Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Światowej klasy bilardowe czary mary mistrza Łukasza Szywały

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Jerzy Filipiuk

Światowej klasy bilardowe czary mary mistrza Łukasza Szywały

Jerzy Filipiuk

35-letni krakowianin ma na koncie aż dwanaście tytułów mistrza globu. Od 2005 roku dzierży rekord świata w trikach bilardowych. Jest jedynym Polakiem uprawiającym bilard artystyczny.

Ustawił trzy bile przy środkowej łuzie (otworze w stole bilardowym), czwartą na końcu stołu. Wziął kij do ręki. - Uderzę tą czwartą bilą w jedną z tych trzech tak, że tamte wpadną w trzy różne łuzy - mówił i pokazał, gdzie która bila za chwilę się znajdzie.

Chwila koncentracji i bile wtoczyły się do otworów w stole. Jakie to proste... Cóż to dla mistrza... Nawet nie zdjął płaszcza, bo spieszył się na spotkanie ze swoją dziewczyną.

Stół stoi w przydomowym pomieszczeniu na Woli Justowskiej. Obok na półkach część bogatej kolekcji trofeów: puchary, medale. Tu na co dzień trenuje, stąd wyjeżdża na najbardziej prestiżowe zawody czy pokazy w kraju i na świecie.

Z pomocą rodziców

Bilardem zainteresował się przypadkiem, gdy jako 10-latek był z rodzicami na feriach zimowych w Zakopanem. W jednym z klubów zobaczył stół i graczy. Też chciał spróbować. Nie mógł jednak trafić w bilę. Nic dziwnego, ledwo wystawał ponad stół. Ale połknął bilardowego bakcyla. Wcześniej sport go w ogóle nie interesował. Nie grywał w piłkę, nie lubił biegać.

W tamtych czasach, na początku lat 90., bilard kojarzył się bardziej z grą barową niż dyscypliną sportową.

- Nie było infrastruktury bilardowej, dobrych zawodników, trenerów, klubów i... internetu, z którego można byłoby korzystać w nauce gry. W Krakowie były stoły importowane z Niemiec. W lokalu „U Literatów” stały stoły do karambola, jednej z odmian bilardu. Tam też trenowałem - wspomina.

Z pomocą przyszli mu rodzice - Halina i Jerzy (dziś prowadzą pizzerię, a tata zawodnika także salon skuterów). Pan Jerzy po powrocie z zagranicy postanowił zarobione pieniądze zainwestować w pub „Klub przy 29-tej”, w którym największą atrakcją były dwa stoły bilardowe. Młody Łukasz trenował tam razem ze swym starszym o 4 lata bratem Marcinem i kilkoma innymi zawodnikami.

- Mieszkaliśmy wtedy na krakowskiej Olszy, do klubu było z 500 metrów. Trenowałem po trzy-cztery godziny dziennie - mówi. Już wtedy zaczął ogrywać starszych od siebie rywali, którzy nie zdawali sobie z talentu szkraba i godzili się na jego propozycję bilardowych partyjek.

Marcin został akademickim mistrzem Krakowa, ale bilard zamienił na capoeirę (sztukę walki łączącą kopnięcia z elementami tańca).

Pierwsze sukcesy

Jego młodszy brat pozostał wierny dyscyplinie, w której główną rolę odgrywają ręce a nie nogi. Rodzice go wspierali, motywowali, cieszyli ze zwycięstw, pocieszali po - rzadkich - przegranych. Jeździli z synem (częściej tata, który przez pewien czas był nawet jego sparingpartnerem) na wszystkie zawody.

A młody Łukasz zaczął dostarczał im powodów do satysfakcji. Pierwsze sukcesy odniósł 1995 roku. Zbierał punkty do turnieju Masters. Nie wystąpił w nim jednak, bo organizatorzy - chcąc wyeliminować rewelacyjnie spisującego się 14-latka ze startu - ustalili jego termin tak, by się się pokrywał z pierwszymi w historii mistrzostwami Polski juniorów.

- Tata pozostawił mi wolną rękę w wyborze imprezy. W turnieju Masters były do wygrania takie nagrody jak magnetowid czy telewizor, wtedy rarytasy dla młodego chłopca. Ale ja zawsze lubiłem wyzwania, dlatego pojechałem, z ojcem, do Białegostoku i... wygrałem. Dostałem się do kadry Polski juniorów - opowiada.

