środku starego osiedla buduje się nowe bloki. Nie byłoby może w tym nic dziwnego (od biedy zlekceważyć można fakt, że tamto echo PRL-owskiej przeszłości miewało w sobie głęboki urbanizacyjny sens i porządek), gdyby nie silne pragnienie dewelopera, a zapewne też najemców, do postawienia wzdłuż posesji wysokiego płotu. To nie jest tylko tworzenie barier przestrzennych i fizycznych, bardzo uciążliwych, bo nagle droga do sklepu niespodziewanie się wydłuża, ale również mentalnych. I tę rzeczywistość próbujemy porządkować właśnie teraz, czyli o jakieś dwadzieścia lat za późno. Z grubsza jest więc pozamiatane. Pardon, pogrodzone.

W Krakowie to w ogóle z tymi porządkami bywa różnie, bo ustawę krajobrazową czytają tu od lat, ale dopiero teraz na poważnie. W radzie miasta niespiesznie toczy się właśnie debata, jak poradzić sobie z reklamami szpecącymi miasto, bogato reprezentowane przecież na liście UNESCO i utrzymujące się z niesłabnącego turystycznego boomu. Nadzieja, że w końcu interes prywatny zacznie przegrywać z interesem obywatelskim wciąż jest, choć słabnie, bo na razie została włączona ulubiona opcja radnych miejskich: „niech wszystko się toczy normalnym trybem, byle nie za gwałtownie”. Nawet skutki wdrożenia uchwały o utworzeniu parku kulturowego Stare Miasto nie są, powiedzmy sobie szczerze, oszałamiające. I nie zmienią tego tysiące pocztówkowych zdjęć, którymi zachwycają się entuzjaści w mediach społecznościowych. Kraków z wysokich miejsc turystycznych folderów i rankingów to miasto, które dla mieszkańców prawdziwe jest w niewielkiej części. To miejsce z reklam, choć bynajmniej nie tych, o których tutaj mówimy. Dobrze choć, że jeszcze nieotoczone płotem.

Przemysław Franczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.