W 1996 roku w Fuerth (Niemcy) zdobył brązowy medal drużynowo, a w następnym w Helsinkach indywidualnie w ME juniorów w pool bilardzie. Tak się zaczęła jego kariera w tej odmianie bilarda, okraszona dwoma tytułami mistrza Polski seniorów i drużynowym mistrzostwem Europy juniorów.

Pojętny uczeń

Mimo wielu sukcesów postanowił zająć się bilardem artystycznym. - Szukałem nowych wyzwań - tłumaczy enigmatycznie swoją sportową rewoltę.

Bilardowych trików przez trzy tygodnie uczył go o 24 lata starszy Bogdan Wołkowski, wielokrotny mistrz świata.

- Był bardzo dobry w trikach, ale w normalnej grze nie miał ze mną szans. Pomyślałem więc, że skoro on zdobywa laury w trikach, to i ja mogę - mówi.

W 2005 roku podczas mistrzostw globu w Los Angeles ustanowił rekord świata. Do dziś nikt nie pobił tego wyniku!

Okazał się bardzo pojętnym uczniem, bo podczas mistrzostw Europy, które Wołkowski w 2002 roku zorganizował w Jaworznie, uległ tylko - jednym punktem! - swemu nauczycielowi, a rok później w Kijowie został mistrzem świata w jednej z ośmiu dyscyplin bilarda artystycznego - draw. Jego kariera niejako od nowa nabierała rozpędu.

W 2005 roku podczas mistrzostw globu w Los Angeles ustanowił rekord świata wynikiem 270 punktów (na 320 teoretycznie możliwych do zdobycia). Do dziś nikt nie pobił tego wyniku.

Krakowianin był wtedy najmłodszym uczestnikiem MŚ.

W finale pokonał legendę bilarda, o 34 lata starszego Amerykanina Mike’a Masseya. Tego samego, którego jako nastolatek podziwiał, gdy ten grał w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. W nagrodę za tytuł otrzymał wysokiej klasy kij z turkusami z wygrawerowanym pamiątkowym napisem.

Przez wiele lat startował w Las Vegas w 8-osobowych turniejach transmitowanych przez ESPN, amerykańską całodobową stację telewizyjną poświęconą tematyce sportowej. Cztery razy wystąpił w reprezentacji Europy, która wygrała z ekipą USA na jej terenie. Po czwartej porażce, w 2014 roku, Amerykanie zrezygnowali z tych meczów.

Z pożyczonym kijem

Ma na koncie tuzin tytułów mistrza świata. Ostatni zdobył w styczniu w chińskim kurorcie nadmorskim Xincheng, gdzie startowało 27 zawodników z 16 krajów.

- Dzień przed mistrzostwami podczas treningu odpadły mi dwie kapki, czyli końcówki kijów. Nie miałem czym grać. Kij pożyczył mi jeden ze znajomych Amerykanów. Każdy zawodnik jest przyzwyczajony do swego, ale dałem sobie radę pożyczonym - opowiada.

Kije kosztują od kilkuset do kilkunastu tysięcy złotych. - Niektórzy uważają, że droższy kij pomoże im. Ja nigdy nie liczyłem na to, że kij będzie grał za mnie - podkreśla.

W „generalce” początkowo nie wiodło mu się zbyt dobrze: zajmował piętnaste, jedenaste i szóste miejsce. W fazie pucharowej pokonał najpierw Amerykanów Chrisa Woodreya i broniącego tytułu Willa DeYonkersa oraz - w półfinale - Francuza Floriana Kohlera, a w finale przegrał z Argentyńczykiem Sebastianem Giumellim.

- Z Francuzem długo przegrywałem i dopiero w końcówce meczu go pokonałem. On wygrał aż cztery kategorie. Kiedyś w zawodach dominowali Amerykanie, bo USA to kolebka bilarda, to tam organizowane są największe imprezy, jest najwięcej zawodników. A w Chinach w „generalce” triumfował Argentyńczyk przed Polakiem, Francuzem, który mieszka w USA, i Tajwańczykiem - zaznacza.

Dla synów milionerów

O wiele częściej od zawodów uczestniczy w komercyjnych pokazach, w kraju i na świecie. Nie ukrywa, że na nich zarabia.

- Staram się pokazywać najbardziej widowiskowe triki, w których liczy się głównie dynamika i skuteczność. W trakcie pokazu opowiadam anegdoty związane z tym, co robię, zapraszam osoby z widowni, żeby wykonały proste triki. Potem urządzam warsztaty bilardowe. Pokazuję zagrania, tłumaczę zasady gry - mówi.

Najczęściej pokazy urządza w hotelach, nierzadko ekskluzywnych.

- W Sankt Petersburgu miałem pokaz w największym klubie bilardowym w Europie. W jednej sali znajdowało się... 80 stołów. Klub ma powierzchnię kilku tysięcy metrów kwadratowych. Jest tam też kręgielnia na 30 torów - opowiada.

- W Bahrajnie mój pokaz był elementem promocji mającego się tam odbyć wyścigu Formuły 1. Miałem możliwość przejechania się sportowym samochodem po torze, na którym jeżdżą bolidy - mówi.

Jeden z oryginalnych pokazów urządził w... Krakowie w hotelu Wenztl. Zwykle oglądających jest kilkudziesięciu lub kilkuset. Tym razem było... dwóch - 10-latek i 13-latek. - Byli to synowie brazylijskich milionerów, którzy piętro wyżej mieli kolację biznesową. Pokazałem im między innymi trik z balonem. Włożyłem do niego białą bilę i nadmuchałem. Położyłem go na stole, a przed nim rząd bil jako przeszkodę. Musiałem jednym uderzeniem kija tak trafić bilą w balon, żeby pękł, a włożona wcześniej bila z niego wypadła, przeskoczyła przeszkodę i wbiła bilę leżącą na końcu stołu, do łuzy. I tak się stało - mówi.

Prawdziwy sportowiec

Pytany, czy czuje się prawdziwym sportowcem, zdecydowanie odpowiada, że tak. I przytacza szereg argumentów.

- W okresie startowym trenuję codziennie po trzy-cztery godziny dziennie. A przecież oprócz tego urządzam pokazy i pracuję po osiem godzin w amerykańskiej firmie branzy IT, w której jestem odpowiedzialny za negocjacje, przedłużanie kontraktów. Podczas długiego turnieju zawodnik często znajduje się z pozycji pochyłej, co nie jest zdrowe dla pleców. Jeśli ktoś ma gorszą kondycję, męczy się i precyzja jego ruchów spada. Mówi się, że do osiągnięcia mistrzostwa w danej dziedzinie potrzeba dziesięć tysięcy godzin treningu. Tak też jest w bilardzie, który wymaga wielkiej samodyscypliny, cierpliwości, powtarzania zagrań. Ja się nie zastanawiam, jak mam je wykonać. Trzeba mieć pamięć mięśniową, mocną psychikę, odporność na stres, zimną krew. W codziennym życiu jestem niecierpliwy. Przy stole bilardowym potrafię utrzymać nerwy na wodzy - tłumaczy.

Nad odpornością psychiczną pracował ze znanym psychologiem sportu Janem Blecharzem, który opiekował się takimi asami jak: Adam Małysz, Renata Mauer, Leszek Kuzaj, Dorota i Mariusz Siudkowie.

Dziewczyna na stole

Najtrudniejsze w bilardzie artystycznym jest wymyślanie trików. Ma ich na swym koncie sporo. Jeden z nich, i to wymyślony na początku kariery, znalazł się nawet w książce wspomnianego Masseya. Spotkali się zresztą w Chinach.

- Amerykanin na treningu próbował wykonać jakiś trik, ale mu nie wychodził. Podszedłem i zapytałem, czy chce, żebym mu pokazał, jak się go robi. Odparł, że chętnie, ale dodał, że... to on wymyślił ten trik, tylko zapomniał, jak go wykonać. To było dla mnie wielkie wyróżnienie: mogłem legendarnemu graczowi podpowiedzieć jego zagranie - mówi.

Wyzwania? - Chciałbym pobić rekord Guinnessa w bilardzie artystycznym. I... wziąć udział w biegu na 10 kilometrów. Chcę pobiec, bo moja dziewczyna Maria pochodzi z rodziny biegaczy. Przez wiele lat trenowała w Krakowie kung fu. Teraz pomaga mi w pokazach. Na przykład kładzie się na stole, gdy wykonuję triki na pokazach - podkreśla. I dodaje: - Triki mają przewagę nad zwykłymi zagraniami, bo są bardzo widowiskowe nawet dla laików. Nie trzeba się znać na bilardzie, żeby się mogły podobać.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Krakowskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Krakowskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Krakowskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Jerzy Filipiuk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetakrakowska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